Reklama

Reklama

​Jak Donald Trump może pokonać Hillary Clinton

W dyskusjach na temat amerykańskich wyborów należy pamiętać, że nie są to wybory, w których wygrywa kandydat z największą liczbą głosów obywateli. Rozstrzygnięcia w kilku-kilkunastu kluczowych stanach zdecydują, kto zostanie 45. prezydentem USA: Hillary Clinton czy Donald Trump.

Prezydentem USA zostanie kandydat, który 8 listopada 2016 roku zdobędzie 270 głosów elektorskich (lub więcej). Każdy stan ma z góry przypisaną liczbę takich głosów np. Kalifornia 55, a Arizona 11. Zwycięzca wyborów w danym stanie zgarnia wszystkie głosy elektorskie, niezależnie od tego, czy wygrał stosunkiem 90-10 czy 51-49.

Reklama

Są stany, które zawsze głosują na demokratów takie jak wspomniana Kalifornia czy Nowy Jork, są i stany, które zawsze głosują na Republikanów np. Teksas czy Indiana.

Generalnie, choć z pewnymi wyjątkami, demokraci biorą oba wybrzeża, a republikanie to co pomiędzy.

Gra toczy się zazwyczaj o tzw. swing states, czyli stany, które głosują raz na kandydata republikanów, a innym razem na demokratę.

Publicysta MSNBC wyliczył, że już na starcie przewagę ma demokrata. Dlaczego? Od 1992 roku 18 stanów głosuje zawsze na kandydata demokratów. Te 18 stanów daje Partii Demokratycznej już na "dzień dobry" 242 głosy elektorskie. Do prezydentury brakuje więc raptem 28.

Czyżby więc Donald Trump nie miał szans z Hillary Clinton? Nic z tych rzeczy.

Już teraz oczy amerykańskiej opinii publicznej zwróciły się na trzy, silnie zaludnione stany: Florydę, Pensylwanię (od lat głosującą na demokratów) i Ohio. Wygrana w tych stanach plus utrzymanie republikańskich bastionów bardzo przybliżyłoby Trumpa do zwycięstwa.

Sondaże w tych trzech stanach wyglądają dla miliardera nader obiecująco: w Ohio prowadzi czterema punktami procentowymi, a w Pensylwanii i na Florydzie przegrywa jednym punktem.

Jednak Clinton, dzięki masowemu poparciu Afroamerykanów, może z kolei odbić pojedyncze stany republikańskie np. Georgię, co mocno utrudniłoby sprawę Trumpowi.

Była sekretarz stanu, mimo że wciąż rywalizuje w prawyborach z Berniem Sandersem, prawie całe kampanijne siły zorientowała już na walkę z Donaldem Trumpem. Atakując go jako seksistę i rasistę, naraziła się na szybki kontratak - miliarder przypomniał wybryki Billa Clintona.

Donald Trump nie będzie miał problemów z wynajdowaniem haków na konkurentkę, bo przez całą swoją polityczną karierę była sekretarz stanu dostarczyła przeciwnikom sporo amunicji (czytaj więcej na ten temat). Kampania zrobi się więc bardzo ostra i prawdopodobnie tak "brzydka", jak jeszcze nigdy wcześniej.

69-letni biznesmen by wygrać, będzie musiał m.in. odkręcić wizerunek mężczyzny gardzącego kobietami, w czym pomóc ma jego żona, Melania. A jest co odkręcać. Nielubiane przez siebie kobiety nazywał "tłustymi świniami", "sukami", "łajzami", kpił z wyglądu Carly Fioriny, trudne pytanie prezenterki Fox News tłumaczył jej okresem. O Clinton napisał: "Jeśli nie była w stanie zadowolić męża, jak będzie mogła zadowolić Amerykę?".

O ile Trump ma kłopot z elektoratem żeńskim i robi wiele, by zrazić do siebie imigrantów, o tyle Clinton bardzo słabo wypada wśród białych mężczyzn. I w tym sensie największe słabości obojga kandydatów w dużej mierze się wyrównują.

Drugim utrapieniem Clinton są zwolennicy Berniego Sandersa - młodzi i progresywni. Oni w dużej mierze na Clinton głosować nie chcą. Deklarują albo pozostanie w domach, albo głosowanie na Trumpa.

W tym kontekście nie dziwi najnowszy ogólnokrajowy sondaż Reutersa, wedle którego Hillary Clinton popiera 41 proc. Amerykanów, a Donalda Trumpa 40 proc. Dodajmy, że oboje jednocześnie pozostają najbardziej nielubianymi politykami w USA.

Dowiedz się więcej na temat: Prawybory w USA 2016 | Donald Trump

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje