Reklama

Reklama

Putin sięgnie po rezerwy z Białorusi? "Stała rosyjska taktyka straszenia"

Patrząc na wewnętrzną politykę Łukaszenki, podkreślanie bezpośredniego zagrożenia ze strony NATO pozwala mu zarządzać państwem w warunkach nieformalnego stanu wojennego. A tymczasem ruchy militarne są zaskakujące. To nie z Rosji na Białoruś jedzie sprzęt wojskowy, a odwrotnie - mówi w rozmowie z Interią analityk z Ośrodka Studiów Wschodnich Piotr Żochowski. Pytany, czy Władimir Putin powtórzy mobilizację również na sterowanej przez siebie Białorusi, zwraca uwagę, że w tym kraju już trwają nieoficjalne zabiegi mobilizacyjne.

Krystyna Opozda, Interia: Łukaszenka przyznaje, że bierze udział w "operacji specjalnej" i buduje rosyjsko-białoruskie oddziały. Po siedmiu miesiącach otwarcie staje się częścią wojennej machiny. Moment jest przypadkowy?

Piotr Żochowski, analityk z Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW): - To jest głównie gest polityczny. Łukaszenka manifestuje swoją sojuszniczą postawę wobec Rosji, ale również wspiera kremlowską wojnę psychologiczną z Zachodem. Zgodnie ze słowami Łukaszenki oraz przedstawicieli armii i aparatu bezpieczeństwa, rzekomo rośnie zagrożenie agresją ze strony NATO. Taka narracja wspiera rosyjską dezinformację, która chce przedstawić jako prawdziwą tezę, że wojna na Ukrainie jest de facto wojną z NATO i USA.

Reklama

Kolejne kroki w tej współpracy będą więc tylko pozorowane?

- Regionalne Zgrupowanie Wojsk Rosji i Białorusi istnieje od 1998 roku. Teraz jedyny znak zapytania pojawia się w kwestii tego, w jaki sposób zostanie ono rozwinięte i jakie siły rosyjskie wejdą na terytorium Białorusi.

Łukaszenka zapowiedział, że podstawą zgrupowania będzie armia Białorusi, a nie Rosji. Dokładną skalę dopiero jednak poznamy.

- Łukaszenka zastrzega, że na Białoruś nie przyjedzie zbyt wielu rosyjskich żołnierzy, ale jest to kolejne potwierdzenie, że Białoruś czynnie wspiera rosyjską agresję na Ukrainę. Od początku wojny Białoruś udziela Rosji pomocy, będąc platformą militarną do prowadzenia ataków rakietowych i powietrznych. Otwarta pozostaje kwestia czy białoruska armia weźmie czynny udział w walkach. Trudno prorokować, ale zapewne Łukaszenka będzie chciał tego uniknąć. Sami Ukraińcy też informują, że obecnie nie widać oznak organizowania zgrupowania lądowego po stronie białoruskiej.

"Ukrainska Prawda" twierdzi, że siły z Białorusi mają być użyte do zakleszczenia Ukraińców pod Kijowem. Efektem będzie powrót wojny do centralnej części Ukrainy. Przypominają się pierwsze dni wojny i atak na Kijów właśnie od strony Białorusi.

- Nie wykluczam, że gdyby Rosjanie powtórzyli scenariusz uderzenia z Białorusi, to mogą ewentualnie wykorzystać niektóre jednostki białoruskie. Głównie jednostki powietrzno-desantowe, które są bardzo dobrze zintegrowane z rosyjskimi odpowiednikami. To jednak nie jest cała białoruska armia. Nie jest ważne, ile żołnierze Łukaszenki mają jednostek i jak są wyposażeni, ale to, że ich użycie na Ukrainie byłoby ryzykowne. Dla przeciętnego Białorusina wojna z Ukrainą jest bezsensowna.

Sami Ukraińcy też nie dowierzają, że białoruscy żołnierze mogliby czynnie dołączyć do wojny na ich terytorium. Ale faktem jest, że sytuacja przy granicy ukraińsko-białoruskiej jest coraz trudniejsza. 

- Białoruś od miesięcy jest w stanie niewypowiedzianej wojny, wzrasta rola organizacji wojskowej w tym kraju. Armia białoruska od kwietnia ciągle ćwiczy na poligonach, ogłaszane są niezapowiadane sprawdziany gotowości, według wywiadu ukraińskiego sześć batalionowych grup taktycznych na stałe jest rozmieszczonych przy południowej granicy. Nie jest wykluczone, że po uzgodnieniach Łukaszenki i Putina na Białorusi pojawią się kolejne rosyjskie jednostki rakietowe, czy sił powietrznych. Czy powstanie rosyjsko-białoruskie zgrupowanie uderzeniowe? Rosja ma duże problemy organizacyjne, wciąż trwa tam mobilizacja, więc moim zdaniem, Rosji i Białorusi nie uda się w najbliższym czasie utworzyć zgrupowania sił lądowych, mogących uderzyć na Ukrainę.

Niemniej jednak napięcie na tym kierunku powoduje, że Ukraińcy muszą odwrócić wzrok od wschodniej granicy i teraz intensywniej zerkać też na północ.

- Oczywiście, to wiąże siły ukraińskie przy granicy z Białorusią, która stała się wrogim państwem, gdzie są rozmieszczane dodatkowe jednostki i sprzęt wojskowy. Jednak to ma też inny wymiar - antyzachodni. Łukaszenka pozycjonuje się jako przywódca, który uczestniczy w obronie Rosji i jest gwarantem jej bezpieczeństwa, bo jego armia stoi na granicy z państwami NATO.

Opłaci mu się taka polityka?

- Patrząc na wewnętrzną politykę kraju, podkreślanie bezpośredniego zagrożenia ze strony NATO pozwala mu zarządzać państwem w warunkach nieformalnego stanu wojennego. Uzasadnia trwające represje wobec niepokornych czy krytycznie nastawionych do reżimu obywateli.

Ludzie mają się bać.

- A tymczasem ruchy militarne są zaskakujące. To nie z Rosji na Białoruś jedzie sprzęt wojskowy, a odwrotnie. Rosjanie zaczynają wywozić z Białorusi składowaną tam amunicję i sprzęt wojskowy, m.in. media obiegła informacja podana przez Sztab Generalny Ukrainy, że pierwsza partia licząca 20 czołgów T-72 została skierowana do obwodu biełgorodzkiego w Rosji.

Białoruś pozostaje wciąż jednak zapleczem do ewentualnego pozyskania nowego "mięsa armatniego". Putin sięgnie po mobilizację Białorusinów, tak jak to zrobił z Rosjanami?

- Jeżeli Putin stwierdzi, że trzeba coś zrobić w tym zakresie, to Łukaszenka będzie musiał zastosować się do tej decyzji. Białoruskie władze konsekwentnie zaprzeczają, że mobilizacja w kraju jest w ogóle brana pod uwagę. Jest jednak jeden niuans. Łukaszenka polecił wojskowym, aby przeprowadzili kontrolę systemu mobilizacyjnego, uzasadniając, że istnieje konieczność uniknięcia problemów, które wystąpiły w Rosji. Oprócz tego, na Białorusi cały czas trwa powoływanie rezerwistów na trwające od 25 do 30 dni ćwiczenia poligonowe. Można to uznać za pewne zabiegi mobilizacyjne, bez oficjalnego ogłoszenia mobilizacji.

Jeśli po ogłoszeniu mobilizacji w Rosji widzieliśmy przejawy sprzeciwu i masowe ucieczki z kraju, to tym bardziej zobaczymy je i na Białorusi.

- Białorusini nie widzą uzasadnienia, aby walczyć ramię w ramię z Rosjanami na Ukrainie. Decyzją o rozwinięciu wspólnego zgrupowania Putin odwraca na chwilę uwagę od swoich niepowodzeń na froncie. Skupienie uwagi na Białorusi pozwala rosyjskiej propagandzie wskazywać, że Rosja nadal ma inicjatywę pozwalającą stworzyć nowe zagrożenia dla Ukrainy. To jest stała taktyka straszenia powtarzana w Rosji: "My ciągle jesteśmy potężni i coś możemy zrobić".

Przed tygodniem "DGP", powołując się na białoruskich analityków, wskazywał, że Putin ma plan "b", obejmujący Białoruś. Jeśli widmo przegranej w Ukrainie będzie coraz wyraźniejsze, to ogłosi wielki sukces w postaci zjednoczenia Rosji i Białorusi. To realne?

- To jest scenariusz, który byłby Putinowi zupełnie niepotrzebny. Branie na barki słabnącej rosyjskiej gospodarki balastu w postaci gospodarki białoruskiej, to w obecnej sytuacji, w dobie sankcji, zerowy zysk. Gdzie tu więc sukces? Poza tym, nie wyczuwam, żeby w Rosji zostało to odebrane jako zdobycz. Rzekomy zastępczy plan integracji ziem rosyjskich jest społeczeństwu rosyjskiemu raczej obojętny. I tak Białoruś jest ciągle w objęciach Moskwy, pod względem wojskowym to już jest Rosja, więc co miałaby dać taka "integracja"?

A spekulacji przybywa. Włącznie z takimi, że Putin miał grozić Łukaszence - przyłączenie do wojny albo śmierć.

- Sensacji zamieszczanych w mediach społecznościowych jest bardzo dużo. Każdego dnia pojawiają się kolejne rewelacje, które bardzo trudno zweryfikować. Widzimy opinie, narracje, które pożyją dzień lub nawet tydzień i znikają. Nie ulegajmy temu, bo to prowadzi do propagowania dezinformacji. Teza "Putin chce zabić Łukaszenkę" jest bardzo atrakcyjna, ale patrząc na stan relacji między Mińskiem a Moskwą, jest trudna do obrony.

Wizja wzajemnie skaczących sobie do gardeł despotów to tylko mrzonka.

- Przez lata, jeszcze na długo przed wojną, sprawa relacji rosyjsko-białoruskich i integracji państw, była na topie. Wojna odsunęła tę sprawę. To jest taki układ, że Łukaszenka prosi o pieniądze, trochę dostanie, ale z drugiej strony oddaje Białoruś rosyjskiej armii. Wchodząc otwarcie do wojny właściwie zamknął sobie wszelkie drogi negocjacji z Zachodem. Jeszcze kilka lat temu udawało mu się prowadzić politykę balansowania między Rosją a Zachodem, ale już później coraz trudniej mu to przychodziło. Teraz jest izolowany, nie ma innego wyjścia, może tylko stać przy Putinie.

Od protestów po sfałszowanych wyborach w 2020 roku Łukaszenka praktycznie stał się niewidzialny dla Zachodu. Wywołanie kryzysu na granicy polsko-białoruskiej w 2021 roku i pomoc Rosji w wojnie z Ukrainą już całkiem zaostrzyły te relacje.

- Uzgadniając z Putinem rozwiniecie białorusko-rosyjskich oddziałów, Łukaszenka zadeklarował, że to odpowiedź na pogarszanie się sytuacji na granicach państwa związkowego, więc nie chodzi tylko o granicę z Ukrainą, ale również o granicę zachodnią i północną - czyli granicę z Zachodem, z Unią, z NATO.

To sygnał również dla Polski i Litwy, że scenariusz z listopada zeszłego roku może się powtórzyć? Kolejny kryzys migracyjny przy granicy?

- Sytuacja na polsko-białoruskiej granicy jest nadal napięta. Wystarczy śledzić komunikaty Straży Granicznej potwierdzające, że skala przypadków nielegalnego przekroczenia granicy rośnie. Jest to stałe wyzwanie dla naszego bezpieczeństwa. Warto zwrócić uwagę, z jakich krajów przybywają osoby usiłujące się przedostać na Zachód - to w dużej mierze państwa afrykańskie. Wiadomo, że osoby te przedostają się na Białoruś przez Rosję. Wojna wywołana na Ukrainie przyćmiła ten problem, który jesienią ubiegłego roku był dla nas tak dotkliwy, ale zagrożenie ze strony Białorusi destabilizującej sytuację na granicy jest stałe. Nie możemy wykluczyć, że to znów zostanie wykorzystane w większej skali.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy