Reklama

Reklama

Strażnik graniczny o sytuacji w Hrebennem: Widać dzieci podróżujące same

​- Wczoraj mieliśmy sytuację, gdy pod granicę autokarem przyjechał samotny, 12-letni chłopiec. Najpewniej chciał dołączyć do rodziców pracujących w Polsce. Pytany, z kim podróżuje, odparł, że z ciocią. A to kobieta, którą poznał w drodze i "została jego opiekunem". Inaczej o jego losie rozstrzygałby sąd - opowiada Interii jeden ze strażników granicznych pracujących na przejściu w Hrebennem (woj. lubelskie).

Co kilkadziesiąt minut na polską stronę wjeżdża tam ukraiński autobus przywożący odprawionych uchodźców. Przeważnie matki z małymi dziećmi.

Główna droga do przejścia granicznego w Hrebennem jest zamknięta dla ruchu osobowego, może nią przejechać tylko konwój z pomocą humanitarną. Policja kieruje ruch na boczną drogę dojazdową wzdłuż której po obu stronach stoi kilkaset samochodów osobowych i busów z całej Polski czekających na uchodźców z Ukrainy, których zabierają do domów lub punktów recepcyjnych. Dojście do samego przejścia granicznego jest zablokowane przez policję, nie można też wchodzić na środek jezdni. Nie ma kolejki do granicy na kierunku wyjazdowym z Polski, ale na wjazd czeka się od trzech do pięciu dni.

Reklama

Przed przejściem granicznym, około 50 metrów przed szlabanami, rozpalone są ogniska, leżą porąbane drewna, koce. Rozstawiony jest namiot z pomocą medyczną i namiot z jedzeniem, gdzie można dostać zupę, kawę, herbatę, ciasto. Obok działa kuchnia polowa. Dla dzieci przygotowane są musy owocowe, słoiczki z jedzeniem, chrupki.

Wojna w Ukrainie. Strażnik: Inaczej było w czwartek, inaczej dziś

Mirosław (imię zmienione) od kilkunastu lat strzeże polskiej granicy właśnie tam.

- Sytuacja cały czas zmienia się. Inaczej było w czwartek, inaczej teraz. Pierwszego i drugiego dnia wojny do Polski docierali własnymi, nowymi samochodami, bogatsi Ukraińcy. Z każdą kolejną dobą autokarami, pieszo (w Hrebennem nie ma przejścia kolejowego - red.), również autami przybywają osoby z dalszych regionów.

Większość z nich mówi, że jedzie do rodziny, znajomych. Jeśli ktoś nie ma zapewnionego miejsca pobytu w Polsce, musi udać się do najbliższego punktu recepcyjnego. Tam może m.in. odpocząć, zjeść, skorzystać z pomocy medycznej i psychologicznej, wypełnić dokumenty uprawniające do pobytu lub uzyskać skierowanie do jednego z ośrodków dla osób uciekających z Ukrainy czy zdobyć informacje o możliwym transporcie do innych polskich miast.

Najbliżej z Hrebennego jest do punktu w Lubyczy Królewskiej.

Do przekroczenia granicy wystarczy mieć paszport, wizę, zezwolenie na pobyt lub wypełnić wniosek o udzielenie ochrony międzynarodowej. Zdecydowana większość, choć nie wszyscy, mają przy sobie jednak dokumenty.

- Często problem jest z dziećmi. Ich matki pokazują wtedy choćby ich akt urodzenia. Jeśli ktoś nie ma nic, odnotowujemy ich w systemie na podstawie oświadczenia ustnego. Musimy wiedzieć, ile osób wjeżdża do kraju - mówi strażnik.

Rasizm na granicy? "Ktoś może chcieć wykorzystać fakt wojny"

Nie każdy przekraczający granicę to Ukrainiec. W sieci pojawiły się informacje o rzekomym rasizmie wśród funkcjonariuszy SG. Zaprzeczała temu rzeczniczka Anna Michalska.

- Wiele osób, które widzimy to nie Ukraińcy, a obywatele m.in. Iranu, Pakistanu, Afganistanu. Nie wszyscy mają złe intencje, nie można wrzucać ich do jednego worka. Zresztą w Ukrainie jest dużo studentów obcych narodowości. Jednak potrafimy rozpoznać, jak zachowują się ci korzystający z faktu wojny i łatwiejszego wejścia na teren UE, a jak ci będący w tym kraju z racji nauki. Sami Ukraińcy skarżyli się na cudzoziemców utrudniających im i dzieciom wejście do autobusu zmierzającego do Polski. My w Hrebennem raz rozdzieliliśmy kobiety i dzieci oraz mężczyzn obcokrajowców pomiędzy dwa autokary. Gdy ci drudzy znaleźli się pod punktem recepcyjnym, kazali jechać kierowcy dalej, do Warszawy. Nie chcieli wysiąść. Przyjechała policja i dopiero wtedy opuścili pojazd - opowiada Mirosław.

Ukraińcy przekraczający granice pytają często o drogę i najbliższą stację paliw. - Wszyscy dziękują, że Polska ich przyjmuje. Oddychają z ulgą, bo są już bezpieczni. My z kolei wyjaśniamy im, gdzie mogą odpocząć i zjeść.

Nasz rozmówca przytacza sytuacje związaną z przekraczaniem granicy przez nieletnich.

- Wczoraj mieliśmy sytuację, gdy pod granicę autokarem przyjechał samotny, 12-letni chłopiec. Najpewniej chciał dołączyć do rodziców pracujących w Polsce. Widać trend, gdzie mama z tatą wyjechali "za chlebem" jakiś czas temu, a dzieci zostały z dziadkami. Pytany, z kim podróżuje, odparł, że z ciocią. A to kobieta, którą poznał w drodze i "została jego opiekunem". Inaczej o jego losie rozstrzygałby sąd.

Strażnicy z Hrebennego od pierwszego dnia pomagają nie tylko przekroczyć przejście. Przekazywali potrzebne rzeczy do punktów recepcyjnych a pierwszego dnia wojny oddawali przyjezdnym własne kanapki, ciastka, wodę.

- Jesteśmy ludźmi, porusza nas ta sytuacja. Rozdzielane rodziny, płaczące dzieci z małymi plecaczkami. Niektórzy mają ze sobą zwierzęta - głównie psy, koty, ale widziałem też świnkę morską. Wszyscy są koszmarnie zmęczeni i zziębnięci po podróży. Jak można byłoby pozostać obojętnym? Sporo - na szczęście - robi gmina. Skala wsparcia jest duża, choć - mam wrażenie - nie wszyscy w Ukrainie o tym jeszcze wiedzą. Z relacji, jakie otrzymujemy od przyjeżdżających z głębi tego kraju wynika, że biedniejsi nie chcą wyjeżdżać, bo myślą, że muszą mieć dużo pieniędzy. Nie są świadomi bezpłatnej pomocy, ofert mieszkań, pracy, transportu.

Jak rozsądnie i mądrze pomagać?

- W punkcie recepcyjnym w Lubyczy Królewskiej brakowało koców i środków higieny, majtek, skarpet, ładowarek. Warto pytać, czego potrzeba.

Według strażnika każdy przekraczający granice powinien dostawać również ulotki w języku ukraińskim z informacjami o możliwej pomocy i numerami telefonów.

Sutenerzy na granicy? Adwokat: Zrób zdjęcie rejestracji pojazdu, do którego wsiadasz

Na granicę ruszyli też adwokaci. Udzielają oni bezpłatnej pomocy prawnej wszystkim potrzebującym. Dotarliśmy do jednego z nich.

- O co pytają? O pracę, mieszkania, możliwość wyjazdu do innych państw, staranie o status uchodźcy, zapomogi, edukację dla dzieci, nocowanie w punktach recepcyjnych. Boją się, czy z kraju "nie wygonią" ich nasze służby - wyjaśnia Interii Maciej pomagający w punkcie recepcyjnym w Lubyczy Królewskiej.

Pytamy też o przypadki sutenerów na granicy. Mają oni namawiać lub wręcz nagabywać Ukrainki do korzystania z pomocy (podwiezienia czy noclegu). Podkarpacka policja podała, że weryfikuje takie sygnały, ale - póki co - żaden nie znalazł potwierdzenia.

CZYTAJ TEŻ: Sygnały o napaściach na granicy. "Nie panikować, ale uważać"

- Pamiętajmy o tym, jak duża panuje dezinformacja. Ale faktem jest, że takie sytuacje (jak ta na granicy) przyciągają przestępców. Warto zachować czujność. Zalecałem i dalej zalecam zrobienie zdjęcia tablicy rejestracyjnej pojazdu, do którego się wsiada oraz poinformowanie o tym najbliższej rodziny czy znajomych z Polski.

Adwokat podkreśla też, żeby na bieżąco sprawdzać przepisy związane m.in. z ubieganiem się o status uchodźcy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy