Reklama

Wolontariusz na granicy: Odpoczywać będę, gdy to się skończy

​Punkt recepcyjny dla uchodźców w Lubyczy Królewskiej znajduje się 8 km od przejścia granicznego Hrebenne - Rawa Ruska. Działa jak dobrze naoliwiona maszyna - to zasługa ludzi, którzy pomocy oddali się bez reszty. Działają tu policjanci i strażacy, którzy poza podstawowymi obowiązkami robią, co mogą, by choć trochę poprawić warunki, w których przebywają uchodźcy. Zaangażowani są tłumacze i wolontariusze, którzy często nie śpią ponad dobę, dźwigają ciężkie pudła i obawiają się jak unieść psychologiczny ciężar tej tragedii. W tym wszystkim pojawia się pytanie, jak długo da się tak działać?

Punkt składa się ze szkoły, z dużą halą gdzie śpią ci, którzy potrzebują kilku dni odpoczynku lub nie mają pomysłu, gdzie ruszyć w dalszą drogę. Na zapleczu magazyn po brzegi wypełniony darami z całego kraju. Ubrania, wózki, butelki, smoczki dla dzieci, jedzenie, słodycze i napoje. Tego wszystkiego jest pod dostatkiem, a wciąż na parking podjeżdżają kolejne transporty. W szkole jest też rejestracja. Tu musi zgłosić się każdy, kto dociera do punktu, a także kierowcy, którzy przyjeżdżają, by wozić rodziny w głąb kraju.

Rejestracje pojazdów wprowadzono, gdy pojawiły się przypadku nadużyć i oszustw. Nieuczciwi kierowcy proponowali bezpłatny transport, a po przejechaniu kilku kilometrów żądali wysokiej zapłaty. Wpisywanie każdej osoby, która zabiera kogoś z punktu, ukróciło ten proceder.

Reklama

Przy rejestracji Ukraińcy mogą dostać też karty sim, bo ich przestają działać zaraz po przekroczeniu granicy.

Na zewnątrz stoi namiot prowadzony przez Zakon Maltański. Tam rozdawana jest herbata, kawa, słodycze i napoje. Obok kolejny z ciepłymi posiłkami. Chętnych do przekazywania darów, które później można rozdać bezpośrednio w punktach, nie brakuje. Jednak jak mówi mi jedna z wolontariuszek, pomoc trzeba przemyśleć tak, żeby nie sprawić organizatorom, więcej kłopotu niż wsparcia:

- Najważniejsze, żeby żywność była długoterminowa. Pakowana tak, żeby nie trzeba było wyjmować każdego produktu z trzech różnych torebek. Działamy na masową skalę i wypakowanie każdej saszetki herbaty zajmuje czas. Pojawia się też kłopot ze śmieciami. To są drobiazgi, o których ludzie dobrej woli nie myślą, ale my je widzimy. Myślę, że najlepiej kierować się zasadą, żeby kupić, to co sami chcielibyśmy używać albo dać naszym dzieciom.

Uchodźcy czekają na pomoc. "Jak tu odpoczywać?"

Na miejscu działają wszystkie służby. Policjanci, państwowa i ochotnicza straż pożarna oraz ratownicy medyczni. Każdy z nich ma określone zadania. Policjanci pilnują porządku, strażacy rozwożą ludzi do kolejnych punktów. Ratownicy prowadzą punkt medyczny. To tylko teoria. W praktyce każdy robi o wiele więcej. Co chwila widać policjanta, który taszczy torbę z rzeczami całej rodziny. Przychodzą po pluszowe misie, które można dostać w punkcie i wręczają je dzieciom, które zostają w punkcie. Jeden z policjantów wyjaśnia:

- Sam mam dwójkę dzieci. Jak tylko pomyślę, że moja żona znalazłaby się w takim miejscu, przechodzą mnie ciarki. Chciałbym, żeby ktoś im pomógł, zaopiekował się, tak żeby czuli się bezpiecznie.

Strażacy co chwila wpadają po słodycze i soczki dla dzieci. Wybierają coś, czy zajmą małych pasażerów. Jak mówi wielu z nich, tym drobnymi gestami próbują ich rozweselić.

- Dowódca kazał mi zjechać na jednostkę o 21:00 i odpoczywać. No, ale jak tu leżeć jak wiesz, że tam czeka tyle osób. Proszę tylko nie podawać mojego nazwiska. Nie chce mieć później kłopotów - mówi mi jeden ze strażaków, który, żeby pomóc przy granicy, przejechał prawie 400 km.

Tłumacze i wolontariusze na granicy

Pełni poświęcenia są też wolontariusze i tłumacze. Tych drugich brakuje najbardziej. W pewnym momencie do stoiska z herbatą podchodzi dziewczyna, która ogłasza przyjazdy kolejnych autokarów. Prosi, żeby ktoś z nas krzyknął zdanie w języku ukraińskim. Jej głos już wysiadł. Jeden z tłumaczy na nogach jest już 40 godzin. Oczy same się zamykają, ale jak mówi: - Działam. Nie ma nikogo na zmianę. Ktoś tłumaczyć musi. Odpoczywać będę, jak to się skończy.

I zostaje na kolejnych kilka godzin.

O to, dlaczego przyjechała pomagać przy granicy, pytam Mariannę Górską, jedną z wolontariuszek:

- Wojna na Ukrainie jest tak samo pełna niewiadomych, jak i ludzi potrzebujących pomocy. Dlatego w momencie gdy padło hasło - jedziemy na granicę rozpoznać potrzeby uchodźców i w miarę możliwości im pomóc - nie miałam wątpliwości, że pojadę gdy tylko będę mogła. Działając, mam nadzieję, że choć odrobinę ulżymy tym, których dotychczasowe życie się skończyło. Nawet jeśli to będzie podanie z uśmiechem gorącej herbaty, czy szczotki do zębów - coś błahego, lecz jakże potrzebnego - mam nadzieję dodać tym otuchy i wiary, że jeszcze kiedyś będzie dobrze.

Zaangażowana jest również lokalna społeczność. To oni w dużej mierze organizują rejestracje i pomagają w transporcie kolejnych osób.

Pomoc dla Ukrainy. Jak długo damy radę?

W rozmowach między wolontariuszami coraz częściej słychać niepokój. Jak długo dadzą radę? W końcu każdy ma pracę, szkołę i swoje obowiązki.

Obawiają się, czy osoby, które przyjmują pod swój dach uchodźców, zdają sobie sprawę, że bardzo często nie jest to deklaracja na kilka dni, ale tygodni lub miesięcy.

Jest jeszcze jedna obawa, która pojawia się w głowach. Czy damy radę, gdy dotrą osoby, które żyły w stanie wojny dłuższy czas? W pierwszej kolejności do Polski docierają osoby, które mieszkały na zachodzie Ukrainy lub udało im się szybko dostać do tej części. Z dnia na dzień do punktów dociera coraz więcej osób, z miejsc intensywnie dotkniętych wojną. O takiej sytuacji opowiada mi jeden z wolontariuszy:

- Na ławce przy punkcie siedział chłopak. Student z Maroka. Przyjechał z Charkowa. Patrzył ślepo w dal i ciężko było się z nim skontaktować. Nie wziął telefonu, portfela. Mówił, że ma tylko płaszcz, w którym przyjechał. Z dalszych rozmów wynikało, że po jednym z bombardowań wyszli ze schronu. Wydawało się, że jest już spokojnie. Wtedy pocisk trafił dziewczynę, która stała obok niego. Nic z niej nie zostało. Chłopakiem zajęły się odpowiednie służby. Zabrali go do szpitala. Wszyscy jednak zastanawiamy się jak radzić sobie z takimi sytuacjami.

Im dłużej trwa wojna, tym więcej osób potrzebuje pomocy organizacji i wolontariuszy. To osoby, które działają na pierwszej linii i dają z siebie wszystko. Warto jednak zastanowić się, gdzie leży granica tego, co można robić oddolnie, a gdzie potrzebna jest już fachowa i specjalistyczna pomoc.

***

Schronienie, czysta woda, ciepłe posiłki, ubrania, koce... Dzieci z Ukrainy potrzebują twojej pomocy!

Wesprzyj zbiórkę Fundacji Polsat wpłatą na konto: 96 1140 0039 0000 4504 9100 2004 z dopiskiem "Dzieciom Ukrainy" lub wysyłając SMS o treści POMOC na numer: 7531

Szczegóły na stronie Fundacji Polsat

Oferujesz pomoc/szukasz pomocy?

Skorzystaj z naszego bezpłatnego serwisu z ogłoszeniami

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy