Reklama

Reklama

Ryzyko katastrofy nuklearnej. Jak groźna jest sytuacja w Zaporożu?

- Cudem nie wybuchła - tak o ostrzale na terenie Elektrowni Atomowej w Zaporożu kontrolowanej przez Rosjan mówi doradca prezydenta Ukrainy Mychajło Podolak. Atak spowodował uszkodzenia, a niezależni specjaliście nie mogą ocenić związanych z nimi zagrożeń. Czy jest się czego bać?

Na ile niebezpieczna jest sytuacja w związku z atakiem na elektrownię atomową w Zaporożu? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć autor artykułu w "The Guardian". 

Zaporoska elektrownia atomowa jest największą tego typu w Europie.  Ma sześć reaktorów, które są w stanie wytwarzać energię nawet dla 4 mln gospodarstw domowych. Obiekt ma ogromne znaczenie strategiczne zarówno dla sił rosyjskich, jak i ukraińskich. Aktualnie jest kontrolowany przez Rosjan, którzy korzystają z ukraińskich pracowników.

Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej alarmowała, że nie ma kontaktu z personelem elektrowni. 

Reklama

Sekretarz stanu USA Antony Blinken oskarżył Rosjan o używanie elektrowni jako "tarczy nuklearnej". - Ukraińcy nie mogą strzelać, żeby nie doszło do strasznego wypadku - powiedział. Rosjanie wykorzystali tę przewagę, zajmując tereny położone w pobliżu elektrowni.

Zaporoże. Enerhoatom: Doszło do uszkodzenia stacji 

W piątek rosyjskie wojska dwukrotnie zaatakowały teren Zaporoskiej Elektrowni Atomowej. Jak powiadomił ukraiński koncern Enerhoatom, doszło do uszkodzenia stacji azotowo-tlenowej, co grozi ryzykiem wycieku wodoru i uwolnienia do atmosfery substancji promieniotwórczych. Jeden z bloków energetycznych jest odłączony od systemu.

Jak czytamy w "The Guardian", na razie nie jest jasne, jak bardzo niebezpieczny był ostatni incydent, ponieważ niezależni specjaliście nie mają dostępu do elektrowni, a jedynym źródłem informacji na ten temat jest strona ukraińska. 

Wcześniej ukraiński wywiad informował, że Rosjanie zaminowali obiekt. Jednak jak przypomina autor artykułu, celowa detonacja w Zaporożu byłaby katastrofalna w skutkach nie tylko dla Ukrainy, ale także dla południowej części Rosji. Dlatego można przypuszczać, że Rosja dopuszcza się jedynie "nuklearnego szantażu".

Same reaktory są bardzo dobrze zabezpieczone - mogą wytrzymać silne uderzenie, np. samolotu pasażerskiego. Co innego budynki, gdzie przechowywane jest zużyte paliwo. Tutaj ryzyko uszkodzenia i ewentualnego wycieku promieniotwórczych substancji jest o wiele bardziej prawdopodobne. 

Szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA) Rafael Grossi określił trwający kryzys nadzoru nad bezpieczeństwem w elektrowni jako zagrożenie dla zdrowia publicznego a także środowiska w Ukrainie i daleko poza jej granicami.

- Ostrzał unaocznił realne ryzyko katastrofy nuklearnej - powiedział Grossi. Zaapelował do wszystkich stron konfliktu o "maksymalną powściągliwość". 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy