Reklama

Reklama

Wybory parlamentarne 2015

"Tusk postawił na efekciarstwo i wycinanie rywali". Kopacz zagrożona

Atmosfera wokół Ewy Kopacz się zagęszcza i górę zaczyna brać nie tylko chęć wskazania winnych porażki, ale pragnienie rewanżu, a także żądanie ofiary. Wiele wskazuje na to, że rozsadzającemu Platformę od środka kryzysowi kres może położyć zmiana lidera. Wyrok na dotychczasowego przywódcę, pełniącego funkcję jedynie z nadania i obarczonego odpowiedzialnością za wyborczą klęskę, zdaje się być już podpisany. Ale na architekta porażki wskazywana jest nie tylko premier Kopacz. Do łask, niczym mantra, powraca jakże dobrze znana fraza "to także wina Donalda Tuska".

Pęknięcia w Platformie Obywatelskiej pojawiały się już wcześniej, ale nigdy nie były aż tak widoczne. Gdy wyborcza kurtyna opadła, staliśmy się świadkami otwartej wojny domowej trawiącej partię władzy. Zesłany do Ministerstwa Spraw Zagranicznych i wyrzucony do okręgu kieleckiego Grzegorz Schetyna wskazuje, że potrzebna jest "nowa Platforma". Wykluczony z list wyborczych i znany ze swych ambicji Radosław Sikorski idzie w swych fantazjach dalej i z miną bazyliszka oznajmia, że "pani premier wie, co powinna zrobić". Tymczasem Jacek Rostowski wytyka jej grę na czas i "ewidentną niechęć do przeprowadzenia wyborów  na szefa PO". 

Reklama

Głosy w obronie liderki też się pojawiają. Byłego ministra spraw zagranicznych i byłego Marszałka Sejmu "po ośmiorniczki do Lidla" wysyła sama prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz, a Tomasz Siemoniak przymioty pani premier  jak i to, co zrobiła przez ostatnie miesiące, określa mianem "absolutnego rekordu świata pracowitości, zaangażowania i energii". Te pozytywne tony zagłusza jednak ogólna fala krytyki.

"Kampania prowadzona przez PO była beznadziejna"

Profesor Jadwiga Staniszkis na kampanii wyborczej Platformy nie zostawia suchej nitki, ale jej ostatecznego wyniku wyborczego nie utożsamia z katastrofą. - Podziały w Platformie Obywatelskiej istnieją od dawna, a wyrzucenie Grzegorza Schetyny do innego regionu w gaszeniu konfliktu nie pomogło, ale dobry indywidualny wynik Ewy Kopacz nieco to równoważy. Kampania wyborcza prowadzona przez Platformę Obywatelską była beznadziejna, ale wynik ostateczny -  jak na to wszystko  - nie był najgorszy. Teraz dopiero się okaże, jakie będą skutki - przekonuje w rozmowie z Interią socjolog.

Doktor Łukasz Stach, politolog z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, zwraca uwagę, że 25 października runął plan "wielkiej antypisowskiej koalicji", z którą Platforma Obywatelska wiązała duże nadzieje.  - Zwycięstwo ma wielu ojców, a porażka jest sierotą i w tym przypadku obserwujemy dokładnie tę samą sytuację.  Gdyby Platforma uzyskała zwycięstwo w ostatnich wyborach parlamentarnych , albo różnica pomiędzy PO a PiS wynosiłaby zaledwie kilka procent, to każdy próbowałby ubrać się w szaty ojca sukcesu, a pozycja Ewy Kopacz uległaby wzmocnieniu - argumentuje.

 - Mamy jednak do czynienia z dotkliwą porażką Platformy Obywatelskiej, która jest tym bardziej bolesna, że Prawo i Sprawiedliwość uzyskało możliwość samodzielnego rządzenia i jakakolwiek alternatywa "antypisowskiej koalicji" trafiła ostatecznie do kosza.  Oznacza to, że utrzymanie się u władzy Platformy Obywatelskiej jest już niemożliwe, a partia ta przez ostatnie osiem lat przyzwyczaiła się do rządzenia - dodaje.

Mało pochlebienie -  nie unikając miażdżącej krytyki  - ocenia ten okres prof.  Jadwiga Staniszkis.  - Generalnie ośmioletnich rządów Platformy Obywatelskiej nie można nazwać dobrymi. Było zbyt wiele efekciarstwa i ukrytych kosztów ponoszonych przez pracowników, szczególnie tych młodych. Wystarczy wspomnieć, że nadal obowiązuje ustawa o zamówieniach publicznych, która raczej zachęca do stosowania złych standardów i wyzyskiwania, mimo że do jej zmiany nawoływał  minister pracy i polityki społecznej Władysław Kosiniak Kamysz oraz "Solidarność" - przekonuje socjolog.

"Plaformie Obywatelskiej grozi rozpad"

Czerwoną kartkę Platformie Obywatelskiej pokazali też przy urnach wyborcy, spychając  ją do ław opozycji, z których dostępu do profitów płynących z bycia u władzy już nie ma.  - Ideowość w polityce łączy, tymczasem Platforma  stała się typową partią konsumującą owoce władzy, a w tym momencie te ostatnie znikają - wyjaśnia dr Łukasz Stach.

Zabijając naturalne źródło siły i trwania Platforma zwiększyła tylko ryzyko potencjalnego rozkładu. - Przy braku ideowego spoiwa, takiego, jakie było obecne w Prawie i Sprawiedliwości, które pozwoliło mu przetrwać osiem lat w stosunkowo niezłej kondycji i w końcu odnieść zwycięstwo, Platformie Obywatelskiej grozi dziś  rozpad. Dochodzą do głosu  osoby, które oskarżają obecne przywództwo  i zaczyna się typowe polowanie na czarownice. Mieści się w nim zarówno próba zrzucenia porażki na kogokolwiek,  jak i odsunięcia Ewy Kopacz od sterów PO - dodaje politolog.

"Cynizm i oportunizm był po prostu nie do wytrzymania"

Na horyzoncie pojawia się między innymi widmo osławionej już "winy Donalda Tuska", który wraz z przywództwem podarował Ewie Kopacz balast w postaci mocno zużytego  już modelu partii władzy.  - Donald Tusk prowadził politykę efekciarstwa, a Ewa Kopacz wzięła na siebie ciężar, który ją trochę przerastał. Nie umiała nawiązać jakichś sensownych kontaktów wewnątrz partii, a z drugiej strony kolejne raporty Najwyższej Izby Kontroli, jak i taśmy z podsłuchanych rozmów pokazały stosunek do władzy samych działaczy Platformy  i spowodowały, że ten cały cynizm i oportunizm był po prostu nie do wytrzymania. Ale zobaczymy, jakie będą rządy Prawa i Sprawiedliwości  - argumentuje profesor Jadwiga Staniszkis.

Doktor Stach wskazuje z kolei na powody ponownego wywołania do tablicy  Donalda Tuska. -  Jest w tym przypadku wygodnym kozłem ofiarnym, ponieważ sprawuje funkcję daleko w Brukseli i nie może bezpośrednio odpowiadać na zarzuty. W dodatku dla działaczy niechętnych obecnej premier jest to wymarzona sytuacja do odsunięcia jej od przywództwa, nie celując w nią bezpośrednio. Namaścił ją nie kto inny, jak sam Donald Tusk, zatem atak na niego jest pośrednio atakiem wymierzonym w Ewę Kopacz - tłumaczy.

Cieniem położyły się też popełnione przez obecnego szefa Rady Europejskiej błędy. - Wybrał  swojego następcę nie pod kątem  charyzmy, czy realnego poparcia w strukturach, ale pod kątem lojalności wobec własnej osoby.  Z tego też powodu obecna premier była przywódcą stosunkowo słabym. Głównym jej atutem było to, że została wybrana przez Donalda Tuska. Tyle tylko, że wyborcza porażka sprawiła, że pojawiła  się chęć rozliczenia i ataki wymierzone w partyjnych liderów  - wskazuje ekspert.

Tusk skupił się na potencjalnym wyniszczaniu rywali

Obliczona na interes własny decyzja  zapadła. Wątpliwości budzi tylko fakt, czy aby na pewno była słuszna.  - Winą Donalda Tuska jest to, że namaścił Ewę Kopacz. Mógł wybrać lepiej, tyle tylko, że gdyby wytypował osobę bardziej charyzmatyczną, to ona mogłaby zagrozić jego przyszłej pozycji w Platformie Obywatelskiej. O ile, oczywiście, prawdziwie są doniesienia, że po wygaśnięciu kadencji obecny szef RE będzie wracał do Polski -  dodaje.

Na partykularny charakter strategii Donalda Tuska zwraca uwagę również prof. Jadwiga Staniszkis.  - Tusk, będąc liderem PO, więcej miejsca poświęcił potencjalnemu wyniszczaniu rywali i tworzeniu oligarchicznej struktury, podczas gdy sam nie ma intelektualnych cech lidera. Moim zdaniem, Platforma zapłaciła za to wszystko w tych wyborach, a Ewa Kopacz jest tylko częścią tego problemu. Widać było, że wzięła na siebie ten ciężar i w trakcie kampanii można było zaobserwować postępy - zauważa eksperta.

Zdaniem  doktora Stacha, dużo winy leży też po stronie osób, które podnoszą teraz ostrą krytykę. - Wcześniej nie było dużego sprzeciwu wobec przywództwa Ewy Kopacz. Decyzję Donalda Tuska po prostu zaakceptowano. Osoby, które mogłyby rzucić wyzwanie, zostały zmarginalizowane, decyzja przeszła i do pewnego momentu wszystko układało się dobrze. Ale  w sytuacji przegranych wyborów -  w pozbawionej ideowego spoiwa Platformie  - doszło do wewnętrznych sporów i frakcyjnych starć - wskazuje.

Były minister finansów Jacek Rostowski tłumaczy postępowanie swoich partyjnych kolegów i wskazuje , że zgodzili się na werdykt Donalda Tuska, bo w sytuacji, kiedy zbliżały się wybory  - samorządowe, prezydenckie i parlamentarne  - konieczna była szybka decyzja.  Teraz jednak Ewa Kopacz, aby odzyskać swój autorytet, musi wygrać wybory na szefa partii. Tymczasem - jak twierdzi polityk -  takiej woli u niej nie widać i chcąc najpierw wybierać regionalne zarządy partii, a na samym końcu centralę, gra na czas.

Mordercza walka o utrzymanie pozycji lidera

Walka o utrzymanie pozycji lidera w powyborczej rzeczywistości może okazać się mordercza, zwłaszcza, że do głosu doszli "wycięci" przez Donalda Tuska konkurenci, z Grzegorzem Schetyną na czele.  - Ewa Kopacz próbuje bronić swojej pozycji, tyle tylko, że ona gwałtownie osłabła. A pamiętajmy, że wielu działaczy Platformy chce ją odsunąć od przywództwa i jednocześnie wziąć rewanż za upokorzenia, które otrzymali. Wystarczy wspomnieć o zesłaniu  Grzegorza Schetyny do regionu świętokrzyskiego i wyrwaniu  go z naturalnego dla niego otoczenia, jakim był Dolny Śląsk - argumentuje dr Stach.

Do grona zaciętych oponentów pani premier dołączył ostatnio ze wzmożoną siłą  pominięty na listach wyborczych PO Radosław Sikorski . Siła rażenia jego przekazu jest jednak znacznie słabsza  -  i zapewne o wiele mniej  subtelna  - od komunikatów wysyłanych przez Grzegorza Schetynę, który cieszy się poparciem części działaczy.   - Sikorski poprzez tak wyraźnie postawienie sprawy - słynna  już wypowiedź "że pani premier  Ewa Kopacz wie, co powinna zrobić", czyli w domyśle podać się do dymisji - próbuje wrócić do gry, z której został wcześniej usunięty. Tyle tylko, że nie wiem, czy przyniesie to zamierzony efekt. Były marszałek Sejmu ma znikome poparcie wśród szeregowych działaczy  partii. Nie jest szefem żadnej  tak zwanej "spółdzielni", co osłabia jego pozycję i prawdopodobnie ta jego wojownicza retoryka  jest próbą wkupienia się w łaski stronnictwa, które dąży do zmiany lidera w PO - wyjaśnia politolog.

"Prezes PiS jest politykiem większego formatu niż Ewa Kopacz"

Czy zatem w sytuacji, kiedy wewnętrzne tarcia, mimo ich wcześniejszej obecności , zaczęły oddziaływać na kondycję partii ze zdwojoną siłą, a walka o przywództwo zaczęła nabierać publicznego wymiaru, Ewa Kopacz powinna ustąpić pola? Ekspert nie ma wątpliwości, że zmiana zarządu partii jest nieunikniona.  - Na pewno Ewa Kopacz będzie walczyć, ale do zmiany władz partii dojdzie. Tendencje ośrodkowe są silne i w przeciwnym wypadku Platformie grozi rozpad. W polskiej praktyce mamy taką sytuację, że liderzy przegrywają wybory i trwają dalej, jak choćby Jarosław Kaczyński , tyle tylko, że prezes PiS jest politykiem większego formatu niż Ewa Kopacz i ma to, czego jej brakuje najbardziej , czyli charyzmę - tłumaczy.

- Różnica dotyczy też tego, że Jarosława Kaczyńskiego nikt nie namaścił. Prawo i Sprawiedliwość jest jego dzieckiem, ugrupowaniem, które on tworzył, kształtował i prowadził zarówno do sukcesów, jak i do porażek - dodaje.

Przed liderką Platformy bardzo trudne zadanie, co nie zmienia faktu, że może także mówić o sukcesach. - Ewa Kopacz przejęła przywództwo, gdy Platforma  traciła poparcie, co było widoczne w badaniach opinii publicznej i jej sukcesem było zahamowanie spadku popularności partii. Niektóre sondaże dawały PO poniżej 20 procent, a to byłaby już katastrofa. Będzie jednak rozliczana za to, że była liderem partii w dobie jej klęski  i utrzymanie dotychczasowej pozycji będzie bardzo  trudne - prognozuje.

"W Platformie trwa rozpaczliwe szukanie nowej twarzy"

Świetny indywidualny wynik pani premier - poparło ją w Warszawie 230894 wyborców - na bieg wydarzeń w partii może mieć wpływ znikomy. Zwłaszcza, że chętnych do przejęcia po niej schedy nie brakuje. Na pierwszą linię wysuwa się najbardziej naturalny  kandydat na lidera, czyli Grzegorz Schetyna, ale  na medialnej giełdzie nazwisk pojawia się też Tomasz Siemoniak i Rafał Trzaskowski.  Zakusy na stanowisko ma zapewne także Cezary Grabarczyk, ale przeszkodzą w sięgnięciu po władzę mogą być medialne doniesienia o nieprawidłowościach, w których pada jego nazwisko.

Zdaniem eksperta, w Platformie trwa rozpaczliwe szukanie nowej twarzy.  - Zarówno Tomasz Siemoniak jak i Rafał Trzaskowski są stosunkowo nowymi kartami, które jeszcze nie są ograne ani opatrzone, do tego obaj piastują ważne stanowiska - wskazuje.

 - To jest dowód na obecny w PO kryzys przywództwa. Nie ma tam osoby, która byłaby naturalnym liderem . Według mnie kryteria spełniałby Grzegorz Schetyna, ale jego pozycja nie jest wszechwładna i została mocno osłabiona zarówno przez Donalda Tuska, jak i Ewę Kopacz - dodaje.

Wbrew pozorom wymiana zarządu może okazać się dla kondycji partii zbawienna. - Jeżeli do niej nie dojdzie, to będziemy obserwować dosyć wyniszczającą dla tej partii wojnę wewnętrzną pomiędzy stronnictwami - twierdzi dr Stach.

Najczarniejszy scenariusz dla tego ugrupowania zakłada, że może nawet dojść do jego rozpadu. Co z pewnością nie umknęłoby uwadze i  zostało odpowiednio wykorzystane przez  największego przeciwnika Platformy na politycznej scenie.  - Prawo i Sprawiedliwość już wysyłało jasne sygnały do niektórych posłów, którzy mogliby dołączyć do wielkiego biało-czerwonego obozu - prognozuje ekspert.

Wielki plan prezesa PiS na zmianę

Siła przyciągania może okazać się bardzo duża. - PiS ma  odpowiednie narzędzia. Może zaoferować stanowiska i władzę. Nie oszukujmy się, takie są realia polskiej polityki  - dodaje.

Wielki plan na Polskę i dobrą zmianę prezesa PiS zakłada wersję wchłonięcia posłów opozycji.  - Jarosław Kaczyński myśli poważnie o zmianie Konstytucji RP i nie są to tylko propagandowe zapowiedzi, a do tego potrzebna jest zdecydowana większość w Sejmie, której obecnie nie ma. Nowoczesna i  PSL, raczej tego projektu nie poprą, może co prawda liczyć na ruch Kukiz’15 , ale on jest nieprzewidywalnym partnerem. Część posłów PO, zwłaszcza jej skrzydło konserwatywne, mogłoby w tym przypadku pomóc - puentuje nasz rozmówca.

Gra jest warta świeczki i zapowiada się emocjonująco, bo stawka jest wysoka.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy