Reklama

Reklama

Wybory parlamentarne 2015

„Gdyby Miller z Palikotem potrafili się dogadać, rzeczywistość byłaby inna”

Po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów parlamentarnych wszystko stało się jasne. Jedne ugrupowania niesione na fali sukcesów zaczęły planować swoje przyszłe działania w Sejmie, drugie liżą rany po porażce i szykują wewnętrzne rozliczenia. Do tych drugich należy Zjednoczona Lewica. Koalicja zdobyła w wyborach 7,52 proc, głosów, o 0,48 proc. za mało, by wejść do Sejmu.

Tak słabego wyniku lewicy nie obserwowaliśmy od 1989 roku. Przypomnijmy, że  w 2001 koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Unii Pracy zdobyła 41, 04 proc. głosów i tym samym zwyciężyła. W kolejnych latach lewica bez większego problemu wchodziła do Sejmu.

- Ten wynik mnie rozczarował - powiedział Interii tuż po ogłoszeniu pierwszych sondaży exit poll europoseł z SLD Janusz Zemke. Wielkiego rozczarowania podczas wieczoru wyborczego nie potrafili ukryć również działacze koalicji zgromadzeni w sztabie.  

"Nikogo nie jest mi żal. Polityka to nie zabawa pensjonarek, które wąchają fiołki. To twarda rywalizacja. Każdy musi mieć świadomość, że albo wygra, albo przegra. Nie można się nad nikim użalać, ani też nad sobą" - stwierdził już po ogłoszeniu oficjalnych wyników przez PKW  Leszek Miller. Dodał, również, że na "lewicy nie ma co szukać personalnych przyczyn klęski lewicy, nie wiadomo też, czy odrębna walka każdej z lewicowych partii przyniosłaby lepszy wynik".

Reklama

Lewica była zbyt pewna sukcesu?

Dziś wiadomo, że gdyby Zjednoczona Lewica wystartowała jako nowa partia, a nie koalicja ugrupowań bez problemu znalazłaby się w Sejmie. Dlaczego nikt nie podjął takiej decyzji? A może politycy za bardzo wierzyli w swój sukces?

- Będziemy wszystko analizować, być może, gdybyśmy wiedzieli, że tak się potoczą losy naszej koalicji podjęlibyśmy inną decyzję - przyznaje w rozmowie z Interią rzecznik SLD Dariusz Joński.  - Na pewno padnie propozycja, by jak najszybciej odbył się Kongres Lewicy, abyśmy dokonali wyboru władz i poszli dalej - zapowiada.

Politolog z Uniwersytetu Warszawskiego dr Olgierd Annusewicz nie ma wątpliwości, że Zjednoczenie nastąpiło zdecydowanie za późno. - Najpierw partie, które tworzą koalicję wyżynają się przez prawie trzy i pół roku w Sejmie mijającej kadencji. Potem na dwa czy trzy miesiące przed wyborami tworzą koalicję i nie są w stanie ze sobą współpracować. Na trzy tygodnie przed wyborami wreszcie się dogadują i zaczynają realizować całkiem niezłą strategię marketingową. Podstawowy wniosek jest taki, że kończy się im czas na skuteczne działania i to jest makroprzyczyna porażki lewicy - tłumaczy.

Miller i Palikot od czterech lat toczyli wojny

- Są jeszcze i mikroprzyczyny jak debata, na której pojawił się Adrian Zandberg, dobrze się zaprezentował i dostał wiatru w żagle od mediów, które pokazały go w pozytywnym świetle - dodaje.

Jego zdaniem nastąpił przepływ elektoratu z tradycyjnej lewicy do partii Razem, ale nie był on większy niż 1 proc. Jak się okazuje, nie jeden ale pół procenta zdecydowało o politycznym "być albo nie być" lewicy w parlamencie.

- Ten procent  nie miałaby znaczenia, gdyby Leszek Miller i Janusz Palikot nie toczyli wojen od czterech lat. Gdyby pomimo nich, potrafili się  dogadać i udowodnić swoim wyborcom, że to porozumienie nie jest porozumieniem tylko taktycznym,  ale rzeczywistym, że przełamali kryzysy pomiędzy sobą i zadeklarowali, że jest ktoś trzeci, kto ich połączył czyli Barbara Nowacka.

"Barbara Nowacka wykonała tytaniczną pracę"

Zdaniem eksperta, była ona całkiem dobrym liderem.  - W tej kampanii była prawdziwa, a jej przekonania były spójne ze wszystkimi lewicowymi ideami. Uważam, że gdyby dać Nowackiej nie trzy tygodnie, a trzy miesiące to rzeczywistość wyglądałaby zupełnie inaczej i godzinny występ Adriana Zandberga w telewizji by tego nie zmienił - zaznacza.

Barbarę Nowacką wykreowano na lidera dopiero na trzy tygodnie przed  wyborami. - Ta kobieta wykonała tytaniczną pracę - mówił Interii dr hab. Tomasz Słomka z UW.  - Zasady marketingu politycznego mówią, że aby skutecznie wykreować nowego lidera potrzeba co najmniej pół roku, tak spóźnione działanie było wręcz absurdalne - dodał.

Dlaczego wytrawni politycy lewicy nie podjęli wcześniej odpowiednich działań?  - To było połączenie pięciu partii. Chcieliśmy przedstawić Barbarę Nowacką jako naszego lidera już wcześniej, ale nie wszyscy byli tego zdania - tłumaczy nam Joński. - Lidera o wiele łatwiej jest wybrać w przypadku jednej partii, niż w sytuacji, kiedy jest ich aż pięć - dodaje.

Kwaśniewski wytyka błędy

Jak mówi, Barbara Nowacka wykonała ogromna pracę. -  Jeździłem z nią po Polsce i widziałem, że budziła ogromne zainteresowanie. Fakt, że jeszcze w kwietniu, maju lewica miała poparcie na poziomie 3-4 proc. a zakończyliśmy prawie na 8 proc. pokazuje, że jednak Nowackiej udało się zmobilizować sporo wyborców - mówi Joński.

Nie udało się jednak nadrobić poprzednich strat, biorąc pod uwagę wyjątkowo słaby wynik Magdaleny Ogórek w wyborach prezydenckich. - Czasu miała niewiele (Barbara Nowacka - red.), wykazała się dużą determinacją, zjeździła kraj, wzbudzała sympatię, co jest niezwykle ważne - komentował wynik lewicy Aleksander Kwaśniewski. - W ostrych słowach wytknął też swoim kolegom błędy. - Do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego lewica z wyborów prezydenckich postanowiła zrobić wybory miss Polski - stwierdził.

Co teraz?

- Będziemy chcieli udowodnić, jak ważna jest lewica i jak bardzo brakuje jej w polskim parlamencie. Dlatego też potrzebujemy nowego otwarcia - mówi Joński. Niebawem przekonamy się, czy na lewicy będzie to "nowe otwarcie" i jaką rolę odegrają w nim dawni liderzy, jak Leszek Miller i Janusz Palikot.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy