Reklama

Reklama

"W Rosji panuje dzisiaj strach". Tak Putin zaklina rzeczywistość

Władimir Putin ogłosił aneksję czterech ukraińskich obwodów. W swoim wystąpieniu straszył też bronią jądrową, a o całe zło świata obwiniał Zachód, na czele ze Stanami Zjednoczonymi. Mimo licznych propagandowych zaklęć, przychylności narodu raczej już nie odzyska. - W Rosji panuje dzisiaj strach - mówi w rozmowie z Interią Tadeusz Iwański, kierownik zespołu ds. Ukrainy, Białorusi i Mołdawii w Ośrodku Studiów Wschodnich (OSW).

- Podjęliśmy decyzję o włączeniu Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, a także obwodów chersońskiego i zaporoskiego w skład Federacji Rosyjskiej. Jestem przekonany, że Zgromadzenie Federalne (połączone izby parlamentu - przyp. red.) poprze to postanowienie - 30 września oznajmił milionom Rosjan przemawiający na Kremlu Putin. - Chcę, aby władze Kijowa i ich prawdziwi panowie na Zachodzie mnie usłyszeli: ludzie w Doniecku, Ługańsku, Chersoniu i Zaporożu stają się naszymi obywatelami. Na zawsze! - grzmiał rosyjski dyktator.

- Będziemy bronić naszej ziemi wszelkimi siłami i środkami, jakimi dysponujemy, zrobimy wszystko, aby zapewnić bezpieczne życie naszemu ludowi. To jest wielka misja wyzwoleńcza naszego narodu - kontynuował swój wywód prezydent Rosji. Po czym złożył Ukrainie bardzo osobliwą "propozycję". - Ukraina musi uszanować wynik referendów w tych czterech regionach. Tylko to może być drogą do pokoju - stwierdził Putin.

Reklama

Dobra mina do złej gry

Chociaż Putin i kremlowska wierchuszka silili się jak tylko mogli, żeby transmitowana na cały świat ceremonia uosabiała pokaz siły i sprawczości, prawda stojąca za quasi referendami i będącą ich efektem aneksją jest zupełnie inna. Włączenie czterech ukraińskich obwodów do Rosji miało być zwieńczeniem opanowania sytuacji w Donbasie i przygotowaniem do ponownego ataku na pozostałą część Ukrainy. Pierwotnie planowano je na koniec sierpnia. Ten termin nie został jednak dotrzymany z powodu zażartych walk na froncie.

Z kolei skuteczna, wrześniowa kontrofensywa sił ukraińskich w Donbasie, zwłaszcza w rejonie charkowszczyzny, jeszcze mocniej pokrzyżowała plany Kremla. Niepowodzenia na froncie nałożyły się na pierwsze od początku wojny antyrządowe protesty w Rosji po ogłoszeniu przez Putina częściowej mobilizacji rezerwistów. Tym sposobem w raptem kilkanaście dni rosyjskiemu prezydentowi zarówno w polityce zagranicznej, jak i wewnętrznej, ziemia zaczęła usuwać się spod nóg. Kreml wrócił więc do pomysłu quasi referendów na okupowanych terenach w Ukrainie, chociaż było już niemal ustalone, że odbędą się na początku listopada albo nawet w grudniu.

- Wydaje mi się, że to asymetryczna odpowiedź Kremla na sukcesy Ukraińców na froncie. Przede wszystkim na imponujące natarcie na charkowszczyźnie, które stanowi duży problem dla Kremla (zwłaszcza wizerunkowy) - mówi w rozmowie z Interią Tadeusz Iwański, analityk OSW. - Trzeba było to "przykryć" czymkolwiek, dlatego decyzja o organizacji quasi referendów została mocno przyspieszona - dodaje nasz rozmówca.

Bezprawne wcielenie czterech obwodów w granice Rosji nie rozwiąże jednak problemów Kremla na tych terenach. Już na początku lipca w wywiadzie dla Interii mówiła o tym prof. Agnieszka Legucka. - Utrzymanie kontroli i spokoju na tych terenach będzie zdecydowanie trudniejsze niż na Krymie - przekonywała ekspertka ds. Rosji z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. - Kreml potrzebuje sukcesu referendum, żeby pokazać na arenie wewnętrznej, że potrafi "objąć ochroną" chociaż ludność Donbasu i południowo-wschodniej Ukrainy. Z całą Ukrainą nie wyszło, pierwotny cel Kremla pozostanie niezrealizowany, ale Putin i spółka już przełknęli tę gorzką pigułkę. Teraz liczy się Donbas, a propaganda Kremla "sprzeda" to Rosjanom jako wielki sukces - analizowała.

Quasi referenda, obwieszczenie światu aneksji czterech obwodów i ostatnie ruchy Putina nie robią wrażenia na Ukraińcach. - To co odbyło się na ziemiach okupowanych, nie jest żadnym referendum. To tak, jakby przeprowadzać referendum w stalinowskim gułagu albo obozach koncentracyjnych, pod lufami. Robi się to tylko po to, żeby ukryć zbrodnie Putina - przyznał w "Debacie Dnia" Polsat News były prezydent Ukrainy Petro Poroszenko.

Problem z suwerenem

Podczas swojego wystąpienia Putin robił, co tylko mógł, żeby odzyskać zaufanie rodaków. A przynajmniej, żeby wzbudzić w nich strach przed zewnętrznym zagrożeniem, przed którym jedynie on jest w stanie ich obronić. Dlatego lwią część swojego przemówienia poświęcił demonizowaniu Zachodu, na czele ze Stanami Zjednoczonymi.

- Zachód zawsze kolonizował. Zachód wierzy, że nawet jego grzechy muszą być akceptowane przez innych. Ich hegemonia ma cechy totalitaryzmu i despotyzmu - perorował przed milionami widzów Putin. - Stany Zjednoczoną chcą wszystkich oszukać lub szantażować, kłamią jak Goebbels - kontynuował rosyjski dyktator. W swojej wymierzonej w Zachód tyradzie przestrzegał też swoich rodaków przed zachodnim upadkiem moralnym i zepsuciem.

Jednak już od tygodnia widać, że jakich zaklęć Putin by nie użył, jego rodacy pozostają niewzruszeni. Żeby była jasność: nie protestują przeciwko wojnie, protestują przeciwko temu, że ta wojna zaczyna ich bardzo boleć, a nie to obiecywał im Putin. - Bolesna weryfikacja nastąpi wtedy, gdy Rosjanie zorientują się, że umowa, którą zawarli z Putinem - oni oddają mu wolność, on daje im dobrobyt i rosyjskie imperium - nie jest realizowana. Bo wolność owszem oddali, ale ani dobrobytu, ani imperium nie będzie - mówił we wrześniowym wywiadzie dla Interii były polski dyplomata i ekspert ds. Rosji Witold Jurasz.

Częściowa mobilizacja, która ma postawić pod broń około 300 tys. Rosjan, wydaje się zerwaniem umowy, o której wspominał Jurasz. Zdaniem Tadeusza Iwańskiego z OSW Kreml przyznał się w ten sposób, że "specjalna operacja wojskowa" wcale nie idzie zgodnie z planem. - Oczywiście było to opakowane w przekaz, że Rosja walczy z NATO, że Ukraina to marionetkowe państwo, bo przecież Rosja nie może przegrywać z samą Ukrainą. Jeśli może przegrywać, to z całym światem zachodnim, a przede wszystkim ze Stanami Zjednoczonymi - ocenia nasz rozmówca.

Iwański dodaje, że wszystko to, co Putin mówił już po ogłoszeniu mobilizacji nie zrobiło na jego rodakach przesadnego wrażenia. Wrażenia nie zrobiła też na nich bezprawna aneksja czterech ukraińskich obwodów. - W Rosji panuje dzisiaj strach. Duża część rosyjskiego społeczeństwa - trudno dokładnie oszacować, jaka to część, wiemy o co najmniej 250 tys. mężczyzn, którzy opuścili Rosję od momentu ogłoszenia mobilizacji - po prostu boi się, bo wywołana przez Putina wojna przyszła do ich domów - wyjaśnia na łamach Interii analityk OSW. I dodaje: - To już nie jest jakaś mityczna operacja w odległej Ukrainie, w której bierze udział ograniczona liczba żołnierzy. To jest pełnowymiarowa wojna, ogólnokrajowa mobilizacja i w zasadzie każdy może dzisiaj lub w niedługiej przyszłości trafić na front.

Podobnego zdania jest Grzegorz Kozak, były korespondent Telewizji Polskiej w Moskwie. - Dużo Rosjan wierzy w to, co opowiada Putin, ale teraz coraz więcej ludzi rozumie, że to wydmuszka i to wszystko, co przekazują rosyjskie media, nie jest prawdąprzyznał w videocaście Piotra Witwickiego.

21 września pisaliśmy w Interii, że Kreml coraz bardziej traci kontrolę nad rosyjskim suwerenem. Rosjanie, zwłaszcza ci objęci ogłoszonym przez Putina poborem, nie tylko zaczęli masowo uciekać z Rosji do krajów, do których Rosjanie mogą jeszcze podróżować bez wiz (m.in. Turcji i Armenii), ale przede wszystkim zaczęli wychodzić na ulice, manifestując swoje niezadowolenie z polityki Kremla. I to mimo drakońskiego prawa, które Putin i jego ludzie wprowadzili już na początku wojny, żeby zdusić wszelkie społeczne przejawy buntu.

We wrześniowym wywiadzie dla Interii Garri Kasparow, rosyjski opozycjonista i działacz na rzecz demokracji oraz praw człowieka, mówił, że "największym problemem jest jednak to, że rosyjskie społeczeństwo nie jest dzisiaj gotowe, żeby zaakceptować odpowiedzialność za to, co się stało". Twierdził, że większość Rosjan nie rozumie tego, co dzieje się w Ukrainie. Uciekają od bolesnej prawdy o wojnie, o okrucieństwach swoich żołnierzy i o krwawej polityce swoich władz, żeby nie niszczyć swojej poukładanej wizji świata, nie doświadczać bardzo bolesnego dysonansu poznawczego, wynikającego z ich bierności na to okrucieństwo.

- Dlatego oni muszą zrozumieć, jak wygląda ta wojna i jakie są jej konsekwencje. A do tego może doprowadzić jedynie bolesna klęska militarna i wyzwolenie Krymu. To jedyny sposób, by sprowadzić ich z powrotem na ziemię - przekonywał w rozmowie z Interią Kasparow. Okazuje się jednak, że ogłoszona przez Putina częściowa mobilizacja też wciągnęła zwykłych Rosjan do wojny. Co prawda nie popierają jeszcze Ukrainy i nie chcą jej pomagać, ale odwracają się od Putina, bo jego polityka zaczęła niszczyć im życie.

Wojna egzystencjalna

Putin i jego ludzie są świadomi uciekającego czasu. Z jednej strony, rozwój wypadków na froncie jest daleki od tego, co założył sobie Kreml. Z drugiej, rosyjskie społeczeństwo wywiera coraz większą presję na rządzących w związku z kosztami inwazji na Ukrainę. Dlatego Putin wrócił do tego, do czego wraca od początku tej wojny, kiedy coś nie idzie po jego myśli. Chodzi o szantaż nuklearny.

Jak zauważa w rozmowie z Interią Tadeusz Iwański, bezprawne wcielenie czterech ukraińskich obwodów w granice państwa rosyjskiego skutkuje paradoksalną sytuacją. Tym sposobem bowiem na terytorium, które Rosja uważa za swoje, mamy teraz pełnoskalową wojnę i wielotysięczne wojska ukraińskie. To zaś może mieć swoje daleko idące, nie tylko zresztą dla Rosji i Ukrainy, konsekwencje wynikające z rosyjskiej doktryny obronnej, która pozwala m.in. na użycie broni jądrowej w obronie terytorium Federacji Rosyjskiej.

Mówi Tadeusz Iwański z OSW: - Z formalno-prawnego punktu widzenia to zwiększa ryzyko użycia taktycznej broni jądrowej przez Kreml. Z drugiej strony, mam nadzieję, że jeśli Putin będzie realnie zmierzać do użycia broni jądrowej, to może to wzmóc wątpliwości w jego najbliższym otoczeniu, a w każdym razie w jego części. Choć na razie brakuje tu zweryfikowanej informacji, jakie są podziały w elicie rosyjskiej, a przede wszystkim w najbliższym otoczeniu Putina. Jeśli jednak ryzyko użycia broni jądrowej przez Putina się zwiększy, jego otoczenie może uznać, że to przekroczenie czerwonej linii i zareagować.

Na Ukraińcach groźby Putina nie robią już jednak większego wrażenia. Aczkolwiek zdają sobie sprawę, że Putin jest dzisiaj poważnym zagrożeniem dla międzynarodowego porządku i bezpieczeństwa. - Te dni są rzeczywiście tragiczne, ale nie dla Ukrainy - są tragiczne dla świata. Szalony człowiek Putin stawia świat przed widmem trzeciej wojny światowej i katastrofy jądrowej - przekonywał na antenie Polsat News Petro Poroszenko.

Według Tadeusza Iwańskiego z OSW, zagrożenie nuklearne, którym straszy społeczność międzynarodową Putin, nie zmieni strategii ani celów Kijowa. - A celem militarnym jest odbicie zagrabionych przez Rosję terytoriów. I to nie tylko tych zagrabionych przed 24 lutego, ale również tych zagrabionych od 2014 roku. Na Ukrainie takie są nastroje społeczne. Gigantyczna nienawiść do Rosji i poczucie, że nie ma innego wyjścia, bo to jest wojna egzystencjalna dla całego narodu. Ukraińcy myślą następująco: cena jest olbrzymia, ale musimy ją ponieść, bo jeśli tego nie zrobimy, to nie będzie już niczego. Ukraińcy wiedzą, że walczą dzisiaj o wszystko - podkreśla analityk.

Zachód na celowniku

Warto też pamiętać, że nuklearne groźby Putina mają znacznie więcej niż jednego adresata. Tym głównym wcale nie jest Ukraina, tylko Zachód. Zwłaszcza Stany Zjednoczone, które w propagandzie Kremla odpowiadają za wszelkie zło i stanowią egzystencjalne zagrożenie dla istnienia Rosji. Powtarzane raz po raz ultimata o skorzystaniu z arsenału jądrowego mają sprawić, że Zachód porzuci Ukrainę na pastwę Kremla, żeby ratować międzynarodowy ład i status quo.

Jednak i tego celu Putin nie osiągnął. Świadczą o tym słowa czołowych zachodnich polityków, będące odpowiedzią na groźby rosyjskiego dyktatora. - Co do przemówienia pana Putina tego poranka: Ameryka i jej sojusznicy nie dadzą, podkreślam: nie dadzą, się zastraszyć Putinowi i jego nieodpowiedzialnym słowom i groźbom - zapewnił podczas konferencji prasowej w Białym Domu Joe Biden. - Ameryka jest w pełni przygotowana, by wraz z sojusznikami z NATO bronić każdego centymetra terytorium NATO. Każdego centymetra. Więc, panie Putin, nie zrozum błędnie tego, co mówię. Każdy centymetr - podkreślił amerykański prezydent.

- Kolos na glinianych nogach runął na oczach całego świata - tak Grzegorz Kozak odniósł się do wizerunku Rosji jako mocarstwa, który przez minione siedem miesięcy obrócił się w gruz. - Wszyscy zrozumieli, że to były tylko puste słowa i wydmuszka, którą próbowano straszyć. Ale też pokazywać jacy jesteśmy wielcy i światowi, że jesteśmy taką samą potęgą jak Stany Zjednoczone, Chiny i UE. Rosja od dłuższego czasu uznawała się za równego wspomnianym potęgom - stwierdził gość Piotra Witwickiego.

Podobnego zdania jest Tadeusz Iwański z OSW. Zauważa też jeszcze jeden istotny efekt nuklearnych gróźb Putina oraz bezprawnej aneksji czterech ukraińskich obwodów. Efekt, który jest w całkowitej kontrze do celów i planów Kremla. - De facto te "referenda" i aneksja tylko ułatwią Ukrainie ubieganie się o jeszcze większą międzynarodową pomoc militarną w walce z Rosją - przewiduje ekspert ds. Ukrainy.

I są to przewidywania słuszne, ponieważ prezydent Biden 30 września podpisał ustawę o prowizorium budżetowym, dzięki której Kijów może liczyć na kolejne 12,3 mld dol. pomocy militarnej ze strony Stanów Zjednoczonych. Z pewnością nie na taki efekt swoich gróźb i polityki faktów dokonanych liczył Kreml.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy