Reklama

Reklama

Były ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce o decyzji KE: To pachnie protekcjonalizmem

W Unii panuje przekonanie, że te egzotyczne, wschodnioeuropejskie kraje od czasu do czasu trzeba upomnieć. Kazać im się zamknąć. Bo w Unii są ci prawdziwi Europejczycy i te niegrzeczne dzieciaki - kraje, które niedawno dołączyły do klubu" - tak sprawę wszczęcia przez Komisję Europejską wobec Polski procedury państwa prawa skomentował w rozmowie z RMF FM Charles Crawford - były ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce, analityk i polityczny bloger. "Dla mnie wszczęcie przez Brukselę tej procedury pachnie protekcjonalizmem i na dłuższą metę będzie nieproduktywne" - dodał.

Bogdan Frymorgen: Panie ambasadorze, Komisja Europejska wszczęła wobec Polski procedurę ochrony praworządności. To dopiero proceduralny początek długiej drogi i nie mamy pewności, dokąd ona prowadzi. Na swoim blogu dokonał pan śmiałej oceny tego problemu. Jak to się stało, że Polska jest obecnie gorącym tematem w Brukseli? 

Charles Crawford: Polska ma nowego prezydenta i nowy rząd PiS, ze sporą większością mandatów w Sejmie. Ten rząd chce zaprowadzić porządek - zarówno prawny, jak i w temacie mediów publicznych - który jest zupełnie nie po myśli rządzącej przez 8 lat Platformy Obywatelskiej. Jej przedstawiciele muszą atakować PiS, zanim sami wypracują propozycje nowego programu, który mógłby przynieść im zwycięstwo w kolejnych wyborach. A jednym ze sposobów takiej strategii jest wskazanie na Brukselę - zobaczcie, to nie tylko my mamy pretensje do waszych poczynań, Unia również ma wątpliwości, co do wydarzeń w Polsce. Można się w tym celu posłużyć pozarządowymi organizacjami, które mają swych reprezentantów w Brukseli. Mnie się to nie podoba, bo to są organizacje finansowe przez Wspólnotę. Powstaje wówczas takie echo skarg. Nie mam oczywiście na to żadnych dowodów, ale przypuszczam, że opozycja skorzystała właśnie w ten sposób ze swoich kontaktów w Brukseli. A Bruksela się tym zajęła. Styl, w jakim rządzi PiS, pomógł jej podjąć tę decyzję. 

Reklama

Nasuwa się pytanie: czy Komisja Europejska faktycznie ma podstawy, by uważać, że w Polsce dochodzi do łamania unijnych wartości?

- To kwestia zasadnicza: czy zmiany, jakie zaszły w Polsce, kwalifikują się do ujęcia ich kategorii w pojęciu poszanowania prawa. Jedni powiedzą "oczywiście tak", bo doszło do szybkich zmian i to w machiawelicznym stylu. Inni powiedzą, że chodzi zaledwie o dostrajanie systemu. Weźmy na przykład polski Trybunał Konstytucyjny, który może unieważniać przepisy prawne. Brytyjski Sąd Najwyższy nie może tego robić - czy oznacza to, że Londyn powinien trafić na wokandę Komisji Europejskiej? W stanowisku Brukseli denerwuje mnie to, że ocena Polski wyrwana jest z kontekstu całej Unii Europejskiej. Tworzące ją kraje często indywidualnie traktują swój system prawny i strukturę mediów publicznych. Czy zatem Polska aż tak bardzo oddaliła się od głównego europejskiego nurtu? Wydaje mi się, że za wcześnie na takie konkluzje. 

Czy to możliwe, że zawinił tu bardziej styl dotychczasowego dialogu między Brukselą a Polską, a nie jego merytoryczna zawartość? 

- Jeśli Bruksela faktycznie chciała wpłynąć na rozwój wypadków w Polsce, powinna była zabrać się do tego bardziej subtelnie. Jeśli chodzi jej tylko o awanturę, proszę bardzo, niech wspiera polską opozycję i niech się kłócą. Gdybym był komisarzem europejskim, nie wysyłałbym tak ostrych listów do polskich polityków, tylko pojechałbym do Warszawy. Spotkałbym się z nimi przy stole i cierpliwie słuchał. Będąc dyplomatą, wydaje mi się, że kurs, jaki przybrała Bruksela, nie jest zbytnio dyplomatyczny. W Brukseli nie powinno się bezkrytycznie dawać wiary skargom przedstawicieli organizacji pozarządowych, bez sprawdzenia racji wszystkich stron. Poza tym rząd w Polce wybrali wyborcy, a ich podatki opłacają pensje unijnych urzędników. Nie zapominajmy, że to, co obecnie dzieje się w Brukseli, podsyca eurosceptycyzm, również i w Wielkiej Brytanii.

Warto też pamiętać o ostrych wypowiedziach polskich polityków pod adresem niemieckich komisarzy, oni również nie przebierają w słowach...

- Każdy, kto ma podstawową wiedzę o Polsce, Prawie i Sprawiedliwości oraz Jarosławie Kaczyńskim, zdaje sobie sprawę, że nie zrezygnuje on z okazji, by dołożyć Niemcom. Czasy się zmieniają, ale w Polsce wciąż żyją tysiące ludzi, którzy byli w niemieckich obozach pracy. To też wyborcy. Dlatego Bruksela, biorąc pod lupę kraj członkowski Unii Europejskiej, powinna podchodzić do tych zagadnień niezmiernie ostrożnie. Lepiej wychodzić z założenia, że ma się do czynienia z czymś normalnym niż z czymś ekstremalnym, bo w ten sposób można utrzymać sytuację pod kontrolą. Więc jeśli ktoś wnosi do Komisji Europejskiej skargi, trzeba zachować nerwy. Podziękować i zwrócić się dyplomatycznie do Warszawy z prośbą o wytłumaczenie tych kwestii. Wsiąść do samolotu, przylecieć, bo oficjalne procedury, jak te rozpoczęte wczoraj, to ostateczność.

Na pańskim blogu pada sformułowanie: "w takich sytuacjach mniej oznacza więcej"...

- Zawsze można udowodnić, że się jest twardzielem. Unia Europejska właśnie to robi. A jakie będą tego rezultaty, trudno określić. Trudno sobie wyobrazić, by procedura ochrony praworządności została wszczęta wobec Niemiec czy Francji. Bo w Unii panuje przekonanie, że te egzotyczne wschodnioeuropejskie kraje od czasu do czasu trzeba upomnieć. Kazać im się zamknąć. Bo w Unii są ci prawdziwi Europejczycy i te niegrzeczne dzieciaki, kraje, które niedawno dołączyły do klubu. To bardzo protekcjonalne stanowisko i na dłuższą metę nieproduktywne.

Jak w tej sytuacji Bruksela powinna się teraz zachować, po wszczęciu procedury? 


- Powinna całą sprawę złagodzić. Ustalono procedurę, która może bardzo długo się toczyć. W międzyczasie ludzie zaczną ze sobą normalniej rozmawiać. Jest takie brytyjskie powiedzenie: jeśli chcesz wydostać się z dołu, przestań kopać w ziemi. To jedna z podstawowych zasad dyplomacji. Przecież nie chcemy znaleźć się w jednej wielkiej europejskiej dziurze. Czy faktycznie zmiany w funkcjonowaniu polskiego Trybunału Konstytucyjnego, który i tak jest potężniejszą instytucją od brytyjskiego Sądu Najwyższego, to taka tragedia? Oczywiście mogę się mylić. Może istotnie jesteśmy świadkami czubka góry lodowej olbrzymich zmian i Polska zacznie przypominać piaskownicę Putina. Ten scenariusz wydaje mi się jednak mało prawdopodobny.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy