Reklama

Reklama

Polak, który walczy o Kijów. "Albo zginiemy od bomb, albo z głodu. Ale Ukrainy nie oddamy"

Kiedy wybuchła wojna, chciał wysłać żonę Ukrainkę do Polski. Odmówiła. "Albo z Tobą, albo wcale". Zostali więc oboje. Dziś przy akompaniamencie alarmów bombowych i huku wystrzałów mężczyzna opowiada, jak ramię w ramię pomaga Ukraińcom walczyć o Kijów. - Wczoraj, jak wróciłem do domu, to z przyzwyczajenia poszedłem prosto do schronu, chociaż nie było alarmu bombowego. Dopiero żona mówi: "Krzysiek, co my tu robimy, nie ma przecież nalotu". Po tych 10 dniach działamy jak automaty - relacjonuje pan Krzysztof. I apeluje do Ukraińców, którzy wyjechali. - Wracajcie, tu potrzebna jest każda para rąk - płacze.

Pan Krzysztof jest Polakiem. Od 17 lat mieszka w Kijowie. Wojna, jak większość Ukraińców, zastała go w łóżku.

- Usłyszeliśmy wybuchy, poczuliśmy wstrząsy, poderwaliśmy się. U mnie od razu była jedna myśl: wojna. I to był cios, bo kilka dni wcześniej świętowaliśmy, że Rosjanie odchodzą z Białorusi. Wszyscy myśleli, że to jest koniec tego zagrożenia. Pamiętam ten dzień. Ludzie wyszli na ulicę z flagami, wstążkami, robili taką linię przez cały Kijów, trąbili klaksonami, cieszyli się. A tu za kilka dni Rosja na nas napadła - opowiada Interii pan Krzysztof.

Reklama

Walka serca z rozumem

Pierwsze co zrobił, to wsiadł w samochód i pojechał do firmy, w której pracuje.

- Mieliśmy umowę, że jeśli coś się dzieje, to tam się spotykamy. Zawsze rano, jak jadę do pracy, to jest wielki korek w stronę Kijowa. Tego dnia jechałem sam. Gigantyczny korek, jak nigdy, był w drugą stronę. Ludzie uciekali z Kijowa. Niektórzy siedzieli w tych autach nawet w piżamach - wraca myślami do dnia agresji na Ukrainę.

Pytam, czy była pokusa, by uciec z nimi.

- Chciałem wysłać do Polski żonę. Jest Ukrainką, jesteśmy małżeństwem od 10 lat. Ale ona powiedziała, że jedzie albo ze mną, albo wcale. To co się czuje, podejmując takie decyzje, to jest jak przy skoku do wody z dużej wysokości. Skoczyć, nie skoczyć. Walka między sercem i rozumem. Rozum mówi: uciekaj, ratuj się. Serce podpowiada: ty musisz tu zostać, ty tu pracujesz, tu żyjesz, tu jesteś potrzebny - wyjaśnia pan Krzysztof.

24 lutego wygrało u niego serce.

"Albo umrzemy od bomby, albo z głodu"

Po ponad tygodniu od ataku pan Krzysztof przyznaje, że są momenty kiedy wydaje się, że mieszkańcom Kijowa "wojna nieco spowszedniała".

- W pierwszych dniach każdy wybuch, czy nawet przesunięcie mebla w domu, powodował, że człowiek od razu podskakiwał na równe nogi. Teraz niektórzy ludzie tak się przyzwyczaili do alarmów i do bombardowania, że nawet nie uciekają. Wyją syreny, a ludzie idą z psem. Pracuję w sieci supermarketów, kiedy jest alarm bombowy, mówimy ludziom, że zamykamy sklep, że chcemy żeby oni też się ukryli, a oni odpowiadają: "Albo zginiemy od bomby, albo zginiemy z głodu, ale Ukrainy nie oddamy" - mówi pan Krzysztof.

Z relacji mieszkańca Kijowa wynika jednak, że chociaż życie toczy się dalej, jest ciężko.

- Widzimy, że rakiety latają nad głowami, są wybuchy, obok mojego domu wczoraj spadł helikopter, więc to wszystko się dzieje. Drugiego dnia szedłem do pracy piechotą, nad moją głową przeleciały rakiety. To był ułamek sekundy. Widziałem jak w coś uderzyły i doszło do wybuchu. Później się okazało, że to był budynek mieszkalny. Mieliśmy instrukcję, żeby upadać na ziemię, nogami w stronę wybuchu. Ale to się dzieje tak szybko, że człowiek nawet nie zdąży o instrukcjach pomyśleć - opowiada.

I dodaje: - Ludzie są zmęczeni, chociaż to dopiero dziewiąty, dziesiąty czy jedenasty dzień? Powiem szczerze, że nawet mamy ten problem, który to już dzień. Czas się zaciera. Chociaż wczoraj rozmawialiśmy z żoną, że z drugiej strony mamy wrażenie, że ta wojna trwa już z rok - ocenia pan Krzysztof.

Przyznaje, że widać pewne zmiany.

- Od dwóch dni jest zdecydowanie więcej aut na ulicy. Trzy dni temu, jak jechałem, auta można było policzyć na palcach jednej ręki. Jak w jakimś filmie. Kilka jadących, a dookoła spalone, porzucone samochody - mówi mieszkaniec Kijowa.

"Tu każdy to człowiek-orkiestra"

Kiedy opowiada o tym, jak wygląda jego dzień, jak łączy się pracę z wojną, nie umie ukryć emocji.  

- Rano biegnę do pracy, sprawdzam obecność. Odhaczam, kto jest żywy. Sprawdzam, jakie są dostawy, jakie zaopatrzenia. W międzyczasie dostaję prośby od starszych ludzi, żeby coś im przywieźć. Pakuję towar. Rozwozimy paczki. Wieczorem kopiemy rowy, stawiamy barykady. Robimy wszystko, pracujemy na kilku frontach. My tu w tej chwili jesteśmy, jak to się mówi? Człowiek-orkiestra. Życia nie ma, jest tylko wojna - łamie mu się głos.

Co jakiś czas w tle naszej rozmowy słychać syreny albo huk strzałów w oddali.

- Takie tu życie jest. Wczoraj, jak wróciłem do domu, to z przyzwyczajenia poszliśmy z żoną do piwnicy, mamy tam taki schron, metr na dwa metry. Poszliśmy tam, chociaż nie było alarmu bombowego. W pewnym momencie żona mówi: "Krzysiek, czemu my tu siedzimy? Przecież nie ma nalotu. Chodź na górę, przewietrzymy się, bo zaraz i tak będzie alarm i będziemy tu wracać". Działamy jak automaty - dodaje.

Napięcie jest cały czas.

- Ja kolejny dzień nie jem. Ważyłem 120 kg. Nie wiem, ale czuję jakbym przez tych 10 dni schudł ze 20. Słyszy pani syrenę? Kolejny alarm bombowy. W ciągu dnia słychać ją minimum pięć razy, a czasem i dziesięć. A ja muszę pojechać zaraz do apteki, bo dostałem właśnie prośbę, żeby odebrać lekarstwa i przewieźć je do szpitala. Dramat jest z benzyną. Na szczęście mam od sąsiada auto elektryczne, ładujemy go co wieczór. Póki mamy prąd, mamy środek transportu - opowiada.

Kiedy pytam, czego teraz najbardziej im potrzeba, chwilę się zamyśla.

- Pytałem chłopaków co trzeba... - urywa. Chwilę milczy. - Każdemu z nas potrzeba jeszcze co najmniej dwóch rąk. I trochę snu. Śpimy w najlepszym razie po dwie, trzy godziny na dobę - zaczyna płakać.

Po chwili odzyskuje swoją zadaniowość.

- Potrzebne są kamizelki. Samoobrona wyszła na ulicę tak, jak stała. Kto miał jakiś tam pistolet na wróble czy na zwierzynę, to go brał. Ludzie z widłami, z kilkoma granatami rozwalają czołgi. To są gieroje - podkreśla.

"Uczymy się cieszyć z małych rzeczy"

Pan Krzysztof uspokaja, że w Kijowie jedzenie jeszcze jest. Chociaż lepiej powiedzieć, że bywa. Większość firm ma magazyny z produktami poza miastem, tam gdzie trwają walki. Puste półki nikogo już nie dziwią, a każda dostawa to jak gwiazdka z nieba. 

- Wczoraj pierwszy raz od czterech dni dostaliśmy ziemniaki, buraki i marchewki. Kierownicy sklepów pisali z podziękowaniami. Radość jest z najprostszych rzeczy, które otrzymujemy. Człowiek zaczyna cenić wszystko. Pamiętam, jak babcia mi mówiła, że w czasie wojny przesuwało się kawałeczek kiełbasy po chlebie, żeby czuć jej smak. Dziś robimy tak samo. Mówimy: lepiej mniej, bo nie wiadomo, kiedy dostaniemy kolejny kawałek - opowiada.

- Żyjemy nadzieją, że to się zaraz skończy, z drugiej strony wiem, że w Donbasie też tak myśleli. To co nam jest potrzebne, to wsparcie Europy. I nie tylko finansowe, ale sankcje na Rosję. Te duże, ale także i te małe. To jest bardzo ważne. Moralnie. Bo widzimy to wsparcie, to że jesteście z nami solidarni - płacze.

I na koniec prosi o jedną rzecz.

- Niech pani powie tym Ukraińcom, którzy uciekli z Ukrainy, żeby wrócili, żeby pomogli tutaj. Nie muszą walczyć z karabinem na linii frontu, jest bardzo dużo zadań, które można robić: gotować obiady dla wojska, przywozić jakieś rzeczy, kopać barykady. Wojsko powinno walczyć, a my musimy im robić zapotrzebowanie. Jesteście tu potrzebni. Apeluję do was, wróćcie do nas - płacze pan Krzysztof.

Za jego plecami dalej wyje syrena.

Irmina Brachacz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy