Reklama

Reklama

Wybory prezydenckie w USA. Jak zatrzymać Trumpa?

Donald Trump nie wygra wyborów prezydenckich, ale Republikanie też nie, jeśli zignorują obawy jego zwolenników z gorzej wykształconej białej klasy średniej, bojących się globalizacji i imigracji - powiedział PAP były speechwriter George'a W. Busha, David Frum.

W poniedziałek od głosowania w stanie Iowa rozpoczynają się prezydenckie prawybory w USA. Wbrew przewidywaniom i ku przerażeniu elit Partii Republikańskiej miliarder i populista Donald Trump od miesięcy prowadzi w sondażach wyborców GOP, przyciągając tłumy zwłaszcza białych mężczyzn bez wyższego wykształcenia. Jak diagnozuje Frum, który był autorem przemówień prezydenta Busha w latach 2001-2002, a obecnie jest redaktorem opiniotwórczego magazynu "The Atlantic" i kieruje brytyjskim think tankiem "Policy Exchange", zwolennicy Trumpa to osoby, które czują się porzucone przez Republikanów. Nie są ani specjalnie biedne, ani specjalnie bogate, ale ich standard życia się pogarsza.

Reklama

"Doskonały marketingowiec i handlowiec"

"Trumpowi byłoby bardzo trudno wygrać wybory powszechne. Ale uważam, że równie trudno będzie je wygrać innym kandydatom GOP, bez zwrócenia uwagi na obawy nurtujące zwolenników Trumpa, dzięki którym odnosi takie sukcesy" - powiedział Frum w wywiadzie z PAP. Jak bowiem pokazała porażka w wyborach prezydenckich Mitta Romneya cztery lata temu, "tradycyjne idee i propozycje Republikanów", dotyczące wolnego rynku czy handlu, nie zapewniają już wygranej w wyborach prezydenckich.

Zmagania Partii Republikańskiej nie są jednak niczym nadzwyczajnym w porównaniu z sytuacją w innych rozwiniętych krajach. Wszędzie "nastąpiło spowolnienie gospodarcze od ok. 2000 roku; po drugie pokolenie tzw. baby boom dorosło i oczekuje od państwa rzeczy, na które państwo nie ma zasobów, jakich spodziewano się jeszcze 15 lat temu. I po trzecie, to wszytko dzieje się w czasach coraz większej różnorodności kulturowej i etnicznej. Mamy coraz więcej ludzi, którzy chcą czegoś od państwa, podczas gdy państwo ma mniej, by im dać" - mówi Frum.

Kraje, w których - jego zdaniem - centroprawica odnosiła sukcesy, jak Wielka Brytania, Kanada, Australia, Nowa Zelandia i w mniejszym stopniu Niemcy, "utrzymały tradycyjne poglądy na wolny rynek, przedsiębiorczość czy podatki, dzięki czemu rosną ich gospodarki, ale jednocześnie uszanowały podstawową ideę państwowej opieki społecznej i były dość ostrożne w sprawie imigracji".

By odzyskać wyborców, Partia Republikańska nie musi jednak wybierać "trumpizmu", ale - jak przekonuje Frum - może się od miliardera wiele nauczyć. "Trump zarobił wielkie pieniądze jako doskonały marketingowiec i handlowiec. Zorientował się, czego chcą ludzie, i dał im to. To nie znaczy, że ma dobre odpowiedzi i że jest odpowiednią osobą na urząd prezydenta USA. Ale pokazuje nam coś cennego" - powiedział Frum.

"Nie powinniśmy słuchać Trumpa, lecz jego zwolenników"

Są dwie możliwe odpowiedzi na działania populistów takich jak Trump. Według Fruma można próbować stworzyć wokół nich "kartel wszystkich pozostałych partii", jak ma to miejsce w niektórych krajach Europy. "Ale to nie jest trwałe rozwiązanie. Bardziej długofalowym rozwiązaniem jest przyznanie, że ludzie są czymś oburzeni, a populista to wykorzystuje. Trzeba więc się zastanowić, jak zareagować na to oburzenie. Nie powinniśmy słuchać Trumpa, lecz jego zwolenników i tego, co ich niepokoi. Jeśli jest tak wielu mężczyzn po szkole średniej, których poziom życia się obniża, to mamy istotny problem" - podkreślił Frum.

Przyznał, że jeśli chodzi o obawy dotyczące imigracji, to "słuszną odpowiedzią jest przyjmowanie mniejszej liczby imigrantów". Bardziej skomplikowany jest problem globalizacji, "bo nie możemy wysadzić w powietrze światowego systemu handlowego". "Istnieje coraz więcej dowodów, że dla USA będzie lepiej, jeśli będą mniej handlować. Ale to będzie gorsze dla świata. Musimy więc kontynuować handel, ale też bardziej zatroszczyć się o ludzi, którzy tracą pracę. Będzie ich coraz więcej i coraz trudniej będzie im znaleźć nowe zajęcie" - ocenia Frum.

"Dlatego jestem jedyny wśród Republikanów, który uważa, że potrzebujemy powszechnego sytemu ubezpieczeń zdrowotnych. Musimy mieć możliwości, by powiedzieć Amerykanom, że nawet jeśli ich zarobki nie rosną z powodu globalizacji, to ich życie się poprawi. Nie zbankrutują, jeśli rodzina zachoruje" - wyjaśnił.

Problemem Republikanów jest też słabnące poparcie wśród kobiet z wyższym wykształceniem. "Kiedyś większość kobiet z wyższym wykształceniem była zamężna, teraz z uwagi na słabnącą instytucję małżeństwa mamy więcej samotnych kobiet, z którymi Republikanie mają prawdziwy problem" - przyznał. Ale nie zgodził się z tezą, że kobiety zniechęca do GOP stanowisko w sprawie aborcji. Ogólnie społeczeństwo amerykańskie staje się coraz bardziej "pro-life" i "mało kto jest za aborcją zawsze albo nigdy" - przekonywał.

"Co może zatrzymać Trumpa?"

Łatwiej wytłumaczyć, dlaczego na Republikanów nie głosują imigranci. "Są bardziej uzależnieni od pomocy państwa niż rodowici Amerykanie, a Demokraci im więcej oferują" - powiedział Frum. Mylą się więc ci, którzy uważają, że wystarczy, by GOP zmieniła stanowisko w sprawie imigracji, żeby partia zyskała wyborców. "To nie tylko nieprawdziwe, ale i głupie. Bo kim są imigranci? To ludzie biedniejsi. A w każdym kraju na centroprawicę mają skłonność głosować osoby bogatsze" - wyjaśnił.

Mimo tych problemów GOP, to nie Trump, ale jeden z tzw. establishmentowych kandydatów zdobędzie - zdaniem Fruma - prezydencką nominację partii. "Co może zatrzymać Trumpa? To, jeśli w New Hampshire (stan, który głosuje w prawyborach jako drugi 9 lutego - PAP) Trump zdobędzie 35 proc., a ktoś taki jak senator Marco Rubio lub gubernator Ohio John Kasich czy były gubernator Florydy Jeb Bush 25 proc., a cała reszta po 5 proc. - powiedział Frum. - Wtedy pozostałe kampanie upadną i wszystkie pieniądze i wsparcie skoncentrują się na tej jednej osobie", która zajęła drugą pozycję.

"Prawdziwe niebezpieczeństwo będzie, jeśli Trump zdobędzie 35 proc., Kasich 18 proc., Rubio 16 proc., a Bush 14 proc." - kontynuował rozmówca PAP. Ale przypomniał, że "aż dwie trzecie wyborców Republikanów w skali kraju mówi, że nigdy nie zagłosuje na Trumpa", wiec naprawdę trudno mu będzie wygrać prawybory, a jeszcze trudniej wybory powszechne z faworytką Demokratów Hillary Clinton.

Najbardziej chaotyczny scenariusz zakłada, że w wyniku prawyborów Trump uzyska największą liczbą delegatów na letnią konwencję GOP, która ostatecznie wskaże nominowanego. Ale nie będzie to przewaga ponad 50 proc., lecz np. 35 proc. "Pamiętajmy, że delegaci nie są entuzjastami Trumpa. To ważni lokalni działacze, którzy od dawna są w partii lub dają na nią pieniądze. Muszą głosować na Trumpa (jeśli tak głosowały ich stany), ale tylko w pierwszym głosowaniu. To wszystko. Nie są niczym zobowiązani w drugim głosowaniu czy w wyborze kandydata na wiceprezydenta, ani nawet przy ustalaniu zasad, według których odbędzie się konwencja" - powiedział Frum. A to oznacza, że Trump może "polec" na konwencji.

Z Waszyngtonu Inga Czerny

Dowiedz się więcej na temat: Donald Trump | wybory w USA

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy