Reklama

Reklama

Wybory parlamentarne 2015

Przymiarki do nowego rządu Beaty Szydło. "Największym atutem ponadpartyjny klucz doboru"

As w rękawie Prawa i Sprawiedliwości, ryzyko pułapki, w którą może wpaść Jarosław Gowin, ponadpartyjny klucz doboru, duże nadzieje pokładane w osobie szefa nowego "superresortu" i "gra" Jarosława Kaczyńskiego . O największych atutach i słabych stronach kandydatów typowanych do nowej drużyny Beaty Szydło rozmawiamy z doktorem Piotrem Słupikiem, politologiem z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

Jarosław Kaczyński z uśmiechem oznajmia wykonanie zadania, zapowiada, że nie będzie kopania tych, którzy upadli i  zaprasza do współpracy w ramach wielkiej "biało-czerwonej" koalicji wszystkich, którzy chcą walczyć o dobrą zmianę. Z wywołującej najwięcej emocji obietnicy, czyli powierzenia misji tworzenia rządu Beacie Szydło, również się nie wycofuje.

Reklama

Co więcej, z zakulisowych rozmów wiadomo, że drużyna nowej pani premier jest już skompletowana i gotowa do realizacji wielkiego planu. Na giełdzie ministerialnych nazwisk dominują postacie, które z PiS-owskim partyjnym świecznikiem za wiele wspólnego nie mają. Czy to sygnał "dobrej zmiany"?  - Prawo i Sprawiedliwość w doborze potencjalnych ministrów nie zastosowało partyjnego klucza i to jest największym atutem tego projektu - ocenia w rozmowie z Interią dr Piotr Słupik.

Planowana administracyjna rewolucja

Prawo i Sprawiedliwość parło do wyborczego zwycięstwa z wypisanym na sztandarach hasłem szeroko rozumianej zmiany. W nią wpisana jest między innymi administracyjna rewolucja, która odegra niebagatelną rolę przy podziale ministerialnych stanowisk.

Plan zakłada, że powstanie nowy resort energetyki, który wchłonie Ministerstwo Środowiska. Likwidacji z kolei ulegnie prawdopodobnie Ministerstwo Skarbu, a niewykluczone też, że podobny los podzieli Ministerstwo Cyfryzacji. Zasadniczą zmianą ma być pojawienie się "superresortu", który powstanie z połączenia ministerstwa gospodarki oraz finansów.

Doktor Piotr Słupik do zapowiadanych reform podchodzi z dużym dystansem. - Nie do końca jestem przekonany, czy tak zwana reforma centrum administracyjnego i łączenie oraz rozdzielanie pewnych obszarów, to recepta na efektywne zarządzanie państwem. Mam wrażenie, że od samego mieszania herbaty w szklance ona nie stanie się słodsza - wyjaśnia.

As w rękawie Prawa i Sprawiedliwości

- Z pewnością państwo polskie w wielu obszarach nie działa efektywnie i należałoby wprowadzić zmiany. Pytanie dotyczy jednak tego, czy akurat takie, jakie są proponowane. W planach Prawa i Sprawiedliwości na pewno można dopatrzyć się próby racjonalizacji i odróżnienia się od poprzedników, ale na pewno nie jest to klucz do dobrobytu i zmian systemowych w Polsce - dodaje.

Ekspert największe nadzieje wiąże z powstaniem "superresortu", który wchłonie ministerstwo gospodarki oraz finansów. Zaznacza jednak, że powodzenie projektu zależy od wielu czynników. - Na pierwszy rzut oka założenia wyglądają dość rozsądnie. Ważne jednak jest to, kto stanąłby na czele tego resortu, czy skutecznie będzie nim zarządzał i na ile wykorzysta drzemiący w nim potencjał. Najlepiej by było, żeby polityk, który przejmie ten resort, miał doświadczenie i wiedzę w tej dziedzinie - argumentuje.

Głównym kryterium doboru - zaufanie

Wszyscy, którzy liczyli w tym momencie na kupczenie stanowiskami, mogą poczuć się zawiedzeni. Z doniesień medialnych -  między innymi tygodnika "Wprost" - wiadomo, że ministerialna lista jest już gotowa i powstała w drodze koalicyjnych negocjacji. Na giełdzie nazwisk nie ma osób, które mogłyby budzić większe kontrowersje. Wyjątek stanowi tylko Mariusz Kamiński przymierzany do roli koordynatora ds. służb specjalnych. Głównym kryterium doboru obsady miało stanowić zaufanie Beaty Szydło i Jarosława Kaczyńskiego.

Do drużyny pani premier jest typowany między innymi prof. Piotr Gliński, który miałby być wicepremierem bez teki i czuwać nad realizacją wielkich planów międzyresortowych. Na czele "superresortu" powstałego z połączenia ministerstwa gospodarki i finansów miałby stanąć z kolei ekspert ekonomiczny Paweł Szałamacha, który był już wiceministrem Skarbu Państwa i kierował w przeszłości Instytutem Sobieskiego.

To nazwisko budzi sporo emocji, ale na horyzoncie czai się poważny konkurent w osobie Mateusza Morawieckiego, byłego szefa banku WBK. Resort skarbu miałby przejąć Dawid Jackiewicz, a nowo powstałe ministerstwo energetyki - Piotr Naimski, jeden z najbardziej doświadczonych polityków Prawa i Sprawiedliwości. Wcześniej pełnił on między innymi funkcję wiceministra gospodarki. Nad infrastrukturą miałby czuwać Andrzej Adamczyk, a tekę ministra spraw zagranicznych przejąłby Kazimierz Michał Ujazdowski, były  minister kultury w gabinecie Prawa i Sprawiedliwości.  Borysa Budkę na stanowisku miałaby zastąpić z kolei córka Zbigniewa Wassermana, prawniczka  Małgorzata Wasserman.

Elżbieta Witek nową twarzą edukacji

Na szefa resortu pracy typowany jest poseł PiS Henryk Kowalczyk, a w ministerstwie edukacji prym miałaby wieść dotychczasowa rzeczniczka PiS Małgorzata Witek. Ona miałaby między innymi przeprowadzić reformę szkolnictwa, zakładającą likwidację gimnazjów i powrót egzaminów na studia. Jarosław Zieliński miałby pełnić rolę ministra administracji i cyfryzacji, Jarosław Sellin - ministra kultury, Elżbieta Rafalska - ministra pracy i polityki społecznej, a Konstanty Radziwiłł - ministra zdrowia.


Czy Jarosław Gowin wpadnie w pułapkę?

Najgłośniejszym echem odbiło się publiczne wskazanie nowego szefa Ministerstwa Obrony Narodowej. Zgodnie z rekomendacją Beaty Szydło miałby nim zostać Jarosław Gowin, lider Polski Razem. Nominacja może okazać się jednak dla byłego ministra sprawiedliwości w rządzie Platformy miną. Takiej hipotezy nie wyklucza Piotr Słupik. - To akurat prezent za jedność prawicy. Pytanie dotyczy jednak tego, czy w tym przypadku Jarosława Gowina nie gubią ambicje i czy jest on do tego stanowiska w odpowiedni sposób przygotowany. Ponoć na wojsku zna się dosyć kiepsko. Być może jest to zatem pułapka i próba wysunięcia go na pierwszą linię, żeby w razie błędu go w końcu zmienić - argumentuje ekspert. 

Taki ruch pociągałby za sobą jednak duże ryzyko i może się okazać, że gra nie jest warta świeczki. - Taki scenariusz biłby też w rząd Prawa i Sprawiedliwości jako całość, zatem operacja obarczona jest dużym ryzykiem -  dodaje politolog.

Nasz rozmówca zwraca uwagę, że ministrowie bardzo często mają funkcje czysto polityczne i dopiero uczą się swoich resortów. - Wielu spośród tych, którzy szli do poszczególnych ministerstw, nie byli wcale wielkimi specjalistami. Wystarczy wspomnieć o Grzegorzu Schetynie w roli ministra spraw zagranicznych, który doświadczenie w tej dziedzinie miał niewielkie. Często zatem partie takie zabiegi stosują - wyjaśnia.

 

Największy atut ponadpartyjny klucz doboru

Prawo i Sprawiedliwość w doborze potencjalnych ministrów nie zastosowało partyjnego klucza i to jest największym atutem tego projektu. - Na pewno nie jest to rząd stricte polityczny i nie ma w nim czołowych działaczy Prawa i Sprawiedliwości, pokroju Joachima Brudzińskiego czy  Mariusz Błaszczaka. Ten ostatni jest ponoć typowany na stanowisko marszałka Sejmu - wskazuje Słupik.
O obsadzie gabinetu Beaty Szydło dobrze świadczy też obecność w nim ekspertów oraz działaczy odsuwanych dotąd w cień.  - Na pewno lepiej, żeby członkami rządu byli ludzie mający doświadczenie biznesowe, tacy jak Paweł Szałamacha, niż politycy z pierwszej linii, którzy mają blade pojęcie o pewnych kwestiach - argumentuje ekspert.

Dobra zmiana czy wizerunkowy chwyt?

- Na giełdzie nazwisk pojawia się też między innymi Kazimierz Michał Ujazdowski, który był dotychczas sekowany w Prawie i Sprawiedliwości i najlepsze lata ma już za sobą, zatem są to dobre oznaki. Na ile są one czysto wizerunkowe, to się dopiero przekonamy, jak rząd już zostanie zaprzysiężony i Beata Szydło wygłosi swoje expose. Na pewno jest to krok w dobrym kierunku - dodaje.

Niepewność dotyczy też najważniejszego członka w nowym rządzie Prawa i Sprawiedliwości, czyli samego premiera. Sam Jarosław Kaczyński, który namaścił na to stanowisko Beatę Szydło twierdzi, że zdania swojego nie zmieni i i przekaz ten - począwszy od wyborów prezydenckich -  jest przez PiS podtrzymywany. Cena za nagłą zmianę optyki byłaby wysoka i wiązałaby się z utratą wiarygodność prezesa zwycięskiej partii.

W co "gra" Jarosław Kaczyński?

Nie oznacza to wcale, że tak wytrawny polityk, jakim jest Jarosław Kaczyński, nie zostawił sobie uchylonej furtki. - Z kręgów Prawa i Sprawiedliwości płyną do Jarosława Kaczyńskiego sygnały, że w razie kryzysu, wpadek albo popełnienia błędu, żadne stanowisko nie jest pewne i nie ma rezerwacji po wsze czasy. Zatem możliwość zmiany jak najbardziej jest możliwa - argumentuje Słupik.

Czy zatem Jarosław Kaczyński mógłby wrócić do gry?  - Absolutnie takiej opcji bym nie wykluczał. Ale nie w tej chwili - rozwiewa wątpliwości ekspert.
 




Reklama

Reklama

Reklama

Reklama