Reklama

Reklama

​Ameryka wybiera swojego 45. prezydenta

Podczas odbywających się 8 listopada wyborów prezydenckich w USA przekonamy się, czy więcej jest obywateli wściekłych, czy też przerażonych.

Przypomnijmy, że o fotel prezydenta USA ubiegają się: kandydatka Partii Demokratycznej Hillary Clinton i kandydat Partii Republikańskiej Donald Trump.

Reklama

Ponadto swoją kandydaturę we wszystkich stanach zarejestrował Gary Johnson z Partii Libertariańskiej, a w większości stanów - Jill Stein z Partii Zielonych. Johnson i Stein nie mają szans na zwycięstwo, ale to, komu zabiorą głosy i ile ich zabiorą, może przesądzić o ostatecznym wyniku wyborów.

Kandydat, który uzyska co najmniej 270 głosów elektorskich, zastąpi Baracka Obamę 20 stycznia 2017 roku.

Takich wyborów jeszcze nie było

Tegoroczne wybory prezydenckie są bezprecedensowe pod wieloma względami. Po raz pierwszy, odkąd prowadzone są szczegółowe pomiary popularności, w wyborach mierzy się dwoje tak nielubianych kandydatów. Amerykanie nie ufają zarówno Donaldowi Trumpowi, jak i Hillary Clinton.

Kandydatka demokratów może zostać pierwszą kobietą na stanowisku prezydenta USA, natomiast Donald Trump to pierwszy tak doskonały wytwór postpolityki. Miliarder swoją popularność zdobył nie poprzez piastowanie stanowisk publicznych, wbrew starannie pielęgnowanemu wizerunkowi nie jest również wybitnym biznesmenem; uznanie w oczach republikańskich wyborców zdobył występami w telewizji, gdzie "mówił, jak jest", wynosząc brak politycznej poprawności do rangi cnoty.

Wściekli kontra przerażeni

W pojedynku, gdzie orężem jest karta wyborcza, zmierzą się dwie Ameryki: wściekła i przerażona.

"Ameryka wściekła" nieoczekiwanie wciągnęła na swój sztandar właśnie Donalda Trumpa. To on dziś uosabia antyestablishmentowy ruch, który może wykurzyć obecne elity, reprezentowane przez Hillary Clinton i wszystkich innych "z zawodu polityków".

Wściekłość wyborców Donalda Trumpa budzi nie tylko napływ imigrantów i przestępczość, z którą imigranci często są kojarzeni, ale także narastające po 2008 roku przekonanie, że Ameryka jest krajem kulawym, rannym i niesprawiedliwym. Jak wygląda dziś amerykański przemysł, można zobaczyć w Detroit - mieście widmie, mieście bankrucie. 

Wybudowana za Dwigtha Eisenhowera infrastruktura wymaga remontu. W fatalnym stanie jest wiele dróg, a także mosty i lotniska. 

Choć bezrobocie w Stanach jest niskie, a produktywność pracowników rośnie, to siła nabywcza najniższych płac stoi w miejscu od trzech dekad. W tym czasie majątek 1 procenta najbogatszych obywateli zwiększył się wielokrotnie.

Wyborcy Trumpa są wściekli na elitę za to, że jest skorumpowana. Przyjmuje pieniądze od wielkiego biznesu, a później działa w interesie wielkiego biznesu, nie obywateli.

Wściekli są także na media, które - również uzależnione od wielkiego biznesu - manipulują opinią publiczną, a wyborców Trumpa traktują protekcjonalnie czy wręcz z pogardą. To właśnie pogarda medialnych elit - prezenterów, dziennikarzy, satyryków i celebrytów - pcha pogardzanych w objęcia Donalda Trumpa. Ileż to razy nadawano audycje, w których Seth Meyers czy Trevor Noah wprost sugerowali wyborcom Trumpa, że są tępi.

Z kolei "Ameryka przerażona" autentycznie boi się Donalda Trumpa. Strach ten wykracza poza wszelkie granice - np. spotkania Trumpa z wyborcami porównywane są do nazistowskich wieców. "Ameryka przerażona" nie wie, co Donald Trump może zrobić z kodami nuklearnymi.

Wyborcy z obu wybrzeży boją się, że Trump przyniesie wstyd Ameryce za granicą, i że w kraju zapanuje atmosfera wrogości wobec wszystkich, którzy nie są białymi mężczyznami.

W Trumpie widzi się dyktatora, widzi się totalnego ignoranta, widzi się nowego lidera Ku Klux Klanu, widzi się wreszcie rozkapryszonego nastolatka, który lada moment zacznie się bawić zapałkami i benzyną.

Nawet jeśli wyobrażenia te nie są ze sobą kompatybilne (czy rozkapryszony nastolatek może być nowym Hitlerem?), to strach jest jak najbardziej autentyczny.

I ten strach każe wyborcom głosować na Hillary Clinton, kandydatkę, która nie jest określana inaczej jak "mniejsze zło". Nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, by nazwać ją "dobrem".

Problem z Hillary Clinton...

...polega na tym, że reprezentuje wszystko, co odpychające w amerykańskiej polityce. W niemal każdej kluczowej sprawie zmienia zdanie - popierała umowy o wolnym handlu, teraz jest przeciw. Popierała budowę rurociągu Keystone, później uznała, że jednak jest przeciw. Sprzeciwiała się małżeństwom gejów i lesbijek, teraz jest ich wielką orędowniczką. Głosowała za interwencją w Iraku, później została przeciwniczką tej wojny. Na zamianę chce deregulować i regulować Wall Street.

"Czy powie pani wszystko, byle tylko wygrać wybory?" - pytał ją niebezpodstawnie Anderson Cooper z CNN.

W zależności od momentu kariery była republikanką, później demokratką, a jako demokratka płynnie przechodziła z pozycji centrowych na lewicowe i z powrotem.

Małżeństwu Clintonów wielokrotnie zarzucano zachowania na granicy korupcji - w zamian za intratne odczyty czy wpłaty na konto ich fundacji, pomagali sponsorom w robieniu interesów na całym świecie (ilustruje to film dokumentalny "Clinton Cash"). Jak wynika z maili opublikowanych przez Wikileaks, Hillary Clinton wykorzystywała do tego Departament Stanu.

Zwycięstwo Hillary Clinton będzie dla "Ameryki przerażonej" z jednej strony wielką ulgą, że udało się powstrzymać Donalda Trumpa, ale z drugiej strony sporym ryzykiem. Ryzykiem, że przez cztery czy osiem lat więzi między światem polityki a finansjery będą konsekwentnie zacieśniane, a nad interesem obywateli będzie górował interes wielkich korporacji.

Kilka gorzkich słów o konkurencie

Jaki jest Donald Trump, widzą wszyscy, nie trzeba kręcić filmów dokumentalnych ani śledzić przepływów pieniężnych. To skoncentrowany na sobie gwiazdor, który fortunę odziedziczył po ojcu, a później inwestował ją z mniejszym lub większym powodzeniem. Jego przedsiębiorstwa czterokrotnie bankrutowały. 

Trump to także pozbawiony wrażliwości i empatii narcyz o gigatnycznym ego. Chwali się, że mówi "jak jest", ale najczęściej mówi, co mu ślina na język przyniesie, obrażając na lewo i prawo (Meksykanie to gwałciciele i przemytnicy, a John McCain nie jest bohaterem wojennym, bo "dał się złapać"). Fakty są dla niego rzeczą względną ("Mamy jedne z najwyższych podatków na świecie" - mówi wyborcom). Zapowiada deportację dwóch milionów nielegalnych imigrantów w pierwszej godzinie urzędowania, choć jest to logistycznie i prawnie niemożliwe do przeprowadzenia.

Jego kompetencje i wiedza ograniczają się do biznesu. Spraw zagranicznych, dyplomacji dopiero się uczy. Zagadnienia złożone - np. porozumienie z Iranem, służba zdrowia - są dla niego czarno-białe. Albo coś jest katastrofą, albo jest najlepsze na świecie. Najczęściej najlepszy na świecie jest on sam i jego pomysły. 

Jednocześnie Trump umiejętnie płynie na fali antyimigranckich i antyestablishmentowych nastrojów, która kilka miesięcy wcześniej przyczyniła się do zwycięstwa zwolenników Brexitu.

Tu już nie chodzi o to, jaki jest Trump. Tu chodzi o to, by za pomocą Trumpa dokopać elitom tak, żeby zabolało - w ten sposób rozumuje "Ameryka wściekła".

Jak patrzeć na wyborczą mapę

Pamiętajmy, że w amerykańskich wyborach prezydenckich nie wygrywa ten, kto zdobędzie więcej głosów obywateli, tylko ten kto - w największym uproszczeniu - wygra w kluczowych stanach.

W tych wyborach najuważniej należy przyglądać się Florydzie, Ohio, Arizonie, Karolinie Północnej, Michigan i Pensylwanii.

Z góry natomiast wiadomo, że Kalifornię weźmie Clinton, a np. Oklahomę Trump.

Prezydentem zostanie ten kandydat, który zdobędzie minimum 270 głosów elektorskich. Szerzej o tym, jak wybiera się prezydenta USA piszemy TUTAJ.

Trudniejsze zadanie bez wątpienia czeka Donalda Trumpa. Jeśli podliczymy wszystkie niebieskie (demokratyczne) i czerwone (republikańskie) stany, to wyjdzie na to, że miliarder ma na "dzień dobry" sporą stratę do nadgonienia, a Hillary Clinton jest tuż-tuż tej upragnionej bariery 270 elektorów. Żeby zostać prezydentem, Trump musiałby wygrać właściwie wszystkie "stany wahadłowe", no chyba że zacznie odbijać stany niebieskie, takie jak Michigan czy Minnesota.

Demokraci odbiją Senat?

Wybory głowy państwa to niejedyne wybory, które odbędą się 8 listopada, o czym często się zapomina. Równolegle wybierani będą senatorowie (w niektórych stanach) oraz przedstawiciele Izby Reprezentantów (we wszystkich okręgach). 

Obecnie cały Kongres - Izba Reprezentantów i Senat - kontrolowane są przez republikanów. Demokraci mają wielką szansę, by odbić Senat z ich rąk. Sondaże są dla nich bardzo obiecujące.

Z kolei Izba Reprezentantów najprawdopodobniej pozostanie republikańska. "Washington Post" tylko 52 pojedynki republikanin-demokrata ocenia jako otwarte. W pozostałych zwycięzca jest już z góry przesądzony (uroki JOW-ów). W tych 52 parach demokraci musieliby wygrać 38 razy, by odbić Izbę. Szanse na to są bardzo niewielkie.

Kiedy wyniki?

Zwycięzca wyborów powinien być znany już w środę (9 listopada) nad ranem. Wcześniej, przez całą noc z 8 na 9 listopada będą spływać wyniki z poszczególnych stanów. O 1 w nocy czasu polskiego zamknięte zostaną lokale wyborcze na Florydzie, pół godziny później w Ohio, a o 2 w nocy w Pensylwanii. Pierwsze dane z tych stanów powiedzą nam już bardzo wiele.

Na wyniki wyborów oczekują nie tylko Amerykanie, ale cały świat. Europa, Rosja, Bliski i Daleki Wschód... Geopolityka to naczynia połączone. Od prezydenta Trumpa lub od prezydent Clinton w ogromnej mierze będzie zależało, co dalej z globalizacją, co z kapitalizmem, gdzie wojny się zakończą, a gdzie rozpoczną. Niemała to stawka.

Michał Michalak, Nowy Jork

Czytaj nasze korespondencje z USA

Prosto z USA nadajemy również na Facebooku na Snapchacie (profil: portal.interia).

Zobacz amerykański wideoblog Michała Michalaka

Obserwuj autora na Facebooku

Dowiedz się więcej na temat: Hillary Clinton | Donald Trump | wybory USA

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne