Reklama

Reklama

Wolontariusz o wojnie: Nie myślcie, że to już koniec, bo jest coraz gorzej

- Każdego dnia jest coraz więcej ataków rakietowych, a każdy atak powoduje, że ludzie uciekają - przybywa uchodźców. To powoduje konieczność pomocy i wsparcia medycznego. Powtarzam więc ludziom: proszę, nie myślcie, że to już koniec, bo jest coraz gorzej - mówi 65-letni Kevin Roddam, wolontariusz z Wielkiej Brytanii. Jego zdaniem, media wciąż powinny informować o tym, co dzieje się w Ukrainie, by ludzie nie myśleli, że sytuacja się poprawia.

Kevin Roddam już na początku rozmowy podkreślił, że przez to co robi, nie jest nikim wyjątkowym. Ma 65 lat, z wykształcenia jest inżynierem mechanikiem, obecnie na emeryturze. Kiedy jakiś czas temu zachorował na koronawirusa, przez długi czas był w śpiączce. Nie było wiadomo, czy z tego wyjdzie. Pokonał chorobę. Wierzy, że jego ocalenie było po coś. Bo gdy tylko dowiedział się o wojnie w Ukrainie, zaczął organizować pomoc. 

65-latek poruszył całą lokalną społeczność u siebie w miasteczku na północy Anglii. I teraz znów jest na granicy życia i śmierci. Od miesiąca przebywa na Podkarpaciu i stamtąd busem regularnie wozi dary na Ukrainę. Dociera głęboko na zachód, do najbardziej zrujnowanych wiosek i miast.

Reklama

- Jestem po prostu kimś, kto martwi się o to, co dzieje się w Ukrainie i stara się dbać o uchodźców. Od kilku miesięcy wyjeżdżam do Ukrainy z pomocą humanitarną z Wielkiej Brytanii. Sprawdzam też, czy są organizacje, które zbierają dary dla Ukrainy, ale nie mogą ich przetransportować. Wtedy pomagam im w organizacji transportu, część tych rzeczy rozwożę sam - wyjaśnia. Do tej pory Kevin dostarczył pomoc humanitarną do rodzin w Dnipro, Kijowie, Buczy czy Charkowie. Zapewnił, że wszystkie zbiórki są kontrolowane, a dary dostarczane tam, gdzie są najbardziej potrzebne.

- Mogę obiecać wszystkim, którzy wspierają nasze zbiórki, że za te pieniądze kupujemy w Polsce dary i potem dostarczam je w ustalone miejsce - podkreślił. Dodał, że bywało tak, iż pomoc nie docierała do ludzi, którzy naprawdę jej potrzebowali, więc sam zaczął tego pilnować.

Wojna w Ukrainie. Kevin Roddam zaangażował się w pomoc 

Do Polski po raz pierwszy Kevin przyjechał z synem pod koniec marca. Dostarczyli wtedy pomoc humanitarną dla uchodźców w Słupsku, Krakowie i Warszawie

- Potem wróciliśmy do Wielkiej Brytanii. Z perspektywy czasu myślę, że wtedy nie byliśmy gotowi jechać do Ukrainy. Ale spotkałem działaczkę społeczną i byłą burmistrz naszego miasteczka, z którą wyjechałem do Przemyśla, potem na granicę do Medyki i dalej do Lwowa, gdzie zakończyliśmy naszą kolejną misję pomocy humanitarnej. Mary była moim drugim kierowcą i jechała, gdy ja już byłem bardzo zmęczony - wspomina.

 

Potem jeszcze raz przyjechała z Kevinem do Ukrainy, wtedy jako kierowca terenówki, którą kupili ze składki i przekazali terytorialsom z Ukrainy. Ich działalność wspiera cała lokalna angielska społeczność. Prom, który w sezonie letnim jest bardzo drogi, opłacił jeden ze znajomych Kevina. 

Ogromne potrzeby podczas wojny

Kevin podziwia przede wszystkim Ukraińców. - Spotkaliśmy wspaniałych ludzi, nie tylko w samym Lwowie, ale też w niewielkich miejscowościach pod miastem. W jednej z nich trafiliśmy do centrum dystrybucji pomocy humanitarnej, które ma bardzo dobrze rozwiniętą sieć po całym kraju. Stamtąd pomoc rusza do miejsc, w których jest naprawdę potrzebna. Na front, albo do uchodźców - powiedział.

Trzy tygodnie temu, kiedy pracował z lwowskimi wolontariuszami, w Dnipro spotkali kobietę, która w swojej niewielkiej kuchni przygotowuje jedzenie dla żołnierzy na froncie i dla uchodźców. - Każdego dnia gotuje od 400 do 600 posiłków. Zawieźliśmy jej więc produkty do gotowania, była bardzo szczęśliwa. Odwiedziliśmy też centrum dla uchodźców w Dnipro, które prowadzi jeden niewidomy człowiek. 75 proc. uchodźców, którzy się tam schronili także są niewidomi. Wolontariusze robią tam naprawdę wspaniałą pracę na rzecz tych ludzi - podkreślił.

W ocenie Kevina potrzeby w Ukrainie są ogromne. - Mogę je podzielić na dwie kategorie. Pierwsza grupa to pomoc medyczna. Bardzo potrzebne są przede wszystkim staży taktyczne. To niezbędna rzecz dla każdego żołnierza, który jeśli jest ranny i jest w stanie sam ją sobie założyć, może uratować swoje życie. Potrzebne są też silne środki przeciwbólowe, bandaże, opatrunki na klatkę piersiową - wyliczał. 

Druga grupa potrzeb to żywność. - Niestety pomoc z Wielkiej Brytanii i Europy wciąż słabnie. Myślę, że powodem jest to, że w wielu krajach, kiedy włączysz telewizję, czy przeglądasz media - wojna w Ukrainie nie jest już informacją z pierwszej strony. Inne rzeczy stały się już ważniejszymi newsami dla mediów - zauważył.

"Wojna musi być numerem jeden"

Jego zdaniem, jeżeli wojna w Ukrainie nie jest już tematem numer jeden, to ludzie myślą, że sytuacja się poprawia. - Proszę mi wierzyć - ja to widziałem - jest coraz gorzej. Każdego dnia jest coraz więcej ataków rakietowych, a każdy atak powoduje, że ludzie uciekają - przybywa uchodźców. To powoduje konieczność pomocy i wsparcia medycznego. Powtarzam więc ludziom: proszę, nie myślcie, że to już koniec, bo jest coraz gorzej - podkreślił.

Zapytany o to, co myśli o obecnej sytuacji w Ukrainie odpowiedział, że "to polityczne pytanie, a on nie jestem politykiem". 

- Tam jest wojna, na której cierpią ludzie. To, co mogę zrobić, to starać się walczyć z tym cierpieniem. O działaniach polityków na wojnie mam swoje prywatne zdanie, o którym nie chcę mówić - wyjaśnił. - W ubiegłym roku, gdy zachorowałem na covid i wierzę, że przeżyłem go z jakiegoś powodu. Tym powodem jest to, że mogę teraz pomagać ludziom, którzy tej pomocy potrzebują w Ukrainie. Nie przyjeżdżam tu dlatego, że interesują mnie rakiety, wybuchy i wojna. Przyjeżdżam, bo chce zobaczyć uśmiech na twarzach ludzi, którzy cierpią i potrzebują pomocy. To tyle - podsumował. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy