Reklama

Reklama

Wstążki i napisy na rękach. Jak matki chronią swoje dzieci przez zagubieniem

- Matki używają wstążek, wszystkiego, co można zawiązać na ręce. Wielu rodziców po prostu pisze długopisem na rękach dzieci. Często zapisują na obu rękach, na wszelkie sposoby starają się je ochronić na wypadek rozdzielenia, zaginięcia, zniknięcia z zasięgu wzroku - mówi Dominika Węcławek, która razem z grupą znajomych od początku wojny w Ukrainie organizuje transporty dla przybywających do Polski uchodźców.

- Znam tych ludzi, mam tam mnóstwo znajomych, wiele razy jeździłam do Ukrainy prywatnie i zawodowo, byłam tam w 2014 roku. Gdy wybuchła wojna, przeraziło mnie to. Ale po chwili strachu przeszłam na działanie - mówi Dominika Węcławek, mieszkająca we Wrocławiu dziennikarka i pisarka. 

Od początku wojny w Ukrainie Węcławek koordynuje grupę znajomych z Wrocławia, którzy organizują bezpłatne transporty dla uchodźców na terenie Polski. Na portalu zrzutka.pl, na którym zbierają pieniądze na paliwo, można ich znaleźć pod hasłem "Postaw litra!".

Reklama

- Wiedzieliśmy, że dlatego musimy to robić z głową. Nie możemy jechać sześć godzin w ciemno, z myślą, że zgarniemy tam jakichś ludzi. Zaczęliśmy to sobie bardzo konkretnie planować - opowiada Węcławek.

Mieli chęci, mieli zapał, mieli samochody. Jeden z kolegów nawet kupił autobus. Do pierwszego poważnego wyjazdu zgłosiło się sześć osób.

- Zrobiliśmy samodzielnie zrzutkę na paliwo, w międzyczasie nasze rodziny też zaczęły się dorzucać. Kolega powiedział: Słuchaj ja jadę jutro po autokar - opowiada dziennikarka.

Masowy zryw wolontariuszy

Pierwsze dni wojny w Ukrainie spowodowały w Polsce masowy zryw osób chętnych do pomocy. Ludzie jeździli na granicę na własną rękę, by zabrać stamtąd uchodźców i pomóc im w transporcie do dalszych części kraju.

Węcławek i jej znajomi potrzebowali lepszego planu. Zaczęli dzwonić do punktów recepcyjnych na granicy, by dowiedzieć się, gdzie mogą pojechać po uchodźców i dokąd trzeba ich zawieźć. - Słyszałam, że jest straszne zamieszanie na granicach, niektóre punkty akurat się przenosiły. Trudno było nawiązać kontakt, ale okazało się że mój kolega sprzed wielu lat jest koordynatorem takiego punktu. "Jacek, jedziemy do ciebie z autokarem, twoje zadanie to zebrać ludzi" - powiedziałam. W punkcie recepcyjnym na tablicy pojawiło się zdjęcie autokaru i trasa - opowiada Węcławek.

Pierwsze organizowane przez grupę transporty ruszały do różnych punktów: Medyka, Hrebenne, Korczowa. Po kilku godzinach okazało się, że najwięcej sensu ma współpraca z jednym konkretnym miejscem i działanie systemowe. Obecnie współpracują z punktem w Zamościu.

Robią to w około 10 osób. Część z nich jeździ na granicę i rozwozi osoby do wybranych miejsc, część pozostaje na Dolnym Śląsku i pomaga na bieżąco - w organizacji przejazdów, mobilizowaniu lokalnych społeczności, aż wreszcie - w zbieraniu rzeczy. Bo nie chcą jeździć na pusto - za każdym razem, gdy wyruszają na granicę, biorą ze sobą to, czego akurat brakuje w punkcie. 

- Wiadomo, że potrzeby się zmieniają, ale jest stała lista rzeczy, których zawsze brakuje - słodyczy, proszków do prania - wymienia dziennikarka.

Gdy słyszy, że najbardziej brakuje musów owocowych i foteli dla maluchów, ogłasza zbiórkę, wsiada w swoje auto i jeździ po foteliki, wykupuje musy. 

Dwa tysiące kilometrów w 48 godzin

Po kolejnych kursach na terenie Polski Wrocławianie zaczęli też jeździć dalej, na zachód Europy.

- Robimy to przy wsparciu organizacji czy konkretnych firm. Odzywają się do mnie też wolontariusze z innych krajów, np. z Wielkiej Brytanii - opowiada Dominika Węcławek. Na jednej z tras do Berlina w jej samochodzie, razem z czwórką nastolatków, jechała mała kotka. - Cała piątka zaczyna już nowe życie w innym kraju - mówi dziennikarka.

Wożą osoby, które mają w Polsce konkretne miejsca, do których chcą dotrzeć. - Założenie jest takie, że nie chcemy przewozić ludzi na jakiś dworzec, do kolejnego punktu recepcyjnego, nie chcemy skazywać ich na kolejną traumę związaną z gromadzeniem się w wieloosobowym tłumie - opowiada.

Opracowali kompleksowy system trzydniowych zmian kursowania busa. - Świetnie się dogadujemy z koordynatorami. Mamy małą skalę, ale fajny system. Jeśli koordynatorzy z innych punktów chcą z nami działać, to zapraszam - mówi Węcławek.

Działają cały czas. Do tej pory przewieźli kilkaset osób.

Patryk, jeden z kierowców, w ciągu 48 godzin przejechał 2326 km, pomógł dostarczyć dary pod granicę, później zaś pomagał docierać ukraińskim rodzinom do miast, w których miały zabezpieczony pobyt.

Wstążka i napisy na rękach

"Sprzątając w poniedziałek rano busa tuż przed oddaniem go do wypożyczalni, trafiłam w bagażniku na wstążeczkę. W ten i na wiele innych, podobnych sposobów, rodzice starają się zabezpieczyć swoje dzieciaki na wypadek rozdzielenia, zaginięcia, zniknięcia z zasięgu wzroku" - napisała w środę na Facebooku Dominika Węcławek. 

Drobny symbol zabezpieczenia dzieci przed zagubieniem szczególnie ją poruszył.

- Matki używają wstążek, wszystkiego, co można zawiązać na ręce. Wielu rodziców po prostu pisze długopisem na rękach dzieci. Nie na dłoni, bo wiadomo, że się wytrze, ale choćby w okolicach łokcia. Często zapisują na obu rękach, na wszelkie sposoby starają się je ochronić - opowiada.

O przypadkach zagubienia dzieci podczas ucieczki z wojny już słyszeliśmy. Ale, jak mówi Węcławek, te sposoby matek działają. - Wcześniej nie podejrzewałabym, że istnieje cień szansy na to, że dwoje ludzi w obcym kraju, przy czym jedno z nich to dziecko, potrafią się tak sprawnie odnaleźć - dodaje dziennikarka.

Opowiada o Krzyśku, jednym z kierowców, który wiózł grupę z małymi dziećmi. Widział, jak maluchy zaczęły trząść się ze strachu na widok startującego samolotu pasażerskiego. - Wystarczyły dwa tygodnie, by samolot kojarzył im się tylko z nalotami, bombardowaniami, zapachem piwnic i śmiercią - opowiada Węcławek.

Pomaganie z głową

- Jeżeli chcemy pomagać to naprawdę musimy to robić z głową, bo my jako pomagający w tym momencie bardzo szybko stracimy energię - podkreśla dziennikarka.

Gdy pytam, jak się czuje, mówi o huśtawce nastrojów. - Nawet nie w ciągu tygodnia, ale w ciągu jednego dnia. Raz jest super, wszystko fajnie, ale jak tylko poziom adrenaliny spada, od razu zaczynają pojawiać się myśli związane z tym, że jednak człowiek jest zmęczony, że może jednak to nie ma sensu - opowiada Dominika Węcławek.

Coraz głośniej rozmawiają o potrzebie stawiania granic.

- Zaczynamy też troszeczkę myśleć o tym, żeby wprowadzić jakieś zasady. Część osób zaczęła traktować nas jak Ubera. Dzwonią i mówią: potrzebuję transportu za godzinę. Nie jesteśmy w stanie tego zrobić, bo działamy jako wolontariusze. Nasz wolny czas jest ograniczony, a po drugie - mamy swoje życia, swoje rodziny - mówi dziennikarka. 

Zdarzały się sytuacje, gdy transporty były odwoływane w ostatniej chwili.

- To trudne, ale nie możemy mieć pretensji o to, że ktoś podjął decyzję i woli np. jechać pociągiem - mówi.

Opowiada też o innej sytuacji, gdy grupa zapewniła uchodźcom samochód, ale nie była w stanie dokładnie określić, o której kierowca pojawi się na miejscu. Pani, która kontaktowała się w sprawie transportu chciała szybkiej odpowiedzi. Węcławek musiała na kilka godzin wyciszyć telefon - była na planie filmowych. Po tym czasie miała kilkanaście nieodebranych połączeń i wiadomość: "Niestety nie udało nam się dogadać, więc jedziemy pociągiem".

Jak mówi, kluczem jest odnajdywanie czasu na odpoczynek. - Pomaganie jest trudne - dodaje. Wie, że u wspierających ich osób w którymś momencie wyczerpie się kredyt na pomaganie. A jej samej trudno będzie to porzucić z dnia na dzień. Tym bardziej, że, jak widać, potrzeby nadal są ogromne. Węcławek przyznaje:

- Najbardziej boję się tego momentu, gdy ludziom odechce się pomagania.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy