Reklama

Uciec, ale dokąd? Łukaszenka gra z Putinem o przetrwanie - swoje i Białorusi

Dopiero co zakończona wizyta Władimira Putina w Mińsku to nie przyjacielska, przedświąteczna kurtuazja. Rosyjski prezydent zamierza wciągnąć Białoruś na pełną skalę do konfliktu z Ukrainą, dzięki czemu w pierwszej połowie 2023 roku mógłby zrealizować wojenne cele Kremla. Alaksandrowi Łukaszence jest to, z wielu powodów, mocno nie po drodze, ale oprzeć się żądaniom Rosji będzie mu trudno.

Już sam fakt przybycia Putina do Mińska jest warty odnotowania. Rosyjskiego dyktatora nie było na Białorusi od trzech i pół roku, a przecież mówimy o absolutnie najbliższym sojuszniku Kremla, państwie współodpowiedzialnym za inwazję na Ukrainę. Chociaż po dwugodzinnym spotkaniu obu przywódców nie wydano żadnych oficjalnych komunikatów, to intencje i plany każdej ze stron są klarowne. I diametralnie różne.

Ambitne plany Putina

Plan Putina na trwającą już zimę był prosty: grać na czas. Po pierwsze, żeby wyszkolić i rozlokować na froncie zmobilizowanych jesienią 300 tys. rezerwistów. Po drugie, żeby zorganizować sprzęt potrzebny do wyposażenia tych rezerwistów, aby na froncie prezentowali jakąkolwiek wartość bojową. Wiadomo bowiem, że wskutek zachodnich sankcji zdolność Rosji do odbudowy potencjału wojskowego znacząco spadła. Po trzecie, Putin potrzebował czasu, żeby opanować społeczne niepokoje wywołane tym, że Kreml zaczął coraz mocniej upominać się o rosyjskich ojców, mężów i synów potrzebnych do dalszego prowadzenia wojny w Ukrainie.

Reklama

Wreszcie Putin potrzebował (i nadal potrzebuje) czasu właśnie ze względu na Białoruś i Łukaszenkę. Od dawna celem Putina jest wciągnięcie Mińska w pełnym wymiarze do konfliktu z Ukrainą. Dotychczas Białoruś była cichym wspólnikiem Kremla - użyczała swojego terytorium oraz infrastruktury, zapewniała aprowizację rosyjskim jednostkom, oficjalnie popierała Rosję w kwestii wojny. Łukaszenka zdołał się jednak obronić przed koniecznością wysłania na Ukrainę białoruskich sił zbrojnych i faktycznego przyłączenia się do inwazji.

Właśnie to planuje zmienić Putin. Chociaż Rosjanie na froncie zaliczyli tej jesieni wiele porażek i stracili sporą część zdobytego wcześniej terytorium, to cel Kremla nie zmienił się w żaden sposób. Putin chce dokonać ponownej ofensywy na Kijów i raz jeszcze spróbować podbić cały kraj. W tym celu konieczne jest otwarcie frontu północnego i/albo północno-zachodniego. I tu swoją rolę ma odegrać Łukaszenka wraz z białoruską armią. Rolę, do odegrania której absolutnie się nie pali.

Z kolei Putin musi przełamać opór białoruskiego dyktatora jak najszybciej. Zachód ustami amerykańskiego i francuskiego prezydenta zaczął niedawno sugerować gotowość do rozmów pokojowych. Jeśli Rosja do nich usiądzie, chce mieć pod kontrolą jak największą część Ukrainy, żeby przystępować do rokowań z pozycji siły. Ponowne otwarcie frontu północnego i wznowienie ofensywy na Kijów zdecydowanie przybliżyłoby Putina do powyższego celu.

Jest też wątek, o którym w obliczu wojny i wydarzeń na froncie mało się mówi. A mianowicie plany Putina wobec samej Białorusi. Łukaszenka po masowych protestach antyrządowych w 2020 roku ma niezwykle słabą pozycję. Zarówno wewnątrz kraju, jak i za granicą. Dość powiedzieć, że mało który kraj uznaje go za prawowitego prezydenta Białorusi. 

"Baćka" przetrwał społeczne niepokoje wyłącznie dzięki poparciu Kremla. Stał się jednak bardziej niż kiedykolwiek zależny od Putina. A cel Kremla od dawna jest jasny - stworzenie federacyjnego państwa z Białorusią. Dlatego nawet gdyby włączenie Białorusi do wojny nie dało oczekiwanych efektów na froncie, to mocno podkopałoby i tak już bardzo słabą pozycję Łukaszenki. Wówczas Rosja mogłaby złożyć Łukaszence propozycję nie do odrzucenia.

"Baćka" pod ścianą

Łukaszenka jest tego doskonale świadomy. Wie, że federalizacja Rosji i Białorusi pod rządami Putina to jego polityczny koniec. Dzisiaj jego autonomia jest iluzoryczna, ale jednak wciąż stoi na czele państwa i ma z tego tytułu liczne profity. Po połączeniu z Rosją nie byłby Putinowi już do niczego potrzebny.

Białoruski dyktator wie, że faktyczne przyłączenie się do inwazji ostatecznie pogrążyłoby go w oczach Zachodu i odebrało jakiekolwiek alternatywy wobec Putina i Rosji. Stałby się wówczas odpowiedzialny za sytuację na równi z rosyjskim prezydentem. To zaś oznaczałoby, że Białoruś dosięgłyby potężne sankcje gospodarcze identyczne do tych zastosowanych wobec Rosji. Już te nałożone po uprowadzeniu Romana Pratasiewicza w połowie 2021 roku mocno dały się we znaki białoruskiej gospodarce. Gdyby jednak Białoruś dotknęły restrykcje nałożone dotychczas na Rosję, byłby to gospodarczy koniec tego państwa. Nawet rosyjska pomoc nie wystarczyłaby do uratowania sytuacji.

Nie można też zapominać o jednej istotnej kwestii, którą otoczenie Łukaszenki na pewno bierze pod uwagę w kontekście planów Putina na włączenie Białorusi do czynnej wojny przeciwko Ukrainie. Ani białoruskie społeczeństwo, ani białoruska armia nie popierają takiego kroku. Białorusini nie widzą w Ukraińcach swoich wrogów, dla nich wrogiem jest Łukaszenka. Z kolei białoruscy żołnierze zdają sobie sprawę, że jeśli Białoruś wyśle na Ukrainę swoje siły zbrojne, będą one stanowić mięso armatnie rzucane przez rosyjskich głównodowodzących w najgorsze rejony walk.

Jeśli więc Łukaszenka ustąpi Putinowi, musi liczyć się z zagrożeniem społecznych protestów (tu na pewno pomocna dla Mińska byłaby obecność rosyjskich wojsk na terytorium Białorusi) i buntu w armii (zwłaszcza wśród żołnierzy niekontraktowych). Już w pierwszej połowie tego roku, gdy wydawało się, że armia białoruska wejdzie na Ukrainę, białoruscy żołnierze zastosowali coś w rodzaju strajku włoskiego.

Na Białorusi nikt nie chce ginąć za imperialne obsesje Putina. Również, albo przede wszystkim, nie chce tego sam Łukaszenka. Dlatego rozgrywa z Putinem arcytrudną partię politycznych szachów, w której dramatycznie brakuje mu figur, a od wyniku której zależy przyszłość i jego samego, i całej Białorusi.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama