Reklama

Reklama

​USA: Bernie Sanders liczy na cud, spiskowcy na Joe Bidena

Przed ostatnim akordem prawyborów Partii Demokratycznej pojawiają się szalone scenariusze, które mogłyby pozbawić Hillary Clinton niemal pewnej nominacji.

W sobotę, 4 czerwca, między Hillary Clinton a Berniem Sandersem wybierać będą demokraci z Wysp Dziewiczych, dzień później zagłosują mieszkańcy Portoryko, a 7 czerwca, na zakończenie prawyborów, będzie miała miejsce wielka kumulacja: do lokali wyborczych udadzą się demokraci z Kalifornii, New Jersey, Montany, Nowego Meksyku, Dakoty Północnej, Dakoty Południowej i Dystryktu Kolumbii.

Reklama

Była sekretarz stanu Hillary Clinton prowadzi z senatorem z Vermont Berniem Sandersem różnicą 270 delegatów.

Clinton wygrała w 27 prawyborach, a Sanders w 21. Ona zdobyła 13 mln głosów (55 proc.), on - 10 mln (43 proc.). 

Sztab Hillary Clinton już dawno orzekł, że sprawa jest rozstrzygnięta i wezwał 74-letniego senatora-socjalistę do wycofania się z prawyborów. Kandydatka skupia się już na listopadowych wyborach powszechnych, w których miałaby zmierzyć się z kandydatem republikanów - Donaldem Trumpem.

Należy jednak pamiętać, że od 4 do 7 czerwca stawką będzie aż 781 delegatów. Z prostej kalkulacji wynika, że jeżeli Bernie Sanders zdobędzie 67 proc. głosów w nadchodzących prawyborach, to zniweluje całkowicie przewagę Hillary Clinton.

To bardzo, bardzo mało realistyczny wariant, nie można go jednak całkowicie wykluczyć. Sanders zdobywa coraz większe poparcie w Kalifornii (475 delegatów) niemal z dnia na dzień. Wiece senatora przyciągają wielotysięczne tłumy, a jego wolontariuszom udało się zarejestrować aż 1,5 mln nowych wyborców. Co więcej, mnóstwo kalifornijskich republikanów zmienia afiliację partyjną tylko po to, by zagłosować przeciwko byłej sekretarz stanu. Okazałe zwycięstwo w Kalifornii (według ostatnich sondaży Sanders remisuje tam z Clinton) musiałoby jednak iść w parze z dobrym wynikiem w New Jersey, gdzie Clinton utrzymuje wysoką przewagę.

No i pozostaje jeszcze kwestia superdelegatów. To 700 prominentnych członków Partii Demokratycznej, którzy podczas lipcowej konwencji krajowej nie będą związani wolą wyborców. Miażdżąca większość z nich poparła już Clinton. Przypomnijmy, że to właśnie na konwencji w Filadelfii ostatecznie wybrany zostanie kandydat demokratów na prezydenta.

Sanders ma dwa pomysły na "problem" z superdelegatami: albo przekona ich, że jest znacznie lepszym kandydatem do starcia z Donaldem Trumpem albo też przeforsuje zmianę reguł na samej konwencji; wedle nowych zasad superdelegaci mieliby głosować tak jak mieszkańcy ich stanów.

To wciąż scenariusze, które należy traktować z dystansem, faktem jednak jest, że Hillary Clinton staje się dla demokratów poważnym obciążeniem. 66 proc. Amerykanów uważa żonę Billa Clintona za osobę nieuczciwą. Tak wysokich wskaźników nieufności nie ma nawet Donald Trump. Ponadto niedawno ogłoszone wyniki audytu wykazały, że Clinton złamała zasady, posługując się prywatnym, niechronionym przez służby serwerem do służbowej korespondencji. Sprawą interesuje się FBI, kandydatka ma być niedługo przesłuchiwana.

Jakby tego było mało, w najnowszych sondażach Clinton coraz wyraźniej przegrywa z Trumpem. Nieobliczalny 69-miliarder miał być dla niej wymarzonym konkurentem, tymczasem okazuje się być jej przekleństwem.

To wszystko sprawia, że Hillary Clinton nie jest już przedstawiana jako nieuchronna kandydatka demokratów przez część amerykańskiej prasy. "Forbes" i "Wall Street Journal" tego samego dnia opublikowały spekulacje, wedle których kandydatem demokratów miałby zostać... obecny wiceprezydent Joe Biden.

Biden miałby sobie dobrać np. Elizabeth Warren jako kandydatkę na wiceprezydenta, co byłoby gestem w stronę progresywnej platformy wewnątrz demokratów, reprezentowanej przez Berniego Sandersa.

Dziennikarze przypominają słowa Bidena, który w styczniu mówił, że każdego dnia żałuje, iż nie wystartował w prawyborach.

Tylko w jaki sposób Biden miałby zostać kandydatem, skoro nie stratuje w prawyborach? "Forbes" twierdzi, że w przepisach dot. konwencji krajowej jest klauzula, która pozwala w szczególnych okolicznościach "uwolnić" delegatów od przypisanego im kandydata. Wtedy miałaby miejsce tzw. konwencja otwarta.

Amerykańska kampania po raz kolejny płata figla ekspertom z telewizora: jeszcze w lutym twierdzili, że Donald Trump nie zapewni sobie nominacji, a Hillary Clinton może już snuć plany urządzenia Białego Domu. Republikańska konwencja miała być krwawą jatką a konwencja demokratów koronacją. Wszystko wskazuje, że będzie dokładnie odwrotnie: w lipcu republikanie - może i z zatkanym nosem, ale jednak - zjednoczą się wokół kandydatury Donalda Trumpa, natomiast u demokratów spiskowcy spróbują przeforsować Joe Bidena, a delegaci Berniego Sandersa będą walczyć do ostatniego tchu. Przedsmak mieliśmy na konwencji stanowej demokratów w Nevadzie, gdzie skończyło się zamieszkami. 

Dowiedz się więcej na temat: Hillary Clinton i Bernie Sanders

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy