Reklama

Reklama

​Donald Trump: To koniec. Znokautowałem ich

Donald Trump i Hillary Clinton we wtorek wieczorem ogłosili siebie zwycięzcami amerykańskich prawyborów. Oba sztaby planują już strategię na starcie w listopadowych wyborach prezydenckich.

We wtorek, 26 kwietnia, głosowało pięć stanów: Connecticut, Pensylwania, Delaware, Maryland i Rhode Island.

Reklama

Donald Trump wygrał we wszystkich pięciu stanach, w każdym z nich zdobywając ponad 50 proc. głosów.

Do uzyskania republikańskiej nominacji potrzeba 1237 delegatów. Miliarder zapewnił sobie już poparcie 950 z nich. Do rozdzielenia pozostało jeszcze 448 delegatów.

Trump odrzuca scenariusze, wedle których w przypadku niezdobycia 1237 delegatów, Partia Republikańska miałaby go "wykiwać" na konwencji krajowej i wskazać innego kandydata.

"Kiedy bokser nokautuje innego boksera, nie musisz czekać na decyzję. Jak dla mnie, to koniec zawodów" - stwierdził Trump.

Jego przewaga nad Tedem Cruzem i Johnem Kasichiem jest tak duża, że rywale nie mają szans go wyprzedzić. Ich jedynym zadaniem jest powstrzymanie Trumpa przed zdobyciem 1237 delegatów. Wtedy to w lipcu w Cleveland odbyłaby się konwencja otwarta i republikańscy delegaci w kolejnych turach głosowań nie byliby związani wolą wyborców. Trump i jego sztabowcy nie chcą do tego dopuścić i mają duże szanse, że im się to uda.

Po stronie demokratów coraz bliżej nominacji jest Hillary Clinton, która we wtorek z Berniem Sandersem przegrała jedynie w Rhone Island. Aktualnie przewaga Clinton nad Sandersem wynosi 300 delegatów. 74-letni senator wygra jeszcze w kilku stanach: prawdopodobnie w Indianie, Oregon, Wirginii Zachodniej, być może również w Kalifornii i New Jersey. Ale te zwycięstwa mogą nie wystarczyć, by odrobić stratę w delegatach.

Sztab Sandersa analizuje sytuację w prawyborach pod kątem matematycznych szans i przekazu dla wyborców.

Senator zapowiedział, że nie wycofa się z wyścigu i że zdobędzie "tak dużo delegatów, jak to tylko możliwe", by walczyć o "progresywne zmiany w partii". Zwrócił się przy tym do superdelegatów, którzy na konwencji nie będą związani wolą wyborców - podkreślał, że przyciąga głosy wyborców niezależnych i republikańskich oraz że będzie mocniejszym kandydatem w wyborach powszechnych (na co wskazują wszystkie badania). Ta strategia - "mam większe szanse z Trumpem" - będzie ostatnią deską ratunku dla Sandersa.

Nieoczekiwanego sojusznika znalazł Sanders w Donaldzie Trumpie, który napisał na Twitterze, że demokraci potraktowali go "okropnie" i że powinien wystartować jako kandydat niezależny. Mimo namów ze strony swoich zwolenników senator od początku jednak wyklucza taki scenariusz.

Tymczasem Hillary Clinton i jej ludzie myślami są już przy listopadowych wyborach. Sztab mocno oszczędza na kampanii w kolejnych stanach i gromadzi już fundusze pod kątem wyborów "właściwych". 

Była sekretarz stanu oznajmiła po spłynięciu wtorkowych wyników, że na lipcową konwencję przyjedzie "z największą liczbą delegatów i największą liczbą głosów". To jasna deklaracja zwycięstwa.

Clinton na wiecach znacznie więcej mówi o Trumpie niż o Sandersie. Tego drugiego ostatnio wyłącznie chwali, by przyciągnąć jego młodych wyborców. 

Jak czytamy w "New York Times", sztabowcy Clinton podejmują zakulisowe wysiłki, by Sandes zaprzestał ostrych ataków na kandydatkę, by nie wpisywać się w republikańską narrację i nie obniżać jej szans w październikowych wyborach.

Już teraz widać jaka będzie zasadnicza różnica w przekazie między Trumpem a Clinton. Miliarder krytykuje obecną sytuację w kraju i gromadzi wokół siebie elektorat antysystemowy, natomiast Clinton uważa, że sprawy idą w dobrym kierunku, "Ameryka nie przestała być wielka" i zapowiada kontynuację polityki Baracka Obamy. W listopadzie zmierzą się zatem zadowoleni z niezadowolonymi.

Dowiedz się więcej na temat: Donald Trump | prawybory w USA

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje