Reklama

Reklama

"Łapali ich za ręce, nachalnie oferowali pomoc". Nie wszyscy chcą pomóc uchodźcom

Razem z pierwszymi ostrzałami i uciekającymi przed wojną Ukraińcami ruszyła fala polskiej pomocy. Przy granicy pojawili się wolontariusze oferujący uchodźcom darmowy transport, zakwaterowanie. Ale okazuje się, że nie wszystkich na granicę przywiódł odruch serca. O swoich wrażeniach opowiadają nam Edyta i Krzysztof, którzy razem z grupą znajomych pojechali na granicę odebrać uchodźców. - Po tym, co zobaczyłam, przepłakałam całą noc - mówi Interii pani Edyta. - Do głowy przychodzi mi tylko jedno słowo: szmalcownicy. Nachalni, niemalże ciągnący wysiadających z pociągu za rękę do swoich aut - dodaje pan Krzysztof. Do problemu odnosi się podkarpacka policja.

Na liczącej 4 tys. osób internetowej grupie: "Polacy i Ukraińcy, jesteśmy razem" co kilka minut pojawia się oferta darmowego noclegu, transportu, nieodpłatnej pomocy medycznej dla uchodźców. Pojawiają się też ostrzeżenia przed tymi, którzy z tragedii Ukraińców chcą uczynić dochodowy interes:

"Ogłaszał, że pojedzie na Ukrainę po dzieci i kobiety. Dostaliśmy od niego wycenę. Cena promocyjna 7000 zł. Za przewóz 3 kobiet i 4 dzieci z Białej Cerkwi na granicę".

Reklama

"Pan Tomek, który się ogłasza wszędzie policzył 450 zł od osoby plus kilometrówka po Ukrainie i zwrot za paliwo. Jak potrzebowałam transportu dla 6 osób, to wyszło około 4 tys. zł i oczywiście szybko przelew".

Jedna z kobiet wrzuca screen dwuznacznej "wyceny", którą otrzymała, szukając transportu dla znajomej.

Z ustaleń Interii wynika, że są i tacy, którzy oferują transport z Lublina do Przemyśla za 300 dolarów.

Zobacz również: Sygnały o napaściach i kradzieżach na granicy. "Nie panikować, ale uważać"

Większości internautów nie mieści się w głowie, że są tacy, którzy chcą wzbogacić się na tym, co się dzieje. Ale jeszcze pół biedy, kiedy pytani o szczegóły przejazdu, podają konkretne stawki. Bo są i tacy, którzy do końca działają pod płaszczykiem chęci pomocy, a o konieczności zapłaty mówią dopiero wtedy, kiedy za pasażerami zamkną się drzwi, a bus ruszy.

"Oszuści na tym żerują"

Pani Edyta i pan Krzysztof zebrali ludzi dobrego serca z Siedlec, wynajęli autobus, zorganizowali jedzenie, zakwaterowanie, pomoc medyczną i psychologiczną i ośmioosobową grupą ruszyli na granicę. Odwiedzili cztery punkty. Kiedy przyjechał pociąg ze Lwowa, byli na dworcu w Przemyślu.

- Tam właśnie zobaczyliśmy, jak odbywa się wyłapywanie ludzi na tzw. transport. Z pociągu wysiadła jakaś kobieta, szczęśliwa z tego, że jest w Polsce, że jest bezpieczna. Natychmiast pojawiły się dwie panie. Jedna z nich złapała dziewczynę za rękę i od razu: "A gdzie ty chcesz jechać?" Tamta odpowiedziała: "Do Krakowa". "Nie ma problemu. My was możemy zawieźć. Albo do Zakopanego! Tam jest pięknie" - relacjonuje pan Krzysztof.

- Ta dziewczyna z Ukrainy chwilę wcześniej zgłaszała wolontariuszowi, który był za taśmą, trochę oddalony, że potrzebuje też noclegu. Wolontariusz widząc sytuację krzyknął: "Ty jej nie zabieraj, ty jej nie zapewnisz noclegu". A ta dalej ją ciągnie za rękę: "Chodź, pojedziesz do Krakowa". Dopiero kiedy wolontariusz krzyknął do dziewczyny: "Chodź tutaj, wracaj" to dziewczyna wróciła. Tamta kobieta do końca ciągnęła ją za rękę - opowiada pani Edyta.

Z relacji pani Edyty i pana Krzysztofa wynika, że oferująca transport kobieta nie poddała się i po chwili wróciła.

- Za moment krzyczała do następnych, że zabierze ich do Gorzowa Wielkopolskiego. Tam co i rusz ktoś mówił o tym, że oszuści zabierają przyjezdnych, okradają, zostawiają gdzieś w lesie. Ukraińcy wsiadają do busa i słyszą: "No to po 200 dolarów od łebka i jedziemy". Nawet ludzie, których udało nam się podwieźć, bo zabraliśmy grupę osób do Lublina, chcieli nam płacić za transport. My mówimy: "Nie, w życiu! Myśmy tu przyjechali, żeby wam pomóc". Uchodźcy mają takie poczucie, że żeby dalej jechać, trzeba płacić, a oszuści na tym żerują - mówi pani Edyta.

"Szarpią, ciągną za rękę. Jak ktoś chce pomóc, nie ma w sobie agresji"

Pan Krzysztof dodaje: - Myślę, że to nie tylko o oszustwa chodzi, to także kwestie, które spotykały niegdyś Polaków w Holandii czy we Włoszech, czyli werbowanie darmowych rąk do pracy albo sutenerzy, czyhający na nieświadome kobiety, uprowadzane do agencji towarzyskich. Osoba, która ma jakieś idee, chce coś zrobić dobrego, nie szarpie się z inną o to, by kogoś przejąć, nie łapie za ręce, tych którzy dopiero co wysiedli z pociągu. W takich ludziach nie ma agresji, a tu była - dodaje pan Krzysztof.

Dla obojga takie sceny były szokiem.

- Ci ludzie przyjeżdżają chronić swoje życie, a bywa, że pierwsze kogo spotykają to ktoś kto chce im zrobić krzywdę. To jest obrzydliwe. Myśmy całą drogę płakali. To co żeśmy zobaczyli, to się w głowie nie mieści. 70 lat temu mieliśmy szmalcowników i to jest dla mnie to samo. My nawet nie wiedzieliśmy jak reagować do końca, bo nikt nie chciał wdawać się w jakąś szarpaninę - pani Edyta nie kryje oburzenia.  

Policja: "Docierają do nas sygnały o obecności w pobliżu granicy sutenerów. Zgłoszeń brak"

O sprawę pytamy podkarpacką policję. Funkcjonariusze uspokajają. 

- Docierają do nas informacje o rzekomej obecności w pobliżu granicy osób zajmujących się sutenerstwem, ale żaden taki sygnał nie został potwierdzony. Do podkarpackiej policji nie wpłynęło żadne zgłoszenie o przestępstwie tego rodzaju. Niemniej jednak ta kwestia również pozostaje w naszym zainteresowaniu, każdy taki sygnał będzie sprawdzany. Do służby przy granicy, w punktach recepcyjnych, kierujemy nie tylko patrole umundurowane, ale również funkcjonariuszy pionu kryminalnego. Ich zadaniem jest zapewnienie bezpieczeństwa osobom, które w Polsce szukają pomocy i zapobieganie, aby nie padli ofiarą przestępstw, np. kradzieży, oszustwa czy właśnie związanych z handlem ludźmi - informuje Interię podinsp. Marta Tabasz-Rygiel, rzecznik prasowy Komendanta Wojewódzkiego Policji w Rzeszowie.

W sieci pojawiają się ostrzeżenia dotyczące wszystkich tych, którzy chcą uchodźców skrzywdzić. Prawnicy podkreślają, że wyłudzanie od uchodźców opłaty za transport to nie tylko zachowanie haniebne, ale przede wszystkim przestępstwo. 

Autorem postu jest dr hab. Mikołaj Małecki z Uniwersytetu Jagielońskiego, prezes Krakowskiego Instytutu Prawa Karnego. 

- Otrzymałem kilka sygnałów od różnych osób, że takie sytuacje się zdarzają. Może to polegać na wprowadzeniu w błąd uchodźców, że ktoś chce im udzielić pomocy humanitarnej i po prostu przewieźć ich w głąb Polski. A potem okazuje się, że nie jest to bezinteresowne. Wpis, który zamieściłem na Dogmatach Karnisty, został już przetłumaczony na język ukraiński i z tego co wiem jest udostępniany na grupach pomocowych oraz bezpośrednio do osób będących na miejscu, przy granicy. To forma ostrzeżenia - tłumaczy dr Mikołaj Małecki. 

I dodaje: - Nie wyobrażam sobie, jak komuś może w ogóle przyjść do głowy, by zarabiać na wojnie wywołanej przez Putina. Wielu z nas solidarnie ruszyło z pomocą na granicę, by z potrzeby serca wesprzeć uchodźców. Działania podyktowane chęcią zysku są po prostu niegodziwe. Ale moralna ocena takich sytuacji to jedno. Prawo karne też pozwala zwalczać taki proceder, jeśli wyłudzenie pieniędzy opiera się na wprowadzaniu w błąd, oszukiwaniu uchodźców. 

"Apelujemy do Ukraińców o rozwagę, bo czarne owce zawsze się znajdą"

Pani Wanda od poniedziałku jest na granicy w okolicach przejścia granicznego w Zosinie. Jak przyznaje, wielu Ukraińców ma świadomość, że wśród masy osób pomagających mogą znaleźć się też ci, którzy chcą ich wykorzystać.

- Wczoraj podeszły do nas młode dziewczyny, które powiedziały, że boją się jechać z mężczyznami, którzy proponują im transport. Znaleźliśmy im innego busa, jechały w większej grupie, gdzie były już mniej przerażone. Ale nie każdy przyjdzie i o swoich lękach opowie - mówi pani Wanda.

Wolontariuszka zwraca uwagę, że ci, którzy zgłaszają chęć zabrania uchodźców wypełniają krótki formularz, gdzie wpisują swoje dane.

- Tyle, że przy takiej liczbie przybywających ludzi mamy świadomość, że mogą zdarzyć się i tacy, którzy nigdzie się nie wpiszą. Osoby z punktów recepcyjnych robią co mogą, ale w rejonie samych przejść granicznych będą i tacy, którzy zapolują na nieświadome niczego dziewczyny. To ważne, żeby o takim zagrożeniu informować. Tu jest masa życzliwych ludzi, którzy po prostu chcą pomóc. Ale czarnych owiec też nie brakuje. Trzeba o tym głośno mówić - dodaje Wanda.

Głośno o potencjalnych zagrożeniach mówią także działacze lubelskiego stowarzyszenia Homo Faber. Aby ostrzec Ukrainki, od wczoraj wożą na przejścia graniczne kierowane do kobiet ulotki, z których uciekające przed wojną kobiety wyczytać będą mogły na jakie sytuacje uważać i, jeśli się zdarzą, jak na nie reagować. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy