Reklama

Reklama

Zełenski wpakował się w kłopoty. "Dla niego cel uświęca środki"

- Prezydent Zełenski sam siebie postawił w bardzo kłopotliwej sytuacji przez swoją pierwszą publiczną reakcję. Teraz jest mu trudno, zwłaszcza tak szybko, całkowicie wycofać się ze swoich słów. Tym bardziej, że podparł się autorytetem swoich dowódców wojskowych. To byłaby dla niego bolesna wizerunkowa porażka - o komunikacji ukraińskich władz w sprawie incydentu w Przewodowie mówi Interii dr Daniel Szeligowski, kierownik programu "Europa Wschodnia" w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych.

Łukasz Rogojsz, Interia: Prezydent Ukrainy przesadził w swoich wypowiedziach po incydencie w Przewodowie?

Dr Daniel Szeligowski: - Strona ukraińska zareagowała na tę sprawę emocjonalnie. Przy czym uważam, że ta reakcja była w głównej mierze odpowiedzią na pierwsze doniesienia medialne strony amerykańskiej, mówiące o tym, że rakieta prawdopodobnie nie pochodziła z Rosji. Zakładam, że Ukraińcy odebrali to jako zarzut celowego ataku na Polskę pod swoim adresem, bo rakieta, którą starali się zestrzelić, nawet jeśli rzeczywiście nie została wystrzelona z terytorium Rosji, to mogła zostać wystrzelona z terytorium Białorusi albo rosyjskiego okrętu na Morzu Czarnym. To dlatego reakcja administracji ukraińskiej była nieproporcjonalna do skali tego incydentu.

Reklama

Czyli emocje, a nie niewiedza albo chęć wykorzystania okazji do mocniejszego przyciśnięcia Zachodu w sprawie jeszcze większej pomocy dla Ukrainy?

- Moim zdaniem na początku to właśnie emocje odegrały pierwszoplanową rolę. Trochę później, już po rozmowach ze stroną polską, widzieliśmy, że przekaz Kijowa był bardziej stonowany i kładł nacisk na potrzebę wspólnego zbadania całej sprawy, dopiero następnie ogłoszenie jednoznacznych konkluzji. Takie stanowisko prezydent Zełenski przedstawił podczas konferencji Bloomberg New Economy Forum.

Prezydent Zełenski stwierdził też na tej konferencji: "Nie wiemy na 100 proc., myślę, że na świecie też nie wiedzą na 100 proc. Ale jestem pewien, że była rosyjska rakieta i że użyliśmy pocisków obrony przeciwlotniczej". Przyznanie się do błędu, ale jednocześnie bez przyznania się do błędu.

- Prezydent Zełenski sam siebie postawił w bardzo kłopotliwej sytuacji przez swoją pierwszą publiczną reakcję. Teraz jest mu trudno, zwłaszcza tak szybko, całkowicie się wycofać ze swoich słów, tym bardziej, że podparł się autorytetem swoich dowódców wojskowych. To byłaby dla niego bolesna wizerunkowa porażka.

Jakoś z tego wyjść musi, bo obecna sytuacja to również wizerunkowy problem.

- Tym wyjściem będą zapewne ostateczne ustalenia strony polskiej i ukraińskiej na temat tego, co wydarzyło się w Przewodowie. Gdy fakty zostaną oficjalnie potwierdzone, prezydent Zełenski będzie mógł zmienić swoje stanowisko i naprawić sytuację na linii Kijów-Warszawa.

- Natomiast prezydent Zełenski ma rację - strona polska również to podkreśla - co do tego, że mocniejsze wsparcie dla Ukrainy jest konieczne, zwłaszcza w obszarze obrony przeciwrakietowej. Ukraina potrzebuje kolejnych dostaw broni z Zachodu, żeby móc sprawniej bronić się przed rosyjską agresją i kontynuować ofensywę na wschodzie kraju. Wydarzenia z Przewodowa tylko to potwierdzają. Zwłaszcza państwa zachodnie, które mocno sceptycznie podchodziły do kwestii dozbrajania Ukrainy, powinny teraz zmienić swoje zdanie.

Na razie rosyjska propaganda podchwyciła słowa Zełenskiego, twierdząc, że Kijów chce wciągnąć NATO w wojnę z Rosją. Kreml wbija też klin pomiędzy Polskę i Ukrainę, a także Ukrainę i cały Zachód.

- Rosyjska propaganda wykorzystuje wszystko, co pojawia się w przestrzeni medialnej. A jeśli nie pojawia się w niej nic, co można skutecznie wykorzystać, wówczas Kreml sam fabrykuje fakty, historie i całe narracje. Dlatego nie przejmowałbym się tak bardzo rosyjską propagandą. To bynajmniej nie jest najistotniejszy instrument w arsenale Rosji.

Może i nie, ale w obecnych okolicznościach głupotą jest dostarczanie Kremlowi atutów do walki z Ukrainą i Zachodem. A pochopne, nieprzemyślane wypowiedzi właśnie to robią.

- Bez wątpienia ukraińska reakcja mogła wśród niektórych zachodnich partnerów podważyć w zaufanie do Ukrainy. Oczywiście kiedy sprawa zostanie już wyjaśniona, strona ukraińska będzie próbowała to zaufanie odzyskać. Na obronę administracji prezydenta Zełenskiego można powiedzieć, że reakcja strony amerykańskiej, czyli przecieki medialne w sprawie tak istotnej, również była niepotrzebna i wygenerowała poważne problemy. Należało poczekać, aż strona polska wyda oficjalny komunikat, a nie samemu próbować ustawiać agendę w mediach.

Przewodów to jedna sprawa, ale szerszy kontekst wcale nie działa na korzyść prezydenta Zełenskiego. Od początku wojny podobne sytuacje przydarzają mu się dość regularnie - udziela bardzo odważnych wypowiedzi, próbując stawiać pod ścianą poszczególne państwa, NATO albo wręcz cały Zachód. Wiemy, że sytuacja Ukrainy jest absolutnie wyjątkowa, ale po dziewięciu miesiącach wojny rodzi się pytanie, czy ten styl komunikacji z sojusznikami nie powinien być jednak inny.

- Dla Zełenskiego cel uświęca środki. Rosyjska inwazja to kwestia egzystencjalna dla Ukrainy, być albo nie być dla całego narodu. Dlatego każdy możliwy sposób, który tylko pozwala wywierać presję na zachodnich partnerów w temacie większej pomocy, kolejnych dostaw broni, jest dla Kijowa dopuszczalny. Bez względu na to, jakie mogą być długoterminowe koszty takiej polityki.

Ten medal ma dwie strony. Każde działanie prędzej czy później ma swoje konsekwencje.

- Prezydent Zełenski sprawnie wykorzystuje koniunkturę międzynarodową i to, że w tym momencie może sobie pozwolić na więcej. Ale ma pan rację, w długim okresie - jako długi okres rozumiem czas powojenny, gdy Ukraina będzie już odbudowywana - niesie to ryzyko, że pozycja polityczna i wiarygodność Ukrainy zostaną nadwyrężone. Musimy mieć jednak na uwadze, że dla Ukrainy istotny jest przede wszystkim krótki okres, bo to od niego zależy przetrwanie państwa, narodu i wyjście zwycięsko z trwającej wojny. Jeszcze będzie czas, by Kijów zastanawiał się nad kwestią swojej powojennej pozycji politycznej.

Prezydent Zełenski w swoich oficjalnych wystąpieniach i wypowiedziach potrafi o tych samych kwestiach mówić kompletnie inaczej w zależności od tego, do kogo kieruje swoje słowa. Czasami przysparza mu to problemów. To również efekt wykorzystywania koniunktury, o którym pan wspomniał?

- Prezydent Zełenski bardzo często ma emocjonalne wystąpienia. Zwracamy uwagę na jego strategie komunikacyjne, doradców międzynarodowych, którzy pomagają mu w kwestii PR-u i komunikacji, ale abstrahując od wykreowanego przez Zełenskiego wizerunku, ukraiński prezydent kieruje się właśnie emocjami. Tego, że nagrywa filmik na ulicach Kijowa i w bardzo dosadnych słowach zwraca się do partnerów zagranicznych, absolutnie nie odczytywałbym jako skalkulowanej strategii komunikacyjnej. On po prostu mówi to, co myśli w danym momencie. To zresztą odgrywa istotną rolę w kwestii wiarygodności prezydenta Ukrainy.

Ukraińcom to nie przeszkadza?

- Wręcz przeciwnie, co pokazują sondaże zaufania i poparcia dla Zełenskiego. To, że Zełenski cieszy się zaufaniem społecznym i jest liderem dla całego świata zachodniego, to nie pochodna pracy jego zagranicznych doradców, tylko tego, że w dosadny, żołnierski sposób mówi, co myśli, jest naturalny w swoich działaniach.

Polityczny "prawdziwek"?

- To charyzmatyczny człowiek, charyzmatyczny polityk, który sam o sobie powiedziałby pewnie, że jest chłopakiem z blokowiska.

Jest też aktorem.

- Ale nie za każdym razem przecież odgrywa wcześniej wyreżyserowaną rolę. Bardzo często przemawiają przez niego żywe emocje. Kiedy rosyjskie rakiety spadają na Ukrainę, zabijają cywilów i prezydent Zełenski wyraźnie zdenerwowany zwraca się do partnerów zagranicznych, przypominając im, że już wiele miesięcy wcześniej prosił o zestawy obrony przeciwrakietowej, i że w związku z tym moralna odpowiedzialność za śmierć tychże cywilów spoczywa również na Zachodzie, to nie jest to wyreżyserowany spektakl. Zełenski naprawdę tak myśli, a co więcej - sami Ukraińcy również tak myślą.

Ostatnie dziewięć miesięcy to szybka i znacząca poprawa relacji polsko-ukraińskich po latach perturbacji. Jak na ten proces wpłynie incydent z Przewodowa? Może zagrozić dalszemu umacnianiu stosunków między Kijowem i Warszawą?

- Nie wyolbrzymiałbym znaczenia reakcji strony ukraińskiej na incydent w Przewodowie. Myślę, że na proces poprawy relacji polsko-ukraińskich i budowy zupełnie nowej jakości tych relacji wymiernie to nie wpłynie.

Dopuszczenie ukraińskich śledczy do badania tej sprawy to optymalny sposób na rozwiązanie i zamknięcie tej sprawy bez szkody dla relacji obu państw?

- Jeżeli przyjmujemy, że rakieta była ukraińska, to dopuszczenie strony ukraińskiej do badania tego incydentu jest naturalną decyzją. Nie widzę w niej niczego złego. Aczkolwiek samo w sobie sprawy to jeszcze nie zamyka. Jeśli pochodzenie rakiety zostanie potwierdzone, wówczas potrzebny będzie jakiś dodatkowy krok ukraińskich władz.

-----

Daniel Szeligowski - kierownik programu "Europa Wschodnia" w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych; z wykształcenia doktor nauk o polityce i administracji, ekonomista i politolog; zajmuje się głównie sprawami ukraińskimi: polityką zagraniczną i bezpieczeństwa Ukrainy, jej polityką wewnętrzną i sytuacją gospodarczą, a także stosunkami UE-Ukraina i Partnerstwem Wschodnim; jest członkiem redakcji czasopisma naukowego "Strategiczna Panorama", wydawanego przez Narodowy Instytut Badań Strategicznych w Kijowie.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy