Reklama

Reklama

Zmobilizowany miał siniaki i złamany nos. W akcie zgonu: Zawał serca

35-letni Aleksandr Kołtun został zmobilizowany do rosyjskiej armii. Po pięciu dniach na miejscu zbiórki zmarł. Na jego ciele były liczne siniaki, miał złamany nos i widoczny ślad po uderzeniu na czole. Wojskowi uznali jednak, że oficjalną przyczyną jego śmierci był zawał serca. W tę wersję nie wierzy rodzina mężczyzny.

28 września Aleksander Kołtun trafił na miejsce zbiórki w Bracku w leżącym w azjatyckiej części Rosji obwodzie irkuckim. Pięć dni później zmarł.

Rodzina zmarłego mówi, że ciało 35-latka zostało sprowadzone do domu w przeddzień pogrzebu. Ze względu na zły stan matki mężczyzny, jego bliscy spieszyli się z pogrzebem. Nie przeprowadzono zatem niezależnego badania jego zwłok. Teraz jednak zamierzają dokonać ekshumacji. Chcą ukarania osób odpowiedzialnych za śmierć 35-latka.

- Ledwie mogłam patrzeć na syna w takim stanie. Jego czoło było przygniecione, cała twarz była jednym wielkim krwiakiem. To oczywiste, że jego śmierć była gwałtowna - mówi Elena Gudo w rozmowie z portalem Sibir.Realii, związanym z Radiem Swoboda.

Reklama

Kobieta mocno przeżyła śmierć swojego syna. Krewni rodziny uważają, że śledczy wykorzystali stan matki, aby nie przeprowadzić obiektywnego śledztwa.

Śmierć zmobilizowanego. Pośmiertny makijaż nie zakrył siniaków

Ludzie, którzy byli obecni na pogrzebie, zauważyli, że nawet pośmiertny makijaż nie pomógł zakryć siniaków i złamanych kości na twarzy zmarłego. 

Oficjalną przyczyną śmierci Kołtuna w raporcie medycznym jest jednak zawał serca. Dokument nie został jeszcze wydany rodzinie.

- Poinformowano ją (matkę - red.) telefonicznie o diagnozie. Dzwoniący przedstawił się jako pracownik służby zdrowia, nie znamy jego nazwiska. Teraz, gdy siostra dojdzie do siebie, poszukamy prawnika, zażądamy dokumentów, złożymy wniosek o ekshumację - mówi Olga, ciotka zmarłego.

Według znajomych rodziny po pogrzebie urzędnicy obwodu irkuckiego przestali kontaktować się z matką Kołtuna, mimo obiecanej wcześniej pomocy.

- Gubernator obiecał osobiście kontrolować przebieg śledztwa i znaleźć winnych. Teraz nie odbiera telefonu, kiedy dzwonimy z telefonu Eleny. Wojsko obiecało sprowadzić ciało z Nowosybirska na własny koszt, a jaki był rezultat? Rodzina zapłaciła za wszystko - mówi Anastazija, krewna zmarłego.

Rosja: Pijackie bójki między poborowymi

Według ustaleń śledczych, w krwi 35-latka znaleziono 5 promili alkoholu. - Czy możecie sobie wyobrazić, ile wódki trzeba do tego wypić? Co najmniej trzy butelki w ciągu 2-2,5 godziny. Znając Saszę, wiedząc, że on sam nie pił i nieustannie skarżył się na pijackie bójki innych poborowych, przypuszczam, że został pobity na śmierć. Ale zamiast karać tych, którzy go pobili na śmierć, i tych, którzy dopuścili do tego bezprawia w jednostce wojskowej, napoili go alkoholem i wpisali zawał serca - twierdzi krewna.

Służba prasowa administracji obwodu irkuckiego odpowiedziała, że wszelkich pytań w sprawie Aleksandra Kołtuna nie należy kierować do niej i przekierowała redakcję do prokuratury wojskowej. Agencja nie odpowiedziała na prośbę Sibir.Realii.

- Nikt z wojskowego biura rekrutacji nie dzwonił do nas. Nikt nie wie co się stało i czy przysługuje nam wypłata 300 tys. rubli, którą obiecano ochotnikom. Nadal nie mamy aktu zgonu. Twierdzą, że miał atak serca, ale nie miał żadnych problemów z sercem. Syn zabrał ze sobą do Nowosybirska siedem tys. rubli, jednak kiedy zadzwonił 2 października, nie miał już pieniędzy - mówi matka 35-latka.

Mobilizacja w Rosji. Poborowi umierają w miejscach zbiórek

Aleksander Kołtun i jego żona Galina wychowali sześcioro dzieci. Czworo z nich pochodzi z pierwszego małżeństwa kobiety. Ich wspólna córka ma półtora roku. Aleksander miał również 13-letnią córkę z poprzedniego małżeństwa. Rodzina mieszkała w jednopokojowym mieszkaniu, które Galina otrzymała od państwa jako sierota.

Kołtun najpierw pracował jako strażnik, a następnie wraz z matką otworzyli sklep obuwniczy w Bracku.

Według stanu na 10 października, wiadomo o śmierci co najmniej 19 zmobilizowanych z różnych regionów Rosji. Osiem zabitych zostało zmobilizowanych z rejonów Syberii i Dalekiego Wschodu. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy