Reklama

Reklama

Wawrzyk: Poprzednim razem "ograno" Tuska. Polski nie stać na powtórkę

Bez względu na to, jaki kompromis klimatyczny zostanie osiągnięty na dzisiejszym szczycie Rady Europejskiej, z pewnością pogorszy on i tak już słabą konkurencyjność unijnej gospodarki - przewiduje doktor Piotr Wawrzyk z Instytutu Europeistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Ekspert przypomina, jak podczas negocjacji nad pakietem energetyczno-klimatycznym do 2020 roku "ograno" Donalda Tuska i zastrzega, że Polska nie może pozwolić sobie na powtórkę.

Reklama

Agnieszka Waś-Turecka, INTERIA: Niektórzy twierdzą, że to, jakie stanowisko polski rząd zajmie dziś w kwestii pakietu klimatyczno-energetycznego, pokaże, czy redukcja emisji CO2 była obiektem targów podczas rozmów o stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej dla Donalda Tuska. Zgadza się Pan z tą opinią?

Reklama

Dr hab. Piotr Wawrzyk z Instytutu Europeistyki Uniwersytetu Warszawskiego: - To, jak zachowamy się na szczycie, będzie przede wszystkim testem dla naszej siły przebicia w UE w kontekście budowania koalicji. Dlatego że - niezależnie od tego, co obiecaliśmy w zamian za poparcie dla Tuska - nowy rząd powinien kierować się interesami Polski, a nie stanowiskami. Szczególnie, że chodzi o decyzje, których skutki odczują wszyscy Polacy.

Ustępstwa w polityce klimatycznej mogły być częścią tego "obiecywania"?

- Mam wrażenie, że nasza polityka w kwestii emisji redukcji CO2 była obiektem targów w zamian za funkcję dla Tuska już w 2009-2010 roku, gdy premier zrezygnował  z korzystnych dla Polski zapisów obecnego pakietu klimatyczno-energetycznego (realizowanego do 2020 roku), które wynegocjował Prezydent Lech Kaczyński. To wówczas zaczęło się mówić o "proeuropejskości" Tuska. Celowali w tym zwłaszcza Niemcy, którzy przekonali premiera do złagodzenia stanowiska.

- Jeśli podobne porozumienie zostało zawarte w odniesieniu do nowego pakietu klimatycznego, to - w mojej opinii - fotel przewodniczącego Rady Europejskiej nie jest tego wart.

Prawo i Sprawiedliwość twierdzi, że jedyną opcją dla Polski jest zawetowanie obecnych propozycji klimatycznych. Czy premier Ewa Kopacz ma jakąkolwiek inną możliwość?

- PiS wzywa do zawetowania propozycji, które teraz leżą na stole. W tym kontekście trzeba się w 100 proc. zgodzić.

- Jednak pamiętajmy, że szczyt nie będzie miał formy głosowania za lub przeciw nad danym z góry projektem. W Brukseli będą prowadzone negocjacje, które być może doprowadzą do jakiegoś konsensusu.

Z czego Polska mogłaby zrezygnować, by dać szansę porozumieniu?

- Przede wszystkim, jeśli zostanie utrzymany cel redukcji CO2 na poziomie 40 proc., to musimy dostać gwarancje na piśmie, że UE dołoży się do kosztów modernizacji, tak by ceny energii nie wzrosły dla użytkowników indywidualnych i firm.

- Natomiast niewątpliwie musimy zawetować pozostałe dwie kwestie - m.in. to, że 27 proc. energii ma pochodzić z odnawialnych źródeł energii (OZE). Choćby z tego prostego powodu, że nasze warunki geograficzne uniemożliwiają nam sprostanie takim wymaganiom.

Czyli cele w tym zakresie powinny być ułożone bardziej elastycznie?

- Tak, z uwzględnieniem warunków geograficznych danego kraju.

- Jest jeszcze jedna kwestia szczególnie niekorzystna z polskiego punktu widzenia - różne stawki opodatkowania podmiotów w zależności od poziomu emisji CO2. W myśl tej propozycji przedsiębiorstwa bardziej energochłonne miałyby płacić wyższe podatki, co oczywiście uderza w polskie firmy.

- Pamiętajmy o jednym - zachód Europy podejmuje działania na rzecz redukcji emisji CO2 od lat 70. ubiegłego wieku. Dziś chce byśmy to, na co oni mieli ponad 30 lat, zrobili w kilka lub kilkanaście.

Czyli polskie weto praktycznie nie jest realne, ponieważ jest pole do kompromisu?

- Tak. Ten scenariusz nie jest możliwy też z tego względu, że polski rząd nie jest skłonny do radykalnego stawiania interesów narodowych. Bardziej do wypracowywania porozumienia.

- Nawet najlepsze porozumienie może być jednak różnie realizowane. Warto przypomnieć, jak podczas negocjacji nad obecnym pakietem "ograno" Tuska. Obiecano mu ponad 60 mld euro rekompensaty, ale gdy przyszło co do czego, okazało się, że nikt sobie tej złożonej słownie obietnicy nie przypomina. Nie możemy pozwolić na powtórkę.

"Financial Times" napisał niedawno, że wokół Polski formuje się frakcja państw przeciwnych obecnym propozycjom klimatycznym. Mówi się m.in. o Węgrach, Czechach, Słowacji, Rumunii i  Bułgarii. To są kraje, które mogą nas realnie poprzeć, czy tylko za kulisami poklepać po ramieniu?

- Przede wszystkim możemy liczyć na Czechów, ponieważ mają bardzo podobną strukturę energetyczną i poglądy na kształt pakietu klimatycznego. Podobnie Węgry.

- Natomiast raczej nie powinniśmy spodziewać się realnego poparcia ze strony państw bałkańskich. To są kraje, które w zamian za poparcie dla polityki klimatycznej mogą dostać coś w zamian, np. łagodniejsze podejście do wykorzystania funduszy unijnych w nowej perspektywie finansowej. To dla nich ważniejsze niż pakiet klimatyczny.

- W ciekawej sytuacji są Słowacy - z jednej strony mają podobną strukturę energetyczną jak Polska, ale z drugiej znacznie większe możliwości w zakresie OZE. Dlatego ich opór nie będzie zbyt silny.

Czyli generalnie fundamentalny podział dotyczący polityki klimatycznej w UE nie jest możliwy?

- Jest, ale tylko do pewnego momentu, ponieważ prędzej czy później kolejne kraje będą się decydować na kompromis. Trzeba wiedzieć, kiedy do tej grupy dołączyć, by nie zostać w mniejszości, albo też kiedy pokazać partnerom, że jesteśmy zdecydowani na zastosowanie weta, ponieważ aktualna wówczas propozycja jest dla nas niekorzystna.

Biorąc pod uwagę skutki dla gospodarki europejskiej (m.in. likwidację miejsc pracy, odstraszanie inwestorów, wysokie ceny energii), ambitna polityka klimatyczna nie ma uzasadnienia. Zwłaszcza, że inni znaczący emitenci CO2 - USA czy kraje azjatyckie - nie biorą z UE przykładu. Dlaczego Bruksela jest tak uparta? Czy to jest tak, jak chcą niektórzy komentatorzy, że bogatsze kraje UE chcą zahamować rozwój biedniejszych?

- Myślę, że tutaj chodzi bardziej o kwestie prestiżowe. UE chce być wiodącą siłą na planowanych konferencjach klimatycznych w Peru i we Francji. By móc to zrobić, musi wypracować wspólne stanowisko. Zwłaszcza Francuzom zależy, by organizowana u nich konferencja zakończyła się podpisaniem porozumienia, co będzie można przedstawić jako sukces niezbyt popularnego w kraju prezydenta Hollande’a

Czy najwięksi światowi truciciele - USA lub Chiny - wyrażają wolę redukcji emisji CO2?

- Od mniej więcej dwóch lat mówią o tym Chiny, które borykają się ze straszliwym zanieczyszczeniem powietrza. Jednak te starania są na tak wczesnym etapie, że potrzeba 30-40 lat, by Państwo Środka doszło do obecnego poziomu UE.

- W trochę innej sytuacji są USA. Z jednej strony mamy administrację Baracka Obamy, której zależy, by kraj uczestniczył w międzynarodowych porozumieniach klimatycznych. Z drugiej strony natomiast jest bardzo silne lobby przemysłowe, którego funduszy prezydent będzie potrzebował na zbliżającą się kampanię wyborczą...

Czy w tym międzynarodowym kontekście kwestia prestiżu to jest naprawdę gra warta świeczki?

- Moim zdaniem nie. Jeśli UE chce być liczącym się partnerem międzynarodowym, to oczywiście musi wypracować wspólne stanowisko, ale to, czy będzie ono mniej lub bardziej ambitne, jest sprawą drugorzędną.

- Do tego dochodzi jeszcze jedno - już dziś UE ma problem z konkurencyjnością swojej gospodarki.

Otóż to. Na arenie międzynarodowej najwięcej do powiedzenia mają kraje silne gospodarczo, a UE sama podkłada sobie nogę.

- Bruksela faktycznie strzela sobie w stopę, ponieważ bez względu na to, jaki kompromis zostanie osiągnięty, to z pewnością pogorszy on jeszcze bardziej konkurencyjność unijnej gospodarki.

- Jednak UE patrzy na problem trochę innymi kategoriami - kwestią ochrony środowiska, polepszenia zdrowia obywateli...

Tylko czy możemy sobie pozwolić na ten luksus wobec trudnej sytuacji w sferze euro?

- Brytyjczycy przeprowadzili badanie, które miało określić, czy inwestycje na ochronę środowiska się zwracają. Okazało się, że nie! W krótkiej perspektywie czasu nie przynoszą nowych miejsc pracy, nie zwiększają wpływów podatkowych, ani dochodów obywateli. Zaczynają przynosić efekty dopiero po latach. Pytanie tylko, co do tego czasu? Czy UE w ogóle tego doczeka?

Biorąc to wszystko pod uwagę, da się racjonalnie wytłumaczyć dążenie Brukseli do tak wyśrubowanych celów klimatycznych?

- Nie. Fakty są takie, że największymi animatorami tej polityki są Francja i Wielka Brytania, które mają: po pierwsze, poważne problemy gospodarcze, a po drugie, już w tej chwili niewielki udział w emisji CO2 w ramach UE (dzięki atomowi i OZE). Podsumowując, główne koszty pakietu poniosą biedniejsze kraje UE, paradoksalnie po to, by jeszcze bardziej pogorszyć swoją konkurencyjność.

- Co więcej, cele klimatyczne można by zredukować także dlatego, że na tak wyśrubowane normy nie zgodzą się z pewnością najwięksi truciciele: USA, Chiny czy Rosja.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy