Reklama

Reklama

​Prawybory w USA: Akcja się zagęszcza

Superdelegaci tajną bronią Hillary Clinton, Donald Trump ścierający się (na odległość) z papieżem Franciszkiem, Jeb Bush walczący o przetrwanie... W sobotę, 20 lutego, kolejny odcinek serialu wyborczego w USA.

Tym razem rozjeżdżają się kampanijne trasy Republikanów i Demokratów. Partia Republikańska przeprowadzi w sobotę prawybory w Karolinie Południowej, natomiast Partia Demokratyczna w Nevadzie.

W Karolinie Południowej "do wzięcia" jest łącznie 50 republikańskich delegatów, a w Nevadzie 43 delegatów Partii Demokratycznej. Mechanizm prawyborów i wyborów w USA jest wyjątkowo skomplikowany; trzeba przede wszystkim wiedzieć, że kandydat, którego na konwencji krajowej będzie reprezentować najwięcej delegatów uzyska prezydencką nominację swojej partii i wystartuje w wyborach, które odbędą się 8 listopada.

Reklama

Obecnie, po prawyborach w Iowa i New Hampshire, najwięcej delegatów mają Donald Trump po stronie Republikanów i Bernie Sanders po stronie Demokratów.

Według ostatnich sondaży kontrowersyjny miliarder Donald Trump utrzymuje bezpieczną przewagę w Karolinie Południowej. Popiera go tam 33,5 proc. republikańskich wyborców. Drugi jest senator z Teksasu Ted Cruz (17,6 proc.), a trzeci Marco Rubio (17,1 proc.).

Jeb Bush ze wsparciem 43. prezydenta USA

O przetrwanie walczy Jeb Bush (10,4 proc.). Bardzo słaby wynik w którymkolwiek ze stanów może spowodować, że odwrócą się od niego hojni sponsorzy. A bez nich Bush nie będzie w stanie prowadzić kampanii. Ostatnio Jeba na wiecu w Karolinie Południowej wsparł ten, który miał być jego największym obciążeniem - jego starszy brat, były prezydent USA George W. Bush.

"Rozumiem, że Amerykanie są wściekli i sfrustrowani, ale nie potrzebujemy w gabinecie owalnym kogoś, kto jedynie odzwierciedla tę frustrację. Z mojego doświadczenia - najgłośniejsza osoba w pokoju nie zawsze jest tą najsilniejszą" - mówił George W. Bush, w oczywisty sposób pijąc do Donalda Trumpa.

Trump kontra papież

Zresztą nie on jeden pił do Trumpa. Kandydaturę miliardera, który chce wybudować mur na granicy z Meksykiem i deportować wszystkich nielegalnych imigrantów, skomentował w tymże Meksyku sam papież Franciszek. 

"Nie jest prawdziwym chrześcijaninem ten, który myśli wyłącznie o budowaniu murów zamiast o budowaniu mostów. To nie jest Ewangelia" - oznajmił papież.

Rzecz jasna na reakcję Donald Trumpa nie trzeba było długo czekać. Miliarder określił tę wypowiedź jako "haniebną".

"Żaden lider, a w szczególności religijny przywódca, nie ma prawa kwestionować wiary innych osób" - powiedział Trump i zarzucił meksykańskiemu rządowi, że oczerniał go przy papieżu.

"Gdy ISIS zaatakuje Watykan, a jak wszyscy wiemy, to ich wielki cel, mogę was zapewnić, że papież będzie się modlił, by to Donald Trump był prezydentem USA" - dodał w swoim stylu kandydat.

Na koniec stwierdził, że nie chce walczyć z papieżem i że lubi jego charakter.

Jak krytyka ze strony bardzo lubianego w USA papieża Franciszka wpłynie na notowania i wyniki wyborcze Donalda Trumpa? Tego nie wie żaden analityk. Do tej pory żaden konflikt ani żadna krytyka Trumpowi nie szkodziły.

Miliarder szantażuje ostatnio Partię Republikańską, że jeśli nie zdobędzie nominacji, to wystartuje jako kandydat niezależny. A to mogłoby pogrzebać szansę Republikanina na prezydenturę.

Niezadowolenie sponsorów

W Nevadzie u Demokratów minimalną przewagę zachowuje Hillary Clinton. W ostatnim sondażu popiera ją 48,7 proc. wyborców, a Berniego Sandersa 46,3 proc. Ale faktem jest, że Sanders zniwelował ogromną stratę w Nevadzie (w pewnym momencie różnica wynosiła 46 punktów proc.). 

Zwycięstwo Clinton w tym stanie miało być pewne ze względu na jego demografię: mieszka tu dużo więcej mniejszości etnicznych niż w Iowa i New Hampshire. Ale i w tych grupach 74-letni senator z Vermont zaczął zdobywać coraz większe poparcie. Co więcej, Fox News opublikował właśnie sondaż, w którym Sanders po raz pierwszy prowadzi z Clinton w skali całego kraju: 47 do 44 proc.!

Obrót spraw w ostatnich tygodniach, zwłaszcza wysoka porażka w New Hampshire, mocno niepokoi sponsorów byłej sekretarz stanu. Zażądali oni pilnego spotkania z szefem sztabu wyborczego Clinton - Robbym Mookiem. Do spotkania doszło, a Mook musiał robić dobrą minę do złej gry, gdy wpływowi darczyńcy krytykowali dotychczasowy przebieg kampanii.

Jak relacjonuje "The New York Times", sponsorzy domagali się ostrzejszych ataków na Berniego Sandersa; chcą, by Clinton demaskowała jako propozycje jako nierealny populizm, by przyciskała go konkretami. Podkreślano też, że Clinton całkowicie straciła młodych wyborców i że tutaj również powinny zostać podjęte odpowiednie kroki.

Robby Mook uspokajał zebranych i zapewniał, że w Karolinie Południowej (27 lutego) wciąż zanosi się na wysokie zwycięstwo Clinton, a i w Superwtorek (1 marca), kiedy głosuje wiele stanów naraz, kandydatka powinna triumfować.

Sanders: Obama się czasem myli

Ostatnio osią sporu między Clinton a Sandersem jest prezydentura Baracka Obamy. Clinton wyraźnie próbuje ustawić Sandersa w opozycji do Obamy, a siebie przedstawia jako kontynuatorkę jego działań. Była sekretarz stanu w gabinecie Obamy przypomina wszystkie wypowiedzi, w których senator krytykował aktualnego prezydenta.

Bernie Sanders ma już tego najwyraźniej dość, bo w wywiadzie z BET po raz pierwszy tak ostro skomentował tę taktykę.

"Hillary Clinton próbuje przytulić się do prezydenta tak mocno jak to tylko możliwe. Wszystko co robi prezydent jest cudowne. Ona kocha prezydenta, prezydent kocha ją i tak dalej. Wszyscy wiemy, o co w tym chodzi. To próba zdobycia poparcia afroamerykańskiej społeczności, gdzie prezydent jest niezwykle popularny. Mam ogromny szacunek do prezydnta. To mój przyjaciel. Pracowaliśmy razem. Sądzę, że wykonał świetną robotę w wielu dziedzinach. Ale wiecie co? Tak jak każdy inny człowiek, myli się w pewnych sprawach" - powiedział Sanders.

Mimo że syn polskiego Żyda spod Limanowej jest na fali już od wielu, wielu tygodni, to Hillary Clinton ma w zanadrzu tajną broń. To superdelegaci. Prominentni członkowie Partii Demokratycznej, którzy na konwencji krajowej nie są związani wolą wyborców. Superdelegatów jest łącznie 712 (na 4763) i w przypadku gdy kandydaci idą "łeb w łeb", to oni mogą zdecydować, kto otrzyma nominację. Clinton poparło, jak dotąd, 362 superdelegatów, a Berniego Sandersa... ośmiu.

No oczywiście - kwitują zwolennicy Sandersa - establishment partyjny nie poprze kogoś, kto chce odciąć strumień pieniędzy płynący z wielkiego biznesu w stronę polityki. Warto jednak przypomnieć, że w 2008 roku superdelegaci nie podważali decyzji wyborców i wielu z nich na konwencji krajowej przerzuciło poparcie na Baracka Obamę. Tyle że - jak zauważa "Washington Post" - Obama, objeżdżając kraj, budował z nimi przyjazne relacje, natomiast Sanders uważa ich za zepsutą arystokrację.

Czytaj więcej na temat prawyborów w USA

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy