Reklama

Reklama

​USA: Ted Cruz i Bernie Sanders dalecy od wywieszenia białej flagi

Wyniki sobotnich głosowań w USA dowodzą, że droga do prezydenckiej nominacji bynajmniej nie będzie spacerkiem dla Donalda Trumpa i Hillary Clinton.

Przypomnijmy, że w USA trwają prawybory, które wyłonią kandydatów Partii Republikańskiej i Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich, które odbędą się 8 listopada.

W każdym ze stanów kandydaci walczą o jak największą liczbę delegatów na konwencję krajową. By zdobyć nominację Republikanów potrzebne jest poparcie 1237 delegatów, a do nominacji Demokratów - 2382.

Po sobotnich głosowaniach w tej kategorii wciąż wyraźnie prowadzą Donald Trump (399 delegatów) u Republikanów i Hillary Clinton (660) u Demokratów, ale w pościg ostro ruszyli Ted Cruz (307) i Bernie Sanders (457).

Reklama

Ted Cruz: Słyszycie ten krzyk?

W sobotę, 5 marca, Ted Cruz wygrał z Donaldem Trumpem w Kansas (48 proc. do 23 proc.) i w Maine (46 proc. do 33 proc.), natomiast Trump pokonał Cruza w Kentucky (36 proc. do 32 proc.) i w Luizjanie (41 proc. do 38 proc.).

Cruz wygrywał zatem z Trumpem z dużą przewagą, natomiast Trump z Cruzem niewielką. To pozwala na odrabianie strat liczonych w delegatach.

"Słyszycie ten krzyk? To wycie, które dobiega z Waszyngtonu. To przerażenie tym, co udało nam się razem osiągnąć" - triumfował konserwatywny senator z Teksasu. 45-letni kandydat wygrał do tej pory w sześciu stanach, a jego rywal w 12.

Teksańczyk buduje całą swoją kampanię na bezkompromisowym konserwatyzmie i w opozycji do waszyngtońskich elit, którymi otwarcie pogardza (co budzi entuzjazm jego wyborców).

"Sercem naszej gospodarki nie jest Waszyngton. Nie jest też nim Nowy Jork. Sercem naszej gospodarki są małe przedsiębiorstwa rozsiane po całym kraju" - mówił Ted Cruz.

Donald Trump pogratulował dwóch zwycięstw Cruzowi i stwierdził, że bardzo chętnie będzie kontynuował prezydencki wyścig w formacie jeden na jeden. Miliarder zaapelował do Marco Rubio, by wycofał się z prawyborów. 

Pętla się zaciska

Rzeczywiście sprawy nie wyglądają zbyt dobrze dla 44-letniego senatora z Florydy, co stanowi cios dla partyjnego establishmentu. Nie jest żadną tajemnicą, że Cruz i Trump są w partii, delikatnie rzecz biorąc, nielubiani. Rubio był ich jedyną nadzieją. Ale w sobotę trzy razy zajął trzecie miejsce, a raz, w Maine, czwarte, za gubernatorem Ohio, Johnem Kasichiem.

Na otarcie łez Rubio prawdopodobnie wygra w niedzielę w Portoryko, jednak już teraz całe swoje siły i pieniądze koncentruje na Florydzie, która zagłosuje 15 marca.

Porażka na własnym terenie to będzie dla Rubio upokorzenie i "game over". Na Florydzie do wzięcia jest 99 republikańskich delegatów i, uwaga, zwycięzca bierze wszystkich. Floryda będzie więc gigantyczną trampoliną dla tego, kto wygra.

Wszystkie oczy na Michigan

Po prawyborach w Nevadzie prasa oceniała, że kampanii Berniego Sandersa kończy się paliwo i że jego "polityczną rewolucję" należałoby już właściwie złożyć do grobu. Jednak od tego czasu 74-letni senator wygrał w Vermont, Oklahomie, Kolorado, Minnesocie, a w sobotę również w Kansas (68 proc. przy 32 proc. Hillary Clinton) i w Nebrasce (56 proc. do 44 proc.). W niedzielę Demokraci głosują jeszcze w Maine i wszystko wskazuje, że ten stan również będziemy mogli dopisać do tej listy.

Hillary Clinton z kolei wysoko pokonała w sobotę Sandersa w Luizjanie (71 proc. do 23 proc.). Ale byłej sekretarz stanu powoli "kończą się" południowe stany, w których od początku była zdecydowaną faworytką. W pozostałej części kraju rywalizacja będzie dużo bardziej zacięta.

"Rywalizujemy z kandydatką wspieraną przez cały polityczny establishment, z kimś, kto został namaszczony przez ekspertów. Ale wiecie co? Ta kandydatura już się wcale nie wydaje taka 'nieunikniona'" - ocenił Bernie Sanders.

"Nie chciałbym za bardzo psuć mediom narracji" - ironizuje kandydat - "ale nie skreślajcie nas jeszcze. Mamy szansę na zwycięstwo".

Kolejna ważna próba sił już we wtorek (8 marca). Hillary Clinton z pewnością weźmie Missisipi, wszystkie oczy będą jednak skierowane na Michigan, gdzie stawką jest aż 148 delegatów. Bernie Sanders od dłuższego czasu właściwie nie opuszcza tego mocno zindustrializowanego stanu. Jego kampania ewidentnie wzięła Michigan na celownik. Demografia stanu (uboga klasa pracująca), podupadający przemysł i obecne w Michigan rozczarowanie politycznymi elitami może sprzyjać Sandersowi. W sondażach jednak, póki co, zdecydowanie prowadzi była sekretarz stanu.

Wyniki w Michigan mogą ustawić kampanię na kolejne tygodnie. Przy zwycięstwie Clinton znów będziemy czytać, że nominację ma w kieszeni. Przy zwycięstwie Sandersa eksperci będą się rozwodzić nad "momentum" senatora i kłopotami Clinton.

Zanim jednak wyborcy z Michigan wyrażą swoją opinię, kandydaci zmierzą się w dwóch telewizyjnych debatach.

Czytaj więcej na temat prawyborów w USA

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy