Reklama

Reklama

Zatopienie "Moskwy". Media: Matki marynarzy muszą mówić o katastrofie

Matki marynarzy z Rosji, zmarłych w połowie kwietnia na krążowniku "Moskwa", są zmuszane do "dobrowolnego" podpisywania dokumentów potwierdzających śmierć swoich dzieci w wyniku "katastrofy" - poinformowało w poniedziałek niezależne rosyjskie wydawnictwo "Nowaja Gazieta Europa". Według relacji jednej z matek, kobieta miała "przyznać, że ciała syna nie odnaleziono z powodu katastrofy".

Jak podkreśliły rozmówczynie "Nowaja Gazieta Europa" ("NGE"), dowództwo marynarki wojennej długo przekazywało im sprzeczne doniesienia na temat losu synów, unikając jednoznacznego potwierdzenia, co naprawdę wydarzyło się na okręcie.

"Syn zginął w wyniku katastrofy"

- Później dostałam zawiadomienie z komendantury wojskowej, w którym stwierdzono, że "syn zaginął w wyniku katastrofy". Następnie przysłali gotowe oświadczenie, napisane za mnie. Miałam przyznać, że ciała mojego syna nie odnaleziono z powodu katastrofy. Zapraszali do podpisania tego oświadczenia i mówili, że są świadkowie, którzy widzieli tego dnia syna na pokładzie krążownika, ale nikt nie zauważył, gdzie zniknął. (...) Powiedziałam, że niczego nie podpiszę - relacjonowała matka marynarza.

Reklama

"Cała załoga krążownika opierała się na wojskowych z poboru" - dodała matka innego z marynarzy, zaprzeczając oficjalnej wersji Kremla. Rosyjskie władze utrzymują, że zdecydowaną większość żołnierzy uczestniczących w inwazji na Ukrainę stanowią zawodowi wojskowi.

Moskwa była flagowym okrętem Floty Czarnomorskiej i jednym z najważniejszych okrętów wojennych Rosji. Jak poinformowało 14 kwietnia wieczorem ministerstwo obrony Rosji, jednostka zatonęła podczas holowania w warunkach sztormu. Wcześniej armia ukraińska podała, że okręt został trafiony dwiema rakietami manewrującymi Neptun. 

Rosyjskie dane na temat zatonięcia krążownika "Moskwa"

Według strony rosyjskiej na krążowniku zginął zaledwie jeden żołnierz, a 27 innych uznano za zaginionych. Faktyczna liczba poległych była prawdopodobnie znacznie wyższa. W ocenie rosyjskiego opozycjonisty Ilji Ponomariowa potwierdzono informacje o uratowaniu tylko 58 osób spośród 510-osobowego personelu okrętu.

Pod koniec marca, ponad miesiąc po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę, "Nowaja Gazieta" otrzymała ostrzeżenia od państwowego regulatora mediów Roskomnadzoru, a następnie zawiesiła działalność w wersji papierowej oraz w internecie do czasu zakończenia "rosyjskiej operacji specjalnej na Ukrainie" (propagandowe określenie agresji na sąsiedni kraj - red.). Kilka tygodni wcześniej redakcja "Nowej Gaziety" usunęła materiały dotyczące wojny w związku z wprowadzonym w Rosji restrykcyjnym prawem medialnym. Podawanie prawdziwych informacji o przebiegu konfliktu jest zagrożone w tym państwie karą nawet kilkunastu lat pozbawienia wolności.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy