Reklama

Reklama

Przedwyborcza niewiadoma

O wyniku niedzielnych wyborów do Parlamentu Europejskiego zdecyduje poziom mobilizacji wyborców poszczególnych partii. Na kilka godzin przed rozpoczęciem ciszy wyborczej nie sposób przewidzieć, kto wygra i ile komu kto odbierze głosów.

Zdaniem ekspertów, duże znaczenie będzie miała frekwencja. W 2004 r. do urn poszło 20,9 proc. uprawnionych, w 2009 r. - 24,5 proc., a w 2014 r. - 23,8 proc. Teraz ma być wyraźnie wyższa. Według niektórych sondaży, oddać głos może nawet 50-60 proc. uprawnionych do głosowania. 

Reklama

Aż taka mobilizacja nie wydaje się jednak prawdopodobna, bo respondenci w badaniach zazwyczaj przeszacowują swoją gotowość. 

- To są unikalne wybory. Nie wiemy zupełnie, jaki procent wyborców się zmobilizuje. Widać już, że frekwencja będzie powyżej 30 proc. - mówi Interii prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.  

- Na wyniku zaważy to, która z grup wyborców okaże się najbardziej zmobilizowana. Dzisiaj wielką niewiadomą jest to, kto do wyborów pójdzie. Z tego wynika totalny charakter tej kampanii - podkreśla z kolei Piotr Trudnowski, prezes Klubu Jagiellońskiego.

Zarówno PiS jak i KE robiły wszystko, aby przekonać swoich wyborców do pójścia do lokali wyborczych.

"Wart dziesiątki miliardów program profrekwencyjny"

Prawo i Sprawiedliwość ogromny nacisk położyło na mobilizację twardego elektoratu. Zadanie to wziął na siebie sam Jarosław Kaczyński. 

W tym celu PiS między innymi sięgnęło po pieniądze z budżetu. Obiecało: 500 plus na każde dziecko, "trzynastkę" dla emerytów, likwidację PIT dla osób poniżej 26 roku życia, zwiększenie kwoty wolnej od podatku i przywrócenie połączeń lokalnych. Kaczyński straszył, że przegrana PiS będzie oznaczała utratę "transferów społecznych", choć z wyborami do PE nie ma to nic wspólnego. 

- "Piątka Kaczyńskiego" to był de facto bardzo drogi, wart dziesiątki miliardów złotych program profrekwencyjny, który miał zmobilizować bazę elektoratu PiS - mówi Interii Trudnowski. 

Problem PiS z Konfederacją

Sporo krwi w tej kampanii PiS-owi napsuła Konfederacja, egzotyczna koalicja zmontowana po prawej stronie sceny politycznej. W jej skład wchodzą: narodowcy, Janusz Korwin-Mikke, Grzegorz Braun, Piotr Liroy-Marzec i antyaborcyjne środowisko Kai Godek. 

Wielu komentatorów podnosiło, że PiS przestraszył się tego, że Konfederaci odbiorą mu część głosów. 

- To bardzo prawdopodobny scenariusz. To, że Konfederacja przekroczy próg wyborczy wydaje się prawie pewne. W 2014 r. komitety prawicowe inne niż PiS zdobyły łącznie ponad 15 proc. głosów. Samo zsumowanie wyniku Ruchu Narodowego i partii Korwina sprzed pięciu lat to jest już 8,5 proc. Widać, że kampania Konfederacji jest profesjonalna, zaangażowano w nią duże środki, jest silna w internecie. Widać to, że oni realnie wierzą w swój duży sukces - uważa Piotr Trudnowski.  

Konfederacja narzuciła w kampanii temat amerykańskiej ustawy 447. Zaczęli zarzucać PiS uległość wobec Izraela i USA i straszyć tym, że Żydzi będą przejmować swoje przedwojenne majątki. Wprowadzili do debaty publicznej otwarcie antysemickie hasła. PiS musiał na to odpowiedzieć. 

- My się na tego typu roszczenia nie godzimy i nie mamy zamiaru nic płacić - powtarzał wielokrotnie Kaczyński. 

- Temat ten jest dyskutowany w mainstreamie. Widać też jak bardzo jest wykorzystywany przez PiS w atakowaniu Koalicji Europejskiej. To jest doskonały przykład na to, że ostatecznie Konfederacja w istotniejszym stopniu wpłynęła na kampanię niż Wiosna Biedronia - ocenia prezes KJ.

Wiosna kłopotem dla Koalicji Europejskiej

Z kolei z partią byłego prezydenta Słupska musiała zmierzyć się Koalicja Europejska. Na początku kampanii w sondażach Wiosna deptała po piętach PO. 

Platforma oskarżała Biedronia, że nie idąc z razem z nią w jednym szeregu, działa na korzyść PiS. 

Platforma, która przyjęła pod swoje skrzydła chociażby SLD czy Inicjatywę Polską, musiała tłumaczyć się ze swojego stanowiska w sprawie związków partnerskich. Za kluczenie w tej sprawie była też krytykowana przez PiS. 

W ostatnich dniach KE przestrzegała przed "marnowaniem głosu" na małe ugrupowania. - To głos na przyszłość waszych dzieci. To decydujący moment co do przyszłości Polski, naszych dzieci. Dlatego potrzebujemy mobilizacji - podrywał swoich wyborców Grzegorz Schetyna. 

Wyrównany pojedynek

Prof. Flis zaznacza, że jedyne, co jest przewidywalne w tych wyborach to to, że pojedynek między głównymi rywalami, czyli PiS i Koalicją Europejską jest bardzo wyrównany. 

- Jeśli będzie między nimi spora różnica, to to będzie duże zaskoczenie. Gdy w ich przypadku wynik przesunie się o 2-3 proc. w jedną czy drugą stronę, to to będzie kompletnie bez znaczenia - mówi. 

Ale jak podkreśla socjolog, różnica 2-3 proc. będzie miała fundamentalne znaczenie w przypadku małych partii. - Będą się cieszyć, jak będą mieć 8 proc., a rozpaczać jak będą mieć 4,95 proc, bo wtedy nie przekroczą progu wyborczego. To będzie dla nich dramat - mówi.       

"Trudno cokolwiek przewidzieć"

Obstawiania wyników nie podejmuje się też Piotr Trudnowski. - Uczciwie mówiąc, biorąc pod uwagę stan badań sondażowych i tego co widzimy w ostatnich tygodniach, to trudno cokolwiek poważnie przewidzieć - mówi. 

Zaznacza jednak, że wynik będzie miał bardzo istotne znaczenie przed wyborami parlamentarnymi. - Ten, kto wygra wybory do PE, będzie miał bardzo wygodne otwarcie przed kolejnymi - zaznacza.

- Gdyby okazało się, że wynik będzie pokazywał coś w rodzaju remisu albo remisu ze wskazaniem na Koalicję Europejską to dojdzie do wielkiego przełomu psychologicznego. Mobilizacja zwolenników opozycji i wiara w zwycięstwo będzie bardzo duża - przewiduje Piotr Trudnowski.

***

Polecamy też:

Wyzwania, które stoją przed PE. Jak je widzą kandydaci?

Alfabet eurokampanii, czyli Black Hawkiem przez "Łomrzę" i Grunwald do Brukseli

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama