Reklama

Reklama

Prawybory w USA: Establishment kontra wywrotowcy

W poniedziałek, 1 lutego, w stanie Iowa oficjalnie rozpoczęły się amerykańskie prawybory, które potrwają aż do czerwca i wyłonią kandydatów Partii Republikańskiej i Partii Demokratycznej na prezydenta. Na ostatniej prostej "New York Times" poparł Hillary Clinton, reżyser Michael Moore Berniego Sandersa, a Donald Trump postanowił przetestować gambit Bronisława Komorowskiego. O co chodzi?

Prawybory w Iowa to nie są zwyczajne prawybory, tak jak sobie je wyobrażamy: lokal wyborczy, lista kandydatów, komisja, urna... Iowa przeprowadza prawybory typu caucus. To kontrowersyjny format, ale mieszkańcy stanu są z niego dumni.

Wybory typu caucus polegają na tym, że lokalne koła partyjne spotykają się np. w swoich domach i przy herbatce dyskutują, który z kandydatów jest najlepszy. Gdy dojdą do wspólnych wniosków, swoją decyzję przekazują wyżej, do stanowych władz partyjnych. Te podliczają wyniki i na tej podstawie wyłaniają delegatów na krajową konwencję partyjną, podczas której zostanie wyłoniony kandydat partii.

Reklama

Format prawyborów w Iowa krytykowany jest za niereprezentatywność, archaiczność i zamknięcie na "ludzi z ulicy". Zwolennicy "caucuses" przekonują, że to wspaniały przykład demokracji oddolnej, zaangażowanej, społeczeństwa obywatelskiego.

Ostatnie sondaże

Tym razem zaprezentujemy wyniki sondaży przeprowadzonych wyłącznie w Iowa, a nie w całym kraju.

U Republikanów prowadzi miliarder Donald Trump, którego popiera 28 proc. wyborców. Drugi jest senator z Teksasu Ted Cruz z wynikiem na poziomie 23 proc. Na trzecim miejscu plasuje się senator z Florydy, syn kubańskich imigrantów Marco Rubio (15 proc.). Z grona kandydatów, którzy zagrażają Trumpowi wypadł neurochirurg Ben Carson (10 proc.). Faworyzowanego na początku kampanii Jeba Busha popiera zaledwie 2 proc. republikańskich wyborców.

Z kolei u Demokratów zaciętą walkę toczą Hillary Clinton z Berniem Sandersem. Na dzień przed prawyborami była sekretarz stanu prowadziła z senatorem z Vermont 48 do 45. Trzeci z kandydatów, Martin O'Malley (3 proc.) nie będzie się liczył.

Wyniki nadadzą ton kampanii

Z jednej strony przyjęło się, że kandydat, który nie wygra w Iowa lub New Hampshire (9 lutego), nie ma szans na ostateczną nominację, a z drugiej znane są przypadki kandydatów, którzy wygrywali w Iowa, a później przestawali się liczyć (Rick Santorum, Mike Huckabee).

Na pewno wyniki w Iowa i New Hampshire wyznaczą dynamikę kampanii wyborczej - jedni znajdą się na fali, a inni będą mieli pod górkę. Jednak do Superwtorku 1 marca, kiedy będzie głosować kilkanaście stanów naraz, nic nie będzie jeszcze przesądzone.

Hillary z poparciem "The New York Times"

Dziennikarze gazety "The New York Times" oficjalnie poparli kandydaturę Hillary Clinton.

"Amerykanie mają szansę wybrać najbardziej kompetentnego prezydenta w historii współczesnej" - czytamy.

Gazeta chwali pragmatyzm Hillary Clinton w opozycji do idealistycznych, ale nierealnych, zdaniem dziennikarzy, propozycji Berniego Sandersa. Sanders chce rewolucji, Clinton kontynuacji i ewolucji - "NYT" woli to drugie.

Redaktorzy podkreślają kompetencje Hillary Clinton w sprawach międzynarodowych. Nie bez znaczenia byłby też wymiar symboliczny jej zwycięstwa - zostałaby pierwszą kobietą-prezydentem w historii Ameryki.

"Hillary Clinton to właściwy wyborów dla Demokratów. Proponuje ona wizję Ameryki radykalnie odmienną od propozycji czołowych republikańskich kandydatów - wizję, w której klasa średnia ma szansę na dobrbyt, prawa kobiet są szanowane, nielegalni imigranci mają możliwość legalizacji pobytu, a międzynarodowe sojusze są pielęgnowane, dzięki czemu nasz kraj będzie bezpieczny" - taki obraz prezydentury Clinton kreśli "NYT".

W słowach nie przebierają natomiast komentatorzy "Wall Street Journal". "Demokraci byliby szaleni, gdyby nominowali Berniego Sandersa!" - przestrzegają.

Michael Moore popiera Berniego Sandersa

W dniu prawyborów w Iowa 74-letniego senatora z Vermont poparł reżyser filmów dokumentalnych Michael Moore ("Zabawy z bronią", "Fahrenheit 9.11", "Kapitalizm, moja miłość"). Moore w swoim oświadczeniu przypomina "ekspertów" wieszczących niegdyś, że prezydentem USA na pewno nie zostanie katolik (a jednak - John F. Kennedy), kandydat z głębokiego południa (a jednak - Jimmy Carter), rozwodnik (a jednak - Ronald Reagan), ktoś, kto nie służył w armii (a jednak - Bill Clinton), wreszcie Afroamerykanin (a jednak - Barack Obama).

Dziś "eskperci" mówią, że socjaldemokrata na pewno nie będzie prezydentem USA - zauważa Moore. Pogląd ten formułowany jest wbrew badaniom, wedle których Bernie Sanders ma znacznie większe szanse wygrać z Donaldem Trumpem (lub innym kandydatem Republikanów) niż Hillary Clinton.

"Zastanawialiście się, dlaczego te wszystkie spece są zawsze takie pewne, że Amerykanie nie są na coś gotowi - a później okazuje się, że nie mają racji? Oni mówią te rzeczy, ponieważ bronią swojego status quo. Chcą wystraszyć ludzi, by głosowali wbrew swojemu rozsądkowi" - przekonuje Michael Moore.

Reżyser, który popierał Sandersa już w latach 90., przypomina, że syn polskiego Żyda jest stały w poglądach, natomiast Clinton zmienia zdanie nieustannie i koniunkturalnie (m.in. w sprawie wojny w Iraku czy małżeństw homoseksualnych).

Moore wytyka Clinton mało ambitny program - polityk już zapowiedziała, że nie wprowadzi publicznej opieki zdrowotnej dla każdego, nie będzie też darmowych studiów, ani radykalnego podniesienia płacy minimalnej. To wszystko postulaty Berniego Sandersa, który zamierza opodatkować najbogatszych i uregulować Wall Street. Sam, w przeciwieństwie do innych kandydatów, nie bierze od nich pieniędzy.

Gambit Komorowskiego

Prowadzący w republikańskich sondażach Donald Trump nie wziął udziału w ostatniej telewizyjnej debacie kandydatów Partii Rebulikańskiej przed wyborami. Coś wam to przypomina? Podobnie zrobił Bronisław Komorowski przed pierwszą turą ubiegłorocznych wyborów prezydenckich. Motywacje obu polityków były jednak nieco inne. 

Komorowski nie chciał schodzić ze swojego prezydenckiego tronu na poziom zwykłego kandydata, jednego z wielu. Trump natomiast obraził się na stację Fox News, która do prowadzenia debaty wyznaczyła dziennikarkę Megyn Kelly. Trump ma ogromny żal do Kellly, że w sierpniowej debacie zadała mu ostre pytanie o seksizm; przypomniała, że kobiety, których Trump nie lubi, były przez niego nazywane m.in. "tłustymi świniami", "łajzami" i "obrzydliwymi zwierzakami".

Gdy Fox News wydał oświadczenie broniące Kelly, stacja pozwoliła sobie na kilka uszczypliwości wobec Trumpa. Miliarder zdenerwował się nie na żarty, ogłosił, że nie będzie zabawką w rękach Fox News, oznajmił, że w debacie udziału nie weźmie, a wydarzenie tym samym skazane jest na oglądalnościową klapę (okazało się, że nie miał racji). W obu przypadkach - Komorowskiego i Trumpa - chodziło przede wszystkim o obniżenie rangi tych debat.

Jak odmowa udziału w debacie skończyła się dla Bronisława Komorowskiego - wiemy wszyscy doskonale. Jak będzie w przypadku Donalda Trumpa?

Póki co Partia Republikańska nie może zdecydować się, kogo nie znosi bardziej: Donalda Trumpa czy Teda Cruza. Konserwatywni intelektualiści "nie życzą sobie" Trumpa jako kandydata, z kolei partyjna wierchuszka nie toleruje Cruza. Partia chętnie widziałaby w roli kandydata Marco Rubio, Jeba Busha, bądź Chrisa Christiego, ale jakoś wyborcy nie chcą słuchać.

Wybory w USA można więc traktować jako (nie)ostateczne starcie establishmentu reprezentowanego przez Clintonów, Bushów, "Washington Post", "New York Times", Wall Street i banki itd. z milionami Amerykanów, którzy w Białym Domu chcieliby widzieć kogoś spoza tego układu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy