Reklama

Reklama

Debata? Dziadostwo, nie debata

Jeżeli debata polityczna ograniczona jest do tego, że każdy z jej uczestników recytuje sześć jednominutowych wystąpień, to jest dziadostwo, a nie debata. To jest proteza zamiast zdrowej nogi.

Coś takiego zaprezentowała nam telewizja publiczna we wtorek wieczorem. Z partyjnych liderów, pofatygował się do studia jedynie Władysław Kosiniak-Kamysz. Pozostali opędzili się dublerami. Formuła tej pseudodebaty była taka, że praktycznie wyeliminowano z niej jakąkolwiek dyskusję, możliwość rozwinięcia myśli, itd. Równie dobrze telewizja mogłaby puścić sześć jednominutowych filmików, nagranych w siedzibach partii, na to samo by wyszło. Dominowały więc partyjne banały, z rzadka przerywane starciami. O dziwo, najbardziej chętny do zderzeń okazał się... Kosiniak-Kamysz, o którym wszystko można powiedzieć, ale nie to, że gdy był w szkole, to bił się na przerwach.

Reklama

To on zaczepiał reprezentanta PiS Jacka Sasina, a to o sprowadzanie węgla z Rosji, a to o sprawy służby zdrowia. W sumie, dobrze wykorzystał swoje sześć minut. To jego najczęściej wskazywano jako wygranego tej debaty. A Jacka Sasina, który ociężale recytował, że broni 500+ i Polskę przed LGBT, jako przegranego.

Ale jest jeszcze ktoś bardziej przegrany. To jest telewizja publiczna, i to jesteśmy my - obywatele.

Pamiętam debaty sprzed lat, one miały swoją dynamikę, dziennikarze zadawali niewygodne pytania, to były programy wagi ciężkiej. Rozumiem, że politycy postanowili z nich się wycofać, bo zorientowali się, że zbyt wiele mogą stracić. Że to jest dla nich mało wygodna formuła.

OK. Ale dlaczego media publiczne na to się zgodziły? Dlaczego uległy?

Odpowiedź na to pytanie jest banalna - uległy, bo są słabe, bo to politycy dziś górują. Więc to oni dyktują kto wystąpi a kto nie, w jakiej formule, itd. I naprawdę się obawiam, że za chwilę będą też dyktować, o co można ich pytać, a o co nie, o czym mówić, a o czym trzeba milczeć.

Żeby była jasność - nie uważam, że dziennikarz powinien napadać na polityka, a dobra rozmowa jest tylko wtedy, kiedy jest awantura. Nic z tych rzeczy. Ale uważam, że przed wyborami do Sejmu, jednymi z najważniejszych w III RP, obywatelom należy się solidna debata, a nawet kilka debat, z udziałem najważniejszych polityków tego kraju. Żeby potraktowali nas-wyborców poważnie.

To - że użyję słów Beaty Szydło - nam po prostu się należy.

Gdy telewizja publiczna była wymyślana, taką rolę - forum debaty o Polsce - dla niej przewidywano. Potem to znikło. Kto ją miał, ten używał jej jak chciał. A ostatnie lata, to już zupełny upadek.

Szkoda.

I jeszcze jedna uwaga. Otóż, wszyscy uczestnicy tej pożal się Boże debaty, milcząco przyjęli tezę jednego z pytań, że dziś stosunki polsko-amerykańskie są najlepsze w historii. To nie jest prawda. Prawda jest taka, że dziś Polska jest najbardziej uniżona wobec Ameryki, najniżej się przed nią płaszczy, ale to wcale nie świadczy o jakości tych kontaktów.

Celnie to zresztą określił uczestniczący w debacie przedstawiciel Konfederacji Jacek Wilk, mówiąc, że mieliśmy wstać z kolan, a tylko zamieniliśmy klęczniki.

O tej uniżoności świadczy wiele przykładów - chcemy kupować samoloty F-35, płacąc za nie półtora raza więcej niż inni, kupujemy z Ameryki gaz, też po najwyższej cenie, prosimy Amerykanów, by przysłali do Polski swoich żołnierzy, i jesteśmy gotowi za to płacić, pani ambasador USA w Warszawie co chwila pisze do rządzących listy, w których ich strofuje i wymusza różne działania. Dyktuje, jakie ustawy mogą być uchwalone, a jakie nie. Głupia sprawa, ale w czasach PRL ambasador ZSRR chyba był bardziej powściągliwy...

Odnoszę też wrażenie, że prezydent Trump patrzy na Polskę, jako na państwo mało ważne, i krainę ludzi uniżonych. Symbolem tego jest odwołanie jego wizyty 1 września. Ewidentnie nie chciało mu się lecieć do Polski, wolał pograć w golfa.

Więc te opowieści, o wyjątkowych kontaktach z USA, to są bajki dla tego mniej bystrego elektoratu PiS-u. One są produkowane na użytek wewnętrzny. To propaganda, a nie ocena stanu istniejącego.

A były czasy, i to całkiem niedawno, kiedy Polska była dla amerykańskiego prezydenta ważnym krajem. Tak było w czasach George'a W. Busha i Aleksandra Kwaśniewskiego, kiedy byliśmy jednym z kluczowych partnerów w wojnie z Irakiem. Bush wymieniał Polskę w grupie najważniejszych sojuszników, Kwaśniewski był zapraszany do jego prywatnej rezydencji.

Polska grała wtedy ponad siłę kart, które miała. Ale potrafiła swe aktywa sprzedać, w Ameryce uznawano, że w sprawach Rosji, no i przede wszystkim Ukrainy, jesteśmy fachowcami.

Teraz nikt tak nie myśli, wiadomo, że ze Wschodem jesteśmy skłóceni, i wpływów tam nie mamy. Na Ukrainie i na Białorusi też wiedzą, że ani w Brukseli, ani w Berlinie, ani w Waszyngtonie nic im nie załatwimy, więc Polskę omijają, szkoda im na nas czasu.

Tak wygląda to dno, nazywane polityką zagraniczną epoki PiS-u. Wschód nas lekceważy, Trump traktuje tak jak traktował polskich robotników przy budowie Trump Tower, a Bruksela ma chłopca do bicia, czego doświadcza Janusz Wojciechowski, sędzia stanu wojennego, którego PiS wysunął na komisarza ds. rolnictwa. Że czołgają go różni trzeciorzędni politycy.

Ja wiem, że w polskiej polityce to jest nieważne, bo polscy wyborcy dostają drgawek szczęścia, gdy prezydent USA krzyknie: "Polacy, jesteście wspaniali", a reszta spraw ich nie interesuje.

No to najwyższa pora, by tym też zaczęli się interesować, i wysunęli nosa ze swoich mieszkań i chałupek.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy