Reklama

Węgierski łącznik Putina. Jak i dlaczego Orbán przeszedł na stronę Kremla?

W ostatnich tygodniach Viktor Orbán ponownie udowodnił, że jeśli chodzi o wojnę w Ukrainie, to konsekwentnie stawia na Rosję i Władimira Putina. Węgierski premier broni swoich decyzji, twierdząc, że realizuje w ten sposób węgierskie interesy. Jednak tak jednoznaczne postawienie w tej wojnie na Kreml może Węgrom wyłącznie odbić się ostrą czkawką.

- Ci, którzy dostarczają broń (Ukrainie - przyp. red.), siedzą w tej wojnie po kostki. Ci, którzy trenują ukraińskich żołnierzy, siedzą w niej po pas. Natomiast ci, którzy szkolą cały wojujący kraj, siedzą w tym już po szyję - perorował Orbán podczas zamykającej 2022 rok konferencji prasowej z zagranicznymi mediami. - Naprawdę mam nadzieję, że Europa nie wejdzie w tę wojnę po samą szyję - podkreślił.

W trakcie tej samej konferencji węgierski premier zbeształ Unię Europejską za zaangażowanie się w wojnę i nie zgodził się z tezą, że Ukraina walczy w interesie UE, Europy i całego Zachodu

Reklama

- Wojna w Ukrainie nie ma żadnego wpływu na bezpieczeństwo Węgier - zapewnił Orbán, podkreślając po chwili, że relacje, zwłaszcza gospodarcze, z Rosją muszą być utrzymane. Podobnie zresztą jak z Chinami. 

"Czy Węgry naprawdę są członkiem Unii Europejskiej?" - podsumował na Twitterze wystąpienie Orbána były szwedzki premier Carl Bildt.

Konsekwentny Budapeszt

Jednego Orbánowi odmówić nie sposób: konsekwencji. Od początku wojny, czyli już prawie 11 miesięcy, ostro krytykuje zachodnią pomoc dla Ukrainy, zaangażowanie UE po stronie napadniętego państwa i wszelkie próby wywierania presji na Rosję. Czym innym było to jednak w marcu czy kwietniu 2022 roku, a czym innym jest niemal rok później, kiedy każdy ma już świadomość, jak wywołany przez Rosję konflikt zmienił znany nam świat i jak zamienił w koszmar życie dziesiątek milionów ludzi.

Tu pojawia się kluczowe w przypadku Orbána i jego związków z Kremlem pytanie: dlaczego? Bynajmniej nie sprowadza się do powielanego często w przestrzeni publicznej stwierdzenia, że Orbán to po prostu autokrata mający za nic prawa człowieka i cierpienie całego ukraińskiego narodu.

Wszystkie motywy Orbána

Zatem dlaczego? Po pierwsze, jak zawsze, gospodarka. Gospodarka i pieniądze. I z jednym, i z drugim Węgry mają dzisiaj poważny problem. Deficyt finansów publicznych się powiększa, forint słabnie w oczach, a wzrost PKB niemalże stanął w miejscu (prognoza na 2023 rok to zaledwie 0,1 proc.). W listopadzie inflacja sięgnęła 22,5 proc. i nic nie wskazuje, żeby w najbliższej przyszłości miała zacząć spadać. Zwłaszcza że węgierski rząd unika niepopularnych i bolesnych dla społeczeństwa decyzji, żeby nie stracić sondażowego poparcia.

Efekt gry na czas jest jednak porażający. Podstawowe produkty żywnościowe w ciągu roku zdrożały nawet o ponad 100 proc.: jajka o 102 proc., ser, twaróg i chleb o 83, masło o 77, dania gotowe, margaryny i jogurty o 60, drób o 54, wołowina o 47, a ryby o 44 proc. (dane za listopad 2022). Rząd Orbána próbuje leczyć gorączkę, tłukąc termometr i wprowadza maksymalne dozwolone ceny na coraz to nowe towary. 

To uruchomiło gospodarczo-społeczne domino - prywatne przedsiębiorstwa notują poważne straty albo nawet bankrutują, niektóre udają zawieszenie działalności, żeby uniknąć wysokich podatków. Z kolei Węgrzy przenieśli się dzięki Orbánowi do czasów głębokiej komuny i różnymi sposobami starają się obchodzić rządowe zakazy, żeby np. móc kupić 2 kg mąki na jedną osobę.

Mając arcytrudną sytuację gospodarczą w kraju, Orbán za wszelką cenę chciał uniknąć uderzenia także w sektor energetyczny. Zwłaszcza że na tym polu Węgry są poważnie uzależnione od dostaw surowców z Rosji. Znacznie bardziej niż UE jako całość. Tyle że poniósł w tej kwestii porażkę. 

Węgry podpisały z Rosją 15-letni kontrakt na dostawy gazu ziemnego na początku lutego 2022 roku, kilka tygodni przed wybuchem wojny. Jak podał węgierski portal ekonomiczny G7.hu, powołując się na rządowe dokumenty, wspomniany kontrakt jest indeksowany wedle europejskiej ceny referencyjnej na holenderskiej giełdzie TTF. Orbán skończył więc bez preferencyjnej ceny i znalazł się w dokładnie tym samym położeniu co wiele innych europejskich państw. A ponieważ zależność Węgier od dostaw surowców z Rosji jest bardzo poważna, teraz spolegliwą wobec Kremla polityką stara się zabezpieczyć sytuację energetyczną kraju z pozycji petenta, licząc na łaskę wielkiego brata z Kremla.

Z finansami wiąże się też drugi z powodów prokremlowskiego kursu rządu Orbána. Chodzi o spór prawny z Unią Europejską o praworządność i niewłaściwe wydatkowanie funduszy unijnych. Bruksela zastosowała wobec Węgier jako pierwszego państwa UE tzw. mechanizm warunkowości wiążący wypłatę środków unijnych z przestrzeganiem rządów prawa. Z tego tytułu Orbán nie może wykorzystać 6,3 mld euro w ramach polityki spójności. Co więcej, Komisja Europejska wstrzymała też wypłatę środków (5,8 mld euro) z węgierskiego Krajowego Planu Odbudowy. Żeby je odzyskać, Orbán musi wypełnić aż 27 tzw. kamieni milowych, z których najważniejsze dotyczą właśnie praworządności i walki z korupcją.

Jaki ma to związek z wojną w Ukrainie i prokremlowskim kursem Budapesztu? Orbán wiedząc, jak silna jest w UE chęć pomocy Ukrainie, tam gdzie może (np. w sprawie opiewającego na 18 mld euro i zaciągniętego w ramach wspólnej pożyczki funduszu pomocowego UE dla Ukrainy) wykorzystuje groźbę weta, żeby ugrać jak najwięcej w kwestiach, na których mu zależy. Chodzi właśnie o odzyskanie 12,1 mld euro, które byłyby dla sponiewieranej węgierskiej gospodarki jak dopływ życiodajnego tlenu.

Orbán ma też swoje własne geopolityczne kalkulacje związane z Rosją i wojną w Ukrainie. To trzeci z powodów jego prokremlowskiego kursu w polityce zagranicznej. Mówiąc wprost: węgierski premier postawił na Putina. 

- To jest po prostu wybór strony sporu. Postawienie na to, że Rosja wojnę w Ukrainie wygra albo po prostu wyjdzie z niej nieosłabiona. Dowodzą tego liczne wypowiedzi Orbána o tym, że Ukraina nie wygra wojny, że Rosja jest niepokonana - tłumaczył na początku grudnia w rozmowie z Interią dr Dominik Héjj, doktor politologii i analityk Instytutu Europy Środkowej. 

- Orbán liczy, że w nowym ładzie geopolitycznym, który wyłoni się po wojnie, Węgry będą mieć zupełnie inną, dużo ważniejszą, rolę jako to państwo, które do końca dbało o relacje z Rosją nawet kosztem swoich relacji z UE i partnerami unijnymi - wyjaśniał nam ekspert od węgierskiej sceny politycznej.

Ta "inna, dużo ważniejsza, rola" to status tzw. regional middle power w Europie Środkowej. Trudno o precyzyjny polski odpowiednik tego terminu, ale chodzi o rolę państwa, które chociaż nie największe i nie najsilniejsze, jest na tyle znaczącym graczem, że często stanowi języczek u wagi w geopolitycznych rozgrywkach państw z politycznej pierwszej ligi. Orbán i jego otoczenie od dawna zresztą nie kryją swoich aspiracji w tej kwestii.

Wreszcie węgierski rząd, podobnie jak rząd polski, ochoczo wykorzystuje politykę zagraniczną i geopolitykę do osiągania celów partyjnych na arenie krajowej. Przedstawianie się Orbána jako obrońcy węgierskiego interesu narodowego i jego walka z rzekomo przesiąkniętą hungarofobią Unią Europejską wpisują się w nacjonalistyczną wizję "Wielkich Węgier". To popularne na węgierskiej skrajnej prawicy odwołanie do czasów Cesarstwa Austro-Węgierskiego, w którego skład wchodziła m.in. część obecnego terytorium Ukrainy. Grając tą kartą, Orbán umacnia poparcie twardego elektoratu i nacjonalistycznej prawicy, a jednocześnie dba o to, żeby po prawej stronie węgierskiej sceny politycznej Fideszowi nie pojawił się żaden groźny rywal.

Orbána dziejowy wybór

W poczynaniach Orbána nie ma ani przypadku, ani szaleństwa, ani chaosu. To cyniczna gra o partykularne interesy jego samego, polityczno-biznesowego otoczenia i rządzącego Węgrami Fideszu. Rzecz w tym, że kalkulacje węgierskiego premiera są błędne i życzeniowe, a ich finalny efekt będzie bardzo daleki od oczekiwanego.

Orbán wierzy, że może być częścią Zachodu - tak UE, jak i NATO - kiedy jest mu to na rękę, ale działać poza i wbrew temu Zachodowi, kiedy chce realizować własne cele, ambicje, plany. 

W rozgrywce z Putinem Orbán nie ma żadnych kart przetargowych. To relacja kliencka, w której to Kreml występuje z pozycji siły. Węgierski premier liczy na łut szczęścia (wygraną Rosji albo szybki koniec wojny na warunkach faworyzujących Kreml) i późniejszą wdzięczność rosyjskiego wielkiego brata. To geopolityczna gdybologia, dla której Budapeszt - tutaj już zupełnie realnie i wbrew swoim interesom - podkopuje relacje z partnerami z UE i NATO.

Niedawno niemiecka telewizja RTL poprosiła gabinet Orbána o oficjalne stanowisko w sprawie tego, czy wypowiedzi węgierskiego premiera z ostatnich miesięcy należy odczytywać jako przygotowywanie gruntu pod wyjście Węgier z UE i NATO. Otoczenie Orbána stwierdziło, że takie sugestie są "absurdalne i napastliwe", a Węgry pozostają "oddanym członkiem NATO oraz UE i zwolennikiem wolnego handlu". 

Trudno było spodziewać się innej deklaracji. Rzecz w tym, że działania węgierskich władz kompletnie rozmijają się ze słowami. A im dalej w las, tym mniej jest osób pewnych i spokojnych co do tego, że w momencie próby Budapeszt stanie po właściwej stronie historii.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy