Reklama

Reklama

Zmobilizowani Rosjanie mają dość. "Tu jest gorzej niż w piekle"

Zmobilizowani do rosyjskiej armii giną na linii frontu. Sfrustrowani żołnierze jednej z jednostek zaalarmowali władze o ciężkich stratach i nieprzemyślanych decyzjach dowództwa. Gubernator Kraju Nadmorskiego na wschodzie Rosji ocenił jednak, że "straty są przesadzone". Wcieleni do armii są innego zdania. - Jestem w takiej d... Tu jest gorzej niż w piekle - mówił na nagraniu zmobilizowany Andriej.

Żołnierze 155. Samodzielnej Gwardyjskiej Brygadzie Piechoty Morskiej Floty Oceanu Spokojnego złożyli skargę do gubernatora Kraju Nadmorskiego Olega Kożemiako na ciężkie straty, jakie jednostka ponosi w walkach na południu obwodu donieckiego. Wojskowi stwierdzili, że w wyniku nieprzemyślanych decyzji dowództwa w ciągu czterech dni ofensywy zginęło 300 osób.

Gubernator najpierw ocenił, że doniesienia o ofiarach mogą być "fałszowane przez Ukraińców", a następnie, że liczba ofiar jest przesadzona. Redakcja niezależnej Sibir.Realii rozmawiała z krewnymi i przyjaciółmi zmobiizowanych, z którymi w większości nie ma kontaktu od końca października.

Reklama

W apelu do rosyjskich władz wskazano, że zmobilizowani Rosjanie zostali zmuszeni do ataku na wioskę Pawliwka. Zdaniem żołnierzy pretekstem do ataku miała być obietnica odznaczenia państwowego, jakie miał otrzymać dowódca jednostki - generał Muradow - w przypadku zajęcia kolejnej miejscowości. Według zmobilizowanych, w efekcie tych działań Rosjanie stracili 300 bojowników i połowę sprzętu, jednak dowództwo zataiło prawdziwy wymiar strat w obawie przed konsekwencjami

Gubernator Oleg Kożemiako polecił prokuraturze wojskowej sprawdzić informacje o dużych stratach w jednostce. Zaznaczył jednak, że list może być "wrzutką" ukraińskich służb specjalnych a następnie poinformował, że skontaktował się z jednym z dowódców i doszedł do wniosku, że "straty są przesadzone"

Mobilizacja w Rosji. "To nie elitarne siły tylko zwykli ludzie"

Do tej samej jednostki trafił Andriej, ojciec dwojga dzieci. Redakcja Sibir.Realii rozmawiała z Rusłanem, przyjacielem zmobilizowanego.

- Jego ostatnia wiadomość głosowa bardzo mnie zmartwiła. Znam go od wielu lat, a ostatni raz miał taki głos, kiedy zmarła jego matka. Ten chłopak jest zawsze wesoły, pozytywny. W jego głosie słychać było panikę. Powiedział, że ich bombardują . Ludzie, z którymi przyjechał, już nie żyją. Jak rozumiem, byli najpierw w Wołnowachy (miasto na południu obwodu donieckiego - red.), a potem zostali rzuceni pod Ugledar. Powiedział mi to pod koniec października, a w sobotę 5 listopada napisał, że pilnie potrzebuje 10 tys. rubli. Nie wyjaśnił dlaczego. Od tamtej pory nie ma z nim kontaktu - mówi Rosjanin.

- Rusio, tu jest prz... Znaleźliśmy się pod takim ostrzałem, tyle trupów... Ludzie obok mnie byli przepołowieni. Jestem w takiej d... Tu jest gorzej niż w piekle - mówił na nagraniu zmobilizowany Andriej.

Mężczyzna przesłał ponadto film, na którym bojownicy podzielili się swoimi wrażeniami po ataku moździerzowym. 

- Andriej wysłał wideo, do którego początkowo nie przywiązywałem dużej wagi. Widać tam, jak pijani żołnierze dyskutują o jakimś ostrzale moździerzowym, kto żyje, a kto nie. Tutaj możesz zobaczyć, jakiego rodzaju żołnierze tam są. Wszyscy myślą, że to jakieś elitarne siły specjalne, a są tam zwykli ludzie. Andriej jest prostym hydraulikiem, mającym regularną pracę. Pokazałem nawet ten film moim przyjaciołom, wszyscy mówią, że ci żołnierze wyglądają jakby po raz ostatni w życiu pili - mówi Rusłan.

Krewny innego ze zmobilizowanych powiedział redakcji: - Oczywiście jest jakiś pion profesjonalistów, ale 70-80 proc. w pobliżu Pawliwki to zmobilizowani, którzy trafili do wojska miesiąc temu.

Rosja. Żona zmobilizowanego: Wszyscy giną na raz

Brat Swietłany Teleginy został zmobilizowany 25 września. Od razu trafił do Donbasu.

- Jest teraz w artylerii. Sytuacja jest smutna. W ogóle nie widzieli na oczy dowódcy. Przez ponad miesiąc nie myli się, nie przebierali. Bielizna jest już pokryta skorupą. Jest zimno, ale nie rozdaje się ciepłych ubrań. Zdarza się, że siedzą bez wody i jedzenia przez półtora dnia. Siedzą w okopach, poruszają się tylko nocą. Nie ma nawet możliwości zagotowania wrzątku. Ciągły ostrzał wroga i straty oczywiście każdego dnia - mówi kobieta.

- Każdego dnia wariujemy - mówi Natalia, żona zmobilizowanego. - Zostali zabrani bez doświadczenia bojowego, w samo epicentrum wydarzeń. Od 28 października nie ma z nim kontaktu. Po prostu nie wiem, co myśleć, kiedy czytam rozmowy krewnych... Krążą różne pogłoski: jeden miał oderwaną nogę, inny miał poparzenie 80 proc. ciała, trzeci był w szpitalu z odłamkiem. A ja nie mogę się dowiedzieć niczego o moim mężu - dodaje.

Kobieta kontaktowała się z rosyjskim ministerstwem obrony. - Mówią, że zabrano im telefony, ponieważ artyleria wroga może ich namierzyć. Potem wszyscy umierają na raz - dodaje. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy