Reklama

Reklama

Wybory parlamentarne 2015

"FAZ": W Polsce zmiana władzy wisi w powietrzu

​Niemiecki dziennik "Frankfurter Allgemeine Zeitung" pisze w czwartek, że zmiana władzy w Polsce "wisi w powietrzu", lecz kto obejmie władzę po wyborach zależy od mniejszych partii. Gazeta ocenia krytycznie obie główne rywalki - Ewę Kopacz i Beatę Szydło.

Jak pisze korespondent "FAZ" w Polsce i na Ukrainie Konrad Schuller, są one przedstawicielkami dwóch partii, które w minionych latach "pogrążyły kraj w głębokiej walce kulturowej (kulturkampf)".

Pisząc o Szydło, Schuller zaznacza, że jest ona kandydatką "narodowo-katolickiej partii PiS", kierowanej przez Jarosława Kaczyńskiego, który "z niegasnącym gniewem walczy przeciwko wszystkiemu, co uważa za zagrożenie dla ojczyzny: z gejami, liberałami, Niemcami, uchodźcami i innymi zamachowcami".

- Zmiana (władzy) wisi w powietrzu - ocenia komentator. - Obóz rządowy dał Polsce pomimo światowego kryzysu finansowego osiem lat nieprzerwanego wzrostu gospodarczego, ale historia nauczyła Polaków, by nie dowierzać żadnej władzy - twierdzi Schuller. 

Reklama

Jak pisze, rządząca Platforma Obywatelska ustrzegła się wielkich afer, lecz zanotowała wiele mniejszych wpadek, a na prowincji nie widać śladów boomu, który jest charakterystyczny dla wielkich miast. 

"FAZ" wyraża pogląd, że pomimo przewagi "narodowych katolików Kaczyńskiego" w sondażach, to nie wiadomo, kto będzie rządził po wyborach. Mniejsze partie walczą o przekroczenie progu wyborczego i od nich będzie zależało, kto pokieruje Polską - czytamy w "FAZ".

"Kopacz jak i Szydło mają ten sam problem"

Zdaniem Schullera zarówno Kopacz jak i Szydło "mają ten sam problem - pochodzą z partii, których twardy elektorat nienawidzi lub pogardza drugą stroną". Z punktu widzenia konserwatystów liberałowie są "lokajami Niemiec i bezbożnej UE"; z punktu widzenia liberałów konserwatyści są "klerykalna sektą, pragnącą polowania na czarownice i inkwizycji". Aby być wybieralnymi dla politycznego centrum, obie kandydatki muszą "zacierać kontury" swojej bazy - wyjaśnia  komentator. 

Autor zwraca uwagę, że wskutek tej taktyki obie rywalki "pozbawione są wyrazistości" i upodabniają się do siebie, a najlepszym przykładem na to była poniedziałkowa debata telewizyjna.

Nawet wizualnie były niemal nie do odróżnienia - podkreśla Schuller. Jak pisze, Szydło "wystrzegała się wszystkiego, czym Kaczyński straszy centrowych wyborców - nie było żadnych teorii o morderstwie, żadnego niemiecko-rosyjskiego kondominium, żadnych pasożytów roznoszonych przez uchodźców". Zamiast tego Szydło obiecywała prezenty - dodatek na dzieci o równowartości 118 euro miesięcznie, obniżenie wieku emerytalnego, podwyżkę płacy minimalnej. Skąd wziąć na to pieniądze? - pyta dziennikarz "FAZ". Zdaniem Szydło to proste - trzeba tylko "przepędzić z Warszawy złodziei".

Zdaniem Schullera Kopacz także zaciera ślady swego politycznego pochodzenia. Jej poprzednik Donald Tusk był, przynajmniej na początku kariery, "radykalnym liberałem w stylu (Margaret) Thatcher", co spowodowało, że "paternalistyczni i wierzący w państwo konserwatyści" przekuli słowo liberalizm na wyzwisko o tak pejoratywnym wydźwięku jak komunizm. Kopacz odsunęła na bok liberalną tradycję swojej partii - stwierdza autor. 

"Kaczyński straszył dyzenterią i pasożytami"

Schuller wytyka Kopacz, że w kwestii uchodźców "kluczy". "Podczas gdy Kaczyński straszył dyzenterią i pasożytami, Kopacz zgodziła się, co prawda, w Brukseli na przyjęcie ograniczonej liczby (uchodźców), broniła jednak tej decyzji w Polsce tak defensywnie, jakby została przyłapana w szkolnej toalecie na paleniu papierosów" - czytamy w "FAZ". To lawirowanie osłabiło jej pozycję we własnej partii.

Pani premier pozostał tylko jeden argument wyborczy - straszenie powrotem Kaczyńskiego - stwierdza niemiecki dziennikarz. 

Schuller zwraca uwagę, że oprócz dwóch głównych rywali jest jeszcze pięć mniejszych partii walczących o przekroczenie progu wyborczego. To właśnie one jego zdaniem zdecydują ostatecznie o tym, kto będzie rządził w Polsce. Jeżeli do Sejmu dostanie się tylko jedna mniejsza partia lub żadna, PiS może być "niemal pewny absolutnej większości".

Schuller pisze, że nawet w tej sytuacji należy zaczekać z oceną, czy doprowadzi to do "orbanizacji" Polski. PiS - rządząc w Polsce w latach 2005-2007 - był "pomimo krzykliwej retoryki, gotowy do europejskich kompromisów i wspierał nawet europejską konstytucję".

Jeżeli do Sejmu wejdzie więcej partii, to PO będzie mogła zachować władzę tworząc koalicję "wszyscy przeciwko Kaczyńskiemu". Będzie to możliwe, jeśli "prawicowo-populistyczni awanturnicy" poniosą porażkę, a zamiast nich miejsca w parlamencie wywalczą Zjednoczona Lewica, PSL i liberałowie Ryszarda Petru.

Jeżeli sytuacja po wyborach będzie niejasna, decydująca rola przypadnie prezydentowi Andrzejowi Dudzie, "konserwatywnemu wychowankowi Kaczyńskiego" - konkluduje Schuller.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje