Reklama

Reklama

Krecik śmieje się z Putina. Jak czeski Královec ośmieszył reżim na Kremlu

Nic nie uderza w dyktaturę mocniej niż śmiech. Nic nie boli autokratów bardziej niż satyra. Przekonuje się o tym właśnie Władimir Putin, który na rzecz Czech "stracił" Kaliningrad. Na razie tylko w ramach prześmiewczej akcji z mediów społecznościowych, jednak skala popularności czeskiego Královca sprawia, że z rosyjskiego despoty i jego reżimu śmieje się dzisiaj cały świat. Zniszczenie mostu Krymskiego na urodziny Putina tylko spotęgowało karykaturalność rosyjskiego przywódcy.

"Witamy na oficjalnym profilu Královca. Po zakończonym pomyślnie referendum, 97,9 proc. mieszkańców Kaliningradu zdecydowało się dołączyć do Republiki Czeskiej i przemianować Kaliningrad na Královec" - czytamy w inauguracyjnym twitterowym wpisie z 4 października.

Nie trzeba było długo czekać, żeby pomysłowi internauci, powodowani niechęcią do Rosji i reżimu Putina, wywołali trudną do zatrzymania lawinę. Královec szybko stał się hitem mediów społecznościowych, a sieć zalała fala przerobionych map, zdjęć czy spreparowanych nagłówków największych światowych mediów.

Reklama

Czeski humor

Nie dziwi, że sami Czesi bawią się setnie, jednocześnie realizując wieloletnie marzenie o dostępie do morza i wbijając szpilę za szpilą rosyjskiemu dyktatorowi (kto nie widział, powinien obejrzeć przeróbkę kultowego fragmentu "Upadku", w której Hitler dowiaduje się, że Czesi zajęli Kaliningrad).

Co ciekawe, internetową mistyfikacją ochoczo bawią się nie tylko "zwykli" użytkownicy mediów społecznościowych. Motyw czeskiego Královca chętnie podchwyciły nawet służby dyplomatyczne. Gdy we wtorek 4 października, kilka godzin po powstaniu oficjalnego profilu Královca, czeskie Ministerstwo Obrony ogłosiło na Twitterze, że wysłało Stanom Zjednoczonym wstępne zapytanie ofertowe na zakup 24 myśliwców najnowszej F-35 Lightning II, amerykańska ambasada w Pradze wymownie puściła oko do naszych południowych sąsiadów: "A nie potrzebowalibyście do tego jeszcze lotniskowca?".

Akcja nabrała takiego rozmachu, że w ciągu kilkudziesięciu godzin powstała nawet strona internetowa VisitKralovec.cz, na której możemy się przekonać, dlaczego warto odwiedzić najnowszy region Republiki Czeskiej. O zatrzęsieniu memów z Krecikiem nawet nie ma co wspominać. Trudno się dziwić, że w nieco ponad trzy doby profil Královca na Twitterze zgromadził już ponad 80 tys. obserwujących (stan na wieczór 7 października), w tym wielu znanych dziennikarzy i polityków.

Dyktator-mem

"Może powinnam rozważyć oficjalną delegację? Albo nie. Świetna robota naszych przyjaciół z Czech w demaskowaniu absurdalności rosyjskich fikcyjnych referendów w Ukrainie" - pochwaliła pomysłodawców akcji na Twitterze prezydent Słowacji Zuzana Čaputová.

Przechodząc już do kwestii zupełnie poważnych, słowacka polityczka ujęła w swoim tweecie clou sprawy. Cała inicjatywa z czeskim Královcem miała jeden, fundamentalny cel - pokazać sprzeciw wobec zdalnie sterowanych z Kremla quasi referendów w obwodach chersońskim, donieckim, ługańskim i zaporoskim, wskutek których Putin zdecydował o aneksji tych terytoriów w granice Federacji Rosyjskiej. Chodziło o wyśmianie podszytego desperacją, wynikłą z kolejnych klęsk na froncie, imperializmu Putina i jego ludzi.

Oczywiście można było to zrobić poprzez listy protestacyjne, pokojowe demonstracje, patetyczne wpisy w mediach społecznościowych albo pełne oburzenia materiały w mediach. Ale ten rodzaj reakcji po przeszło dwóch dekadach u władzy Putin zna na wylot i nie robi to już na nim żadnego wrażenia. Natomiast do tego, że cały świat śmieje się z Kremla, a on sam staje się człowiekiem-memem, Putin zdecydowanie nie przywykł. I jak każdy dyktator, przepełniony narcyzmem i przekonaniem o swojej nieomylności, nie chce oglądać takich rzeczy. Tymczasem świat śmieje się z pojawiających się jak grzyby po deszczu memów z rosyjskim autokratą. Takich jak ten, w którym Putin mówi do słuchawki "Cześć, co tam słychać u Was w Kaliningradzie?", po chwili dorzucając pełne zdziwienia: "Jakie 'Ahoj'?!".

Żarty z szefa gangu

Oczywiście od memów z Krecikiem i satyrycznego profilu na Twitterze reżim Putina nie upadnie, a wojna w Ukraine się nie zakończy. Nie miejmy złudzeń. Ale nie o to w tym chodzi. Z dyktaturami walczy się na różne sposoby, nie tylko siłowo poprzez wojskowe pucze, pałacowe przewroty czy ogólnonarodowe protesty, które obalają jeden rząd i wynoszą inny.

Putin przez 22 lata swoich rządów robił, co tylko mógł, żeby najpierw wykreować, a potem umocnić i pielęgnować wizerunek ojca narodu, nieomylnego przywódcy i mężczyzny idealnego. Przecież temu właśnie służyły propagandowe wyprawy w rosyjską dzicz, łowienie ryb, polowania czy pozowanie z dzikimi zwierzętami. Słynne memy z Putinem ujeżdżającym niedźwiedzia nie wzięły się znikąd. Ten nieskazitelny wizerunek wodza Rosjanom miały też zaszczepić organizowane na cześć Putina wiece czy koncerty, podczas których prokremlowscy artyści rozpływali się nad swoim prezydentem.

Dodając to, co Putin sam zrobił w celu umocnienia swojej władzy i ujednolicenia wizerunku - szantaże, łapówki, prześladowanie opozycji, morderstwa przeciwników politycznych, inwazje na sąsiadów - widzimy, jak wielką wagę rosyjski dyktator przywiązuje do sposobu postrzegania jego samego i jego reżimu.

Kiedy w maju zapytałem rosyjskiego socjologa prof. Grigorija Judina, jak Rosjanie, ale i współpracownicy Putina, postrzegają rosyjskiego prezydenta, mój rozmówca wskazał na jedną rzecz. Chodziło o to, że za wszystko, co Putin zrobił przez ponad 20 lat u władzy nigdy nie poniósł najmniejszej nawet kary. - Ludzie, którzy są wokół niego, mają głębokie przekonanie, że ten człowiek jest bogiem, że jest wszechmocny, że czego tylko sobie zażyczy, dostanie to - tłumaczył mi wówczas mój rozmówca.

Dzisiaj ten wszechmocny dyktator jest bezkarnie wyszydzany przez anonimowych internautów z Czech, którzy kpią z jego imperializmu, agresji wobec słabszych i klęsk na froncie. - Putin jest bardzo wyczulony na takie rzeczy - mówi w rozmowie z Interią Michał Kacewicz, dziennikarz Biełsatu oraz autor książki "Putin i spółka. Historia manipulacji". - Te żarty mogą dotrzeć do niego w jakiejś prasówce z internetu. Może za jakiś czas w którymś przemówieniu zrobić mało śmieszną aluzję - dodaje.

O tym, dlaczego wizerunek, zarówno ten osobisty, jak i całego reżimu, jest dla Putina tak ważny opowiadał w wywiadzie dla Interii Garri Kasparow. - Reżimy autorytarne, które stały się dyktaturami, zazwyczaj skupiają się wokół jednej osoby. Ta osoba musi demonstrować, że jest wielka, wspaniała, niezwyciężona. Musi to robić cały czas - stwierdził rosyjski opozycjonista, dodając, że Putin stale musi udowadniać obserwującym go swoją wartość. - Tylko w taki sposób może stale potwierdzać i umacniać swoją nieograniczoną władzę. (...) Musi cały czas pokazywać, że potrafi kierować gangiem. Ten gang musi stale widzieć w nim niepokonanego szefa - analizował Kasparow.

Rosjanie wiedzą o Královcu

Dzisiaj król, a raczej szef gangu, jest nagi. A nawet gorzej: jest śmieszny. Michał Kacewicz przyznaje, że historia czeskiego Královca dotarła już do Rosji i stała się jednym z tematów debaty publicznej. - To może się gdzieś przebić w programach publicystycznych propagandy, ale nie sądzę, żeby robili wokół tego coś więcej. Mają wystarczająco sporo tematów do podkręcania atmosfery - przyznaje, gdy pytamy go, czy czeska satyra może posłużyć Kremlowi do dalszego rozkręcenia antyzachodniej nagonki. Po chwili Kacewicz dodaje jednak: - Z drugiej strony, poziom absurdu jest u nich tak wysoki, że niewykluczone, że zaczną straszyć i polsko-czeskim rozbiorem Kaliningradu.

Nasz rozmówca nie uważa jednak, żeby żart Czechów trafił do serc i głów Rosjan. - W Rosji przestrzeń na satyrę jest ograniczona. Wielu, jeśli nie większość ludzi nie rozumie takich żartów. Traktują je tak, jak wskazuje propaganda - jako złośliwość pod adresem Rosji i Rosjan - tłumaczy dziennikarz. - Putin jest memem, ale tylko w pewnych kręgach, bardzo wąskich. Natomiast tu może zadziałać efekt pewnego sprzężenia zwrotnego, nieco innego, niż chcieliby autorzy czeskich memów - dodaje.

O co chodzi? O narastającą frustrację z powodu odczuwalnych skutków wojny w Ukrainie - zachodnich sankcji gospodarczych, spowodowanym przez nie kryzysem czy ostatnio mobilizacją armii. 

- Rosjanie nadal nie rozumieją, że ta wojna dotyczy także ich, nie rozumieją, o co świat ma do nich pretensje. Nie rozumie tego nawet wielu opozycjonistów i tzw. liberalnych Rosjan - ocenia rozmówca Interii. Na koniec dorzuca: - Dlatego uważam, że Rosjanie nie zrozumieją tych memów z Kaliningradem poza tym, że będą wściekli, że świat znowu z nich kpi.

Dla Putina to małe pocieszenie w tej całej sytuacji. Przynajmniej do momentu, aż swój gniew i frustrację Rosjanie jeszcze mocniej niż dotychczas skierują przeciwko niemu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy