Reklama

Reklama

Putin i Orban. "Rosja może szantażować Węgry"

Rosyjska wojna w Ukrainie nie zmieniła nic w bliskich stosunkach premiera Węgier z reżimem Putina. Czym kieruje się Orban i jaki jest cel takiej polityki rządu Węgier? Na pytania odpowiada politolog Andras Racz, jeden z czołowych węgierskich ekspertów do spraw Rosji i stosunków rosyjsko-węgierskich.

W ciągu ostatniej dekady żaden szef rządu kraju Unii Europejskiej nie nawiązał tak bliskich więzi z Rosją i jej prezydentem, jak premier Węgier. Viktor Orban, od czasu objęcia rządów w 2010 roku, spotykał się osobiście z Putinem prawie co roku. Ostatni raz odwiedził go w Moskwie na początku lutego bieżącego roku, na trzy tygodnie przed rosyjskim atakiem na Ukrainę. Orban nazwał to "misją pokojową". Jednak do dziś nie wiadomo, co konkretnie wówczas "wynegocjował".

Po inwazji Rosji na Ukrainę władze w Budapeszcie początkowo zaniemówiły. Orban i członkowie węgierskiego rządu unikają nadal jednoznacznego potępienia tej wojny i nazwania działań Moskwy agresją. Wprawdzie premier Węgier zrobił to później, ale tonem sugerującym wykonywanie uciążliwego obowiązku. Z drugiej strony, Orban nieustannie powtarza, że jego kraj nie chce angażować się w wojnę, a także podkreśla, że unijne sankcje wobec Rosji to błąd.

Reklama

Głównym celem tej polityki jest przede wszystkim zabezpieczenie rosyjskich dostaw energii na Węgry. Budapeszt jest bardzo uzależniony od rosyjskiego gazu i ropy, a także energii jądrowej. Elektrownia atomowa w Paks, która czterema reaktorami pokrywa 50 procent zapotrzebowania Węgier na energię elektryczną, opiera się na sowieckiej lub rosyjskiej technologii i rosyjskim paliwie jądrowym. Planowana jest budowa kolejnych dwóch reaktorów, również pod zwierzchnictwem Rosji.

Sympatia do reżimu Putina

Viktor Orban wielokrotnie, także pomijając względy ekonomiczne, okazywał polityczną sympatię dla systemu Putina, i to w stopniu, w jakim żaden inny przywódca państwa UE nigdy tego nie zrobił. Jednocześnie Węgry tolerują na swoim terytorium działania Rosji i jej obywateli, co w innych krajach UE byłoby niemożliwe. W 2016 roku ujawniono, że oficerowie rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU od lat szkolą węgierskich prawicowych ekstremistów w zakresie posługiwania się bronią. Międzynarodowy Bank Inwestycyjny (IIB), znany jako "bank szpiegowski" i blisko związany z Kremlem, nie musiał po wybuchu wojny w Ukrainie opuścić swojej siedziby w Budapeszcie.

W ubiegłym tygodniu dziennikarze śledczy ujawnili, że syn szefa rosyjskiego wywiadu zagranicznego SWR, Siergieja Naryszkina, mieszka w Budapeszcie w luksusowym apartamencie, który jest najprawdopodobniej własnością firmy powiązanej z szefem gabinetu Orbana, Antalem Roganem. Od dawna wiadomo było, że syn Naryszkina, Andriej, posiada stałe prawo pobytu na Węgrzech.

Politolog: Węgry są bardzo uzależnione od Rosji

Deutsche Welle rozmawia na ten temat z politologiem Andrasem Raczem, który jest uważany za jednego z czołowych węgierskich ekspertów do spraw Rosji i stosunków rosyjsko-węgierskich.

DW: Jak Pan ocenia najnowsze doniesienia na temat warunków życia w Budapeszcie syna szefa rosyjskiego wywiadu zagranicznego?

Andras Racz: - Bezpośredni związek między węgierskim urzędnikiem państwowym a synem szefa rosyjskiego wywiadu zagranicznego uważam za rzecz niepokojącą. Równie niepokojące jest to, że synowi Naryszkina nie cofnięto zezwolenia na pobyt po tym, jak podczas kontroli przeprowadzonej przez węgierskie władze uznano go za zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Odwołał się od tego do sądu i nadal korzysta z prawa pobytu na Węgrzech. Taki proces może ciągnąć się latami. A to może oznaczać dwie rzeczy: albo państwo węgierskie nie jest w stanie wydalić ludzi, którzy stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, albo dla syna Naryszkina zrobiono wyjątek.

O co chodzi w tej sprawie? Czy węgierski rząd potrzebuje bezpośredniej łączności z rosyjskim wywiadem zagranicznym?

- Nie jestem w stanie tego ocenić. Wydaje mi się jednak jasne, że Węgry, jako jedyny członek UE, są bardzo pobłażliwe dla rosyjskich służb specjalnych. Węgry to jedyny kraj Unii, który nie wydalił rosyjskich dyplomatów od momentu ataku na Ukrainę w lutym tego roku. Wręcz przeciwnie, od tego czasu ich liczba nawet wzrosła. Według węgierskiego MSZ w Budapeszcie przebywało zwykle od 45 do 48 rosyjskich dyplomatów, obecnie jest ich 56.

Jaki jest cel takiej polityki rządu Węgier?

- O wielu rzeczach można tylko spekulować, ale z całą pewnością chodzi o bezpieczeństwo energetyczne, Węgry są bardzo uzależnione pod tym względem od Rosji. Przez ostatnie osiem lat, a więc od kiedy Rosja po raz pierwszy zaatakowała Ukrainę, Węgry nie dokonały dywersyfikacji swoich źródeł energii, co teraz bardzo się mści. Najważniejszym interesem Budapesztu jest to, aby Gazprom nie zastopował dostaw na Węgry. Gdyby tak się stało, kraj stanąłby w obliczu katastrofy gospodarczej. Dlatego właśnie Węgry starają się obecnie unikać wszystkiego, co mogłoby zirytować Rosję.

Czy dostrzega pan dążenia rządu Orbana do uwolnienia się od uzależnienia energetycznego od Rosji? Jak ogólnie ocenia pan stosunki węgiersko-rosyjskie?

- Podejmowane są bardzo ostrożne próby dywersyfikacji, w tym także gazu ziemnego. Ogólnie jednak wydaje mi się, że zależność Węgier od Rosji nieustannie wzrasta, a pole manewru Węgier zmniejsza się. Jak dotąd Węgry zatwierdziły wszystkie unijne sankcje wobec Rosji, z jednym wyjątkiem: sprawą patriarchy Cyryla. Obawiam się, że rosyjskie naciski na Węgry wzrosną do tego stopnia, że Budapeszt będzie zmuszony do głosowania przeciwko niektórym sankcjom UE lub do zawetowania ich przedłużenia.

Jednak Węgry wynegocjowały zwolnienie z unijnych sankcji za dostawy gazu i ropy.

- Tak, taki krok jest ze strony Węgier całkowicie oczywisty i raczej zrozumiały. Ale są też irracjonalne, niewytłumaczalne kroki podejmowane przez Węgry.

Jakie?

- Na przykład groźba zawetowania unijnych sankcji wobec patriarchy Cyryla nie była raczej uzasadniona racjonalnymi interesami Węgier. Obecnie Budapeszt opóźnia także ratyfikację przystąpienia Szwecji i Finlandii do NATO. Tutaj także nie ma racjonalnego uzasadnienia, ponieważ Węgry same są członkiem NATO, a wszystko, co wzmacnia NATO, jest również dobre dla Węgier. Mimo to rząd Węgier nie jest obecnie gotowy do wyrażenia zgody na umieszczenie tej ratyfikacji na porządku dziennym obrad Parlamentu Europejskiego. To jest korzystne tylko dla Rosji, dla nikogo innego.

Z czym to jest związane? Może z krążącymi od dawna pogłoskami, że Rosja szantażuje Orbana, ponieważ może mieć na niego coś kompromitującego, np. dowody na dotacje dla jego partii Fidesz?

- Tego nie da się udowodnić, więc niewiele na ten temat można powiedzieć. Istnieje możliwość, że Rosja szantażuje Węgry gazem ziemnym. I dlatego na krótką metę Budapeszt nie zmieni swojego stosunku do Rosji.

Czy Węgry mogą być zainteresowane rozpadem Ukrainy jako państwa, żeby odzyskać Zakarpacie, które kiedyś było częścią monarchii austro-węgierskiej?

- To jest całkowicie nierealne i niemożliwe. Militarnie, dyplomatycznie, politycznie i ekonomicznie oznaczałoby to dla Węgier totalną katastrofę. Kraj ten, jako członek UE i NATO, byłby całkowicie izolowany, nie mówiąc o tym, że Ukraina jest militarnie znacznie silniejsza od Węgier i będzie się bronić. Jeśli Orban od czasu do czasu wplata w swoje przemówienia tego typu aluzje, to są one adresowane przede wszystkim do krajowych wyborców skrajnej prawicy, a nie do świata polityki zagranicznej.

Keno Verseck, Redakcja Polska Deutsche Welle

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy