Reklama

Reklama

​Obyśmy zdrowi byli

Ochrona zdrowia jest jednym z najważniejszych tematów tej kampanii wyborczej. To, akurat, bardzo dobrze, bo problem nie jest wydumany.

Poszczególne komitety wyborcze prześcigają się w składaniu obietnic, tyle że inicjatywa należy tu do opozycji, rząd, chcąc nie chcąc, musi w tej licytacji uczestniczyć. Gdyby brać to wszystko za dobrą monetę, trzeba byłoby się cieszyć, bo niezależnie od tego, kto wygra, przyszłość publicznej ochrony zdrowia rysowałaby się w różowych kolorach. Szybko zniknęłyby kolejki do specjalistów, na nowo zostałyby otwarte oddziały szpitalne w ostatnim czasie zamknięte, w aptekach nie brakowałoby już leków refundowanych. W takiej rzeczywistości można byłoby w miarę bezpiecznie chorować.

Reklama

Niestety, tak nie będzie. Musimy być zdrowi, bo jeśli - nie daj Boże! - przytrafi nam się jakiś poważny defekt, to ryzykujemy, że w instytucjach publicznej ochrony zdrowia raczej stracimy szansę na wyleczenie, niż się wyleczymy. A jeśli będąc w takiej sytuacji chcemy znacząco zwiększyć szanse na wyleczenie, to musimy skorzystać z odpłatnych usług medycznych. Tak więc, kto ma pieniądze, ma też szanse na przywrócenie zdrowia, a nawet uratowanie życia, kto zaś ich nie ma, musi liczyć się z całkiem innym scenariuszem.

Polacy mają wysoką świadomość tego stanu rzeczy. Opozycja to wie, i dlatego w tej kampanii tak bardzo akcentuje problemy ochrony zdrowia. To jeden z tych nielicznych tematów, w których ma szansę przebić się ze swoim przekazem, bo w końcu każdy bezpośrednio lub pośrednio (przez swoich bliskich) styka się z tym problemem. I każdy wie, że to nie statystyki (np. te mówiące o wzroście wydatków na ochronę zdrowia), lecz dotykalna rzeczywistość rozstrzyga o poczuciu dobrostanu w tym zakresie, albo o jego braku. W innych dziedzinach nie ma takiego bliskiego związku wiedzy z osobistym doświadczeniem, jak tu. Dlatego opozycja powiedziała sobie "Cała naprzód!". I tak zrobiła.

Czy opozycja jest wiarygodna, zapewniając, że po objęciu władzy naprawi system? Oczywiście nie. Gdyby to było takie proste, zostałoby naprawione po 1989 r., a jednak mamy w tej dziedzinie, jeśli nie zapaść, to w każdym razie poważny kryzys. Opozycja nie jest wiarygodna, ale rząd jest tu w jeszcze gorszym położeniu. Po czterech latach rządów chciałby się czymś pochwalić, ale nie ma czym - a w każdym razie brakuje argumentów przekonujących dla zwykłego śmiertelnika, któremu np. zdarza się godzinami czekać na SOR-ze. 

Gdyby to zależało od rządu, temat publicznej ochrony zdrowia byłby w kampanii głęboko schowany. To jest jego miękkie podbrzusze, brak sukcesów rzuca się w oczy. Redystrybucja bogactwa - tak, niskie bezrobocie - tak. Ale poprawa ochrony zdrowia - nie. I niewiele można tu poczarować, żonglując statystykami. Oczywiście Pan Prezes Kaczyński ma rację, gdy mówi, że systemowa zmiana w tej dziedzinie musi zająć dwie, a nawet trzy kadencje. Ale wyborców nie musi to obchodzić, chcieliby poczucia bezpieczeństwa już teraz. A co najmniej chcieliby dostrzec chociażby jakąś niewielką poprawę, taką, która zapowiadałaby poważną zmianę na lepsze w ciągu owych dwóch, albo trzech kadencji. Tymczasem wyborcy widzą, ba, poznają to na własnej skórze, że w tej kadencji kolejki do specjalistów przeważnie się powiększyły (statystyki mówią, że zmniejszyły się w kilku specjalnościach, ale wydłużyły się w kilkunastu), że oddziały szpitalne są zamykane, że okresowo brakuje w aptekach refundowanych leków. Nic nie pomogą zapewnienia, że ten rząd zwiększył wydatki na zdrowie (z 75 do 100 mld zł), albo że wkrótce dojdziemy do poziomu 6 proc. PKB (obecnie 4,8 proc.).

Dlatego w interesie opozycji jest właśnie "cisnąć gaz do dechy", a w interesie rządu jest zmienić temat rozmowy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy