Reklama

Reklama

Brukselska gra o tron

Wybory do Parlamentu Europejskiego są ściśle powiązane z obsadą najważniejszych stanowisk w UE. Emmanuel Macron i Guy Verhofstadt chcą wykorzystać słabość dwóch największych frakcji i uzyskać decydujący wpływ.

Reklama

Wiele wskazuje na to, że chadecy (Europejska Partia Ludowa) i socjaldemokraci (Partia Europejskich Socjalistów) stracą większość w Parlamencie Europejskim. Będzie to oznaczało może jeszcze nie polityczne trzęsienie ziemi, ale na pewno zmiany w dotychczasowym układzie "trzymającym Europę".

Reklama

- Prognozy wyborcze wskazują, że chadecy i socjaliści mogą liczyć wspólnie na 43-45 proc. mandatów. Oczywiście to wpłynie na obsadę stanowisk. Żeby zatwierdzić kandydata na przewodniczącego Komisji Europejskiej, potrzebna jest większość bezwzględna w Parlamencie Europejskim. Dwie najliczniejsze frakcje będą musiały się z kimś porozumieć i prawdopodobnie będą to liberałowie - wyjaśnia w rozmowie z Interią dr Melchior Szczepanik z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Liberałowie, wzmocnieni partią Emmanuela Macrona (a właściwie koalicją z Francois Bayrou, bo we Francji połączyli siły na te wybory), powinni spokojnie stanowić trzecią największą siłę w europarlamencie. Nie bez znaczenia będzie fakt, że w odróżnieniu od chadeków i socjaldemokratów, oni akurat zyskają dodatkowe "szable".

Tyle że wśród samych liberałów mamy z jednej strony frakcję ALDE Guya Verhofstadta a z drugiej koalicję prezydenta Francji. Partia Macrona - La République En Marche - do ALDE, póki co, nie przystąpiła. Nie jest tajemnicą, że Macronowi marzy się własna duża frakcja, która wspierałaby jego plan reform.

Wydaje się, że mimo osobistych ambicji byłego belgijskiego premiera i obecnego prezydenta Francji (każdy z nich chciałby kształtować kierunek, w którym będzie podążać Wspólnota) są oni skazani na sojusz - jeśli mają rozbić chadecko-socjaldemokratyczny układ.

Rozkład mandatów w nowym Parlamencie Europejskim to jednak dopiero punkt wyjścia do rozgrywki o unijne posady. Wszak kandydatów wskazuje Rada Europejska, czyli przywódcy wspólnoty.

Gra toczyć się będzie o trzy kluczowe stanowiska: szefa Komisji Europejskiej, szefa Rady Europejskiej i szefa unijnej dyplomacji, a w dalszej kolejności: przewodniczącego europarlamentu.

Przywódcy "dzielą łupy" na zasadzie parytetów: stanowiska powinny powędrować do przedstawicieli zwycięskich frakcji, wśród wybranych musi być kobieta, istotny jest również klucz geograficzny - idealnie gdyby po jednym stanowisku dostały, w największym uproszczeniu, północ, południe, wschód i zachód (albo inaczej: jedno stanowisko dla Europy środkowo-wschodniej, jedno dla bogatszej północy i jedno dla biedniejszego południa).

Ponieważ wybór przywódców na szefów KE i unijnej dyplomacji musi zatwierdzić PE, jest to przedmiotem dyskretnej próby sił między Parlamentem a Radą. Frakcje wysuwają swoich "Spitzenkandidaten" na szefów KE, tyle że przywódcy mogą ich wybór zignorować. Przed pięcioma laty jednak uznali zaproponowanego kandydata chadeków - Jean-Claude’a Junckera. Nie jest natomiast tajemnicą, że wielu przywódców nie przepada za ideą Spitzenkandidaten.

Można jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że frakcja, która wygra wybory do PE, dostanie tytułowy "tron" - fotel przewodniczącego Komisji Europejskiej.

- To wciąż jest najbardziej prawdopodobny scenariusz. Szef Komisji to najbardziej atrakcyjne stanowisko, daje największe pole działania, zapewnia największe wpływy. Wygrana frakcja będzie chciała to stanowisko uzyskać. Jednak mandat chadeków do domagania się najważniejszych stanowisk w UE jest nieco słabszy niż pięć lat temu. Liberałowie z socjaldemokratami mogą próbować wypromować kandydata, który byłby alternatywą dla Manfreda Webera (Spitzenkandidat Europejskiej Partii Ludowej - przyp. red.) czy innego chadeka - przewiduje dr Melchior Szczepanik.

- Wydaje się, że Emmanuel Macron próbuje coś takiego zaaranżować: porozumieć się z liberałami i socjaldemokratami, zbudować przeciwwagę dla chadeków i ewentualnie wygrać stanowisko przewodniczącego Komisji. Jednak pamiętajmy, że liberałowie i socjaldemokraci nie będą mieli ani tylu mandatów w PE, ani tylu przedstawicieli w RE, żeby mogli cokolwiek narzucić chadekom. To porozumienie musi być trójstronne - zaznacza ekspert.

Szczepanik przewiduje, że w nowym rozdaniu po jednym z najważniejszych stanowisk mogą otrzymać przedstawiciele trzech największych politycznych rodzin: chadeków, socjaldemokratów i liberałów.

A co z innymi scenariuszami?

Pochód eurosceptyków, istotnie, ma rozmach, a zwycięstwa The Brexit Party w Wielkiej Brytanii czy Ligi we Włoszech będą z całą pewnością szeroko komentowane. Ale eurosceptycy mogą liczyć łącznie na ok. 200 szabel w PE - wciąż za mało europosłów i wciąż za mało przywódców w Radzie Europejskiej, by rozdawać karty.

Żadne z prognoz nie wskazują także, by większość mogły uzyskać sama centroprawica (chadecy, liberałowie plus frakcja brytyjskich konserwatystów i PiS) czy centrolewica (socjaldemokraci, liberałowie i zieloni). Nie widać również perspektyw na stricte lewicowy przewrót w UE (socjaldemokraci, zieloni plus Syriza i mniejsze lewice). Słabo wyglądają także rokowania paneuropejskiego projektu Janisa Warufakisa, wspartego ostatnio przez... aktorkę Pamelę Anderson.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje