Reklama

Reklama

Wybory do Parlamentu Europejskiego 2014

Legutko: PiS powinno za to zbierać pochwały, a nie krytykę

Czujność obywatelska jest dobrą rzeczą. PiS powinno raczej zbierać za nią pochwały, a nie krytykę - tak prof. Ryszard Legutko, kandydat PiS do Parlamentu Europejskiego, komentuje przygotowania swojej partii do monitorowania przebiegu eurowyborów i równoległego liczenia głosów.

Agnieszka Waś-Turecka, INTERIA.PL: Jak pan ocenia kończącą się kampanię? Udało się przekonać Polaków, by liczniej niż w 2009 roku stawili się przy urnach?

Reklama

Prof. Ryszard Legutko, kandydat PiS do Parlamentu Europejskiego: - Na razie sytuacja wygląda dość obiecująco, tzn. wiele osób deklaruje chęć udziału w wyborach. Natomiast trudno powiedzieć, ile faktycznie to zrobi. Zwłaszcza, że prognozy przewidują piękną pogodę na weekend, więc nie wiadomo, czy wszyscy zdążą wrócić z działki, by oddać głos.

- Przy zwyczajowej frekwencji w wyborach krajowych, czyli ponad 50 proc., to nie miałoby dużego znaczenia, ale w przypadku wyborów europejskich, w których głosuje około 20 proc. wyborców, pogoda może odegrać istotną rolę.

Jaki poziom frekwencji pan przewiduje?

- Ogólnie jestem optymistycznie nastawiony. Myślę, że będzie taka jak poprzednio (24,5 proc. - przyp. red.), ale może Bóg da i będzie więcej.

PiS zapowiada, że będzie monitorować przebieg wyborów. Czego się obawiacie?

- W ostatnich wyborach były takie przypadki, które...

"Takie" to znaczy jakie?

- Na przykład: w paru okręgach była zawyżona ilość głosów nieważnych; w komisji w Brukseli było więcej kart do głosowania niż głosujących, jednego pana zatrzymano z kartami do głosowania w bagażniku auta... Sprawy te zostały umorzone przez prokuraturę albo zignorowane. A to niedobrze, ponieważ w innych krajach się one nie zdarzają.

- Nie mam podstaw, by sądzić, że miały wpływ na wynik wyborów, czy że są elementem jakiejś większej całości, ale wydaje mi się, że czujność obywatelska jest dobrą rzeczą. PiS powinno raczej zbierać za nią pochwały, a nie krytykę.

Czyli nie ma jednego wydarzenia, które w szczególny sposób podkopałoby zaufanie PiS do Państwowej Komisji Wyborczej?

- Nie chodzi o brak zaufania, ale pewne niepokojące wydarzenia, które zostały zignorowane, ponieważ uznano, że nic się nie stało, choć w istocie stało się wiele. Nie słyszałem, by w krajach praworządnych dochodziło do takich sytuacji. Czy słyszeli państwo o Francuzie, który zostałby zatrzymany z kartami do głosowania? Bo ja nie.

- Nie możemy takich incydentów tolerować.

PiS przekonuje, by nie marnować głosu na małe partie prawicowe, ale z europejskiego punktu widzenia to PiS, które wchodzi w skład Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, jest właśnie małą partią. Jak zatem obronić tezę, że w wyborach europejskich warto na PiS głosować?

- Jest kilka mocnych argumentów. Po pierwsze, w PE właściwie nie ma opozycji w klasycznym tego słowa znaczeniu. Od lat rządzi kartel Postępowego Sojusz Socjalistów i Demokratów (należy do niego polski SLD - przyp. red.) i Europejskiej Partii Ludowej (PO i PSL - przyp. red.) z poparciem Porozumienia Liberałów i Demokratów na rzecz Europy. To nie jest zdrowa sytuacja. Dlatego PiS usilnie pracuje nad tym, by stworzyć coś w rodzaju opozycji eurorealistycznej, która działałaby na rzecz zmiany Unii Europejskiej i przeciwko modelowi federalistycznemu.

- Po drugie, fakt, że koledzy z PO i PSL należą do EPL nic nie zmienia, ponieważ nie mają tam praktycznie nic do powiedzenia. Według mnie, lepiej mieć sporo do powiedzenia w mniejszej grupie, niż nic w większej.

- Europosłom PO i PSL nie udało się przeprowadzić praktycznie żadnej polskiej sprawy. Np. Jacek Saryusz-Wolski próbował przeforsować tzw. geograficzną reprezentatywność dla służby działań zewnętrznych, czyli to, by kraje nowej Europy miały odpowiednią reprezentację w europejskiej dyplomacji. PiS go w tym wspierało. Sprawa została jednak "utopiona", ponieważ po zagranicznych naciskach premier Donald Tusk kazał swoim europosłom głosować przeciw.

- Dlatego złudnym jest myślenie, że silna reprezentacja w głównych partiach europejskich, jest ważna.

Do PE kandyduje pan po raz drugi. Wyborcy mogą pana oceniać po wcześniejszej pracy. W niedawnym rankingu "Rzeczpospolitej" zajął pan 34. miejsce na 51 europosłów. To nie najlepszy wynik. Dlaczego nadal warto na pana głosować?

- Z całym szacunkiem, istnieją rozmaite rankingi. Często opierają się one na dość dziwnych kryteriach. Nie kontestuję niczyjego prawa do robienia takich rankingów, ale myślę, że przez ostatnie pięć lat dobrze pracowałem.

- Byłem wiceprzewodniczącym grupy parlamentarnej, miałem udział w kreowaniu polityki tej grupy na forum PE. Działałem w komisji spraw zagranicznych, gdzie byłem jedynym autorem ważnego sprawozdania na temat negocjacji dotyczących układu o stowarzyszeniu między UE i Ukrainą. Pracowałem też w komisji transportu. Zorganizowałem kilka wysłuchań publicznych i mnóstwo konferencji. Działam na rzecz mojego okręgu.

To brzmi bardzo ogólnie. A czy może pan wskazać konkretną decyzję czy rekomendację PE, której był pan inicjatorem lub brał czynny udział w jej tworzeniu? Taką, która przyniosłaby wymierne efekty.

- Proszę pamiętać, że byłem członkiem komisji spraw zagranicznych, która nie jest komisją legislacyjną, nie stanowi prawa. To tak jakby od ministra spraw zagranicznych wymagać projektów ustaw. Natomiast - jak już wspominałem - jestem autorem sprawozdania zawierającego zalecenia dla Rady UE i Komisji Europejskiej w sprawie negocjacji układu o stowarzyszeniu z Ukrainą.


Dowiedz się więcej na temat: Ryszard Legutko | Prawo i Sprawiedliwość | wybory do PE

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne