Reklama

Reklama

Wybory parlamentarne 2015

Barwy kampanii. Bez barwy debaty

Nie widziałem chyba jeszcze tak słabej debaty politycznych liderów. Przez ponad godzinę Beata Szydło i Ewa Kopacz recytowały przygotowane wcześniej teksty, które dość swobodnie nawiązywały (a i to niekonieczne) do zadawanych im pytań. Wymuszona przez polityków formuła, w której nie można ani nakierować nie odpowiadającego na pytanie na właściwe tory, ani dopytać, ani nawet zwrócić mu uwagi, że nie odpowiada na pytanie, jest koszmarkiem.

Nie widziałem chyba jeszcze tak słabej debaty politycznych liderów. Przez ponad godzinę Beata Szydło i Ewa Kopacz recytowały przygotowane wcześniej teksty, które dość swobodnie nawiązywały (a i to niekonieczne) do zadawanych im pytań. Wymuszona przez polityków formuła, w której nie można ani nakierować nie odpowiadającego na pytanie na właściwe tory, ani dopytać, ani nawet zwrócić mu uwagi, że nie odpowiada na pytanie, jest koszmarkiem.

Najciekawsze było to, że z tej debaty naprawdę nie sposób było wywnioskować, co różni obie partie. Obie miały - w gruncie rzeczy - nie tylko podobne cele, ale i podobne recepty na ich spełnienie. No, może tylko PiS chce rozdawać trochę więcej, a Platforma trochę mniej. I to tyle.

Takie "debatowanie" jak to wczorajsze ma naprawdę niewiele sensu. Jeśli warunkiem zorganizowania debaty ma być sprowadzenie dziennikarzy do roli osób witających się, podrzucających kolejne tematy i żegnających się - to może lepszą formułą byłaby debata wyłącznie bezpośrednia, pojedynek, w którym obie strony mają precyzyjnie wyznaczony czas na riposty. Może taka "wolna amerykanka", w której prowadzący tylko pilnowałby reguł czasowych, byłaby bardziej twórcza, a na pewno bardziej interaktywna niż to, co obserwowaliśmy wczoraj wieczorem.

Reklama

Najważniejsze dla obu stron debaty wyzwanie - nie przegrać, a na pewno nie przegrać znacząco, zostało wypełnione. Ani Ewy Kopacz, ani Beaty Szydło nie trzeba było wynosić ze studia. Nie było takiego momentu, w którym jedna z pań zostałaby znokautowana. A która była lepsza?

Na początku miałem wrażenie, że Kopacz - bo jakoś lepiej "weszła" w debatę, zwracała się do rywalki, a nie tylko do kamery, miała w sobie więcej naturalności i swobody, ale im dalej w debatę, tym Szydło bardziej punktowała. Jej teksty: "gdybym była niepoważnym kandydatem, to by pani ze mną nie debatowała" i wystąpienie końcowe zostały zapamiętane.

Kopacz wrzucała wątki, które zawisały w próżni - nie dowiedziałem się ani co takiego strasznego było w konstytucji, która zniknęła z internetu, ani przeciwko jakim to "prawom kobiet" głosowała Szydło, ani dlaczego - jeśli Kopacz uważa ją za kandydatkę "nieważną",  to jednak z nią debatuje. Premier też źle zakończyła - błaganie o głosy było może i dowodem pokory i skromności, ale zabrzmiało dość rozpaczliwie.

Teraz obie partie - jak zawsze - przekonują, że ich kandydatka wygrała. Więcej optymizmu słyszę jednak w głosach polityków PiS. Ci z PO zdają się być coraz bardziej pogodzeni z porażką, stąd i coraz mniej mają siły do robienia dobrej miny. Widać to było zresztą wczoraj po debacie.

Na pewno sztab PiS lepiej "wygrał" wyjście z niej. Wiec przed TVP miał dać wrażenie siły i energii. Szybki krok, młode otoczenie, palce ze znakiem V....  Pewnie wyglądało to dobrze, choć na mnie widok pracowników PiS i kandydatów na posłów, którzy idąc telewizyjnym korytarzem wykrzykują "Beata, Beata..." robił wrażenie sztucznego kreowania i podkręcania emocji. Ale fani PiS byli - jak widziałem w mediach społecznościowych - zachwyceni.      

Jeszcze dziś PiS pokaże kolejny spot, który trafi do telewizji. Spot jest całkiem fajny - dowcipny, dobrze zmontowany, dynamiczny. I pozytywny, co jest ostatnio rzadkością. Obie partie w ostatnich dniach skupiały się raczej na kreowaniu czarnego wizerunku rywali niż autopromocji, co dawało dość przygnębiające wrażenie.  

A na koniec trochę statystyki.

W tych wyborach o jedno miejsce w Sejmie walczy 17 kandydatów. Najostrzejsza - przynajmniej statystycznie - batalia rozgrywa się na Podlasiu. Tam o 14 sejmowych foteli zabiega aż 300 osób - co daje imponującą liczbę ponad 21 kandydatów przypadających na jeden mandat. Na drugim biegunie mamy dwa okręgi - małopolski - ten, w którym startuje Beata Szydło, i jeden z dwóch zachodniopomorskich. Tam o każdym z foteli marzy niespełna 15 osób.

Tegoroczna walka o poselską legitymacje jest odrobinę bardziej zacięta niż ta przed 4 laty - wtedy mieliśmy o ponad 800 kandydatów mniej - do Sejmu. Bo walka o Senat wówczas była bardziej zaciekła - w tym roku są takie okręgi, w których mamy zaledwie dwóch chętnych do zasiadania w izbie zadumy i refleksji.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy