Reklama

Reklama

Koszmary, obgryzanie paznokci, wyrywanie włosów, rzęs. Psycholożka o traumie wojny

- Jeżeli młodzi ludzie w takiej sytuacji mimo wszystko dają radę wychodzić z domu, chodzić do szkoły czy przychodzić co tydzień do mnie, mimo że mają myśli czy zamiary samobójcze, mimo że okaleczają się, ale nadal stoją na dwóch nogach, to mam poczucie, że to ich ogromny sukces - mówi psycholożka Marta Piegat-Kaczmarczyk. Razem z zespołem Fundacji Polskie Forum Migracyjne zapewnia pomoc psychologiczną uchodźcom z Ukrainy. Jak opowiada, zapotrzebowanie na taką pomoc jest bardzo duże. W wielu przypadkach dopiero teraz, po kilku miesiącach od przyjazdu do Polski, uchodźcy mają przestrzeń i możliwości do mówienia o swoich traumach.

W Polsce przebywa około 1 mln 120 tys. uchodźców z Ukrainy. Osób przyjechało więcej - część z nich jednak pojechała dalej, szukając dla siebie miejsca poza naszym krajem. Ci, którzy zostali, budują swoją nową rzeczywistość w warunkach trudnych, z bagażem traum i niełatwych wspomnień.

Wiele organizacji stara się im pomóc, oferując wsparcie psychologiczne. Organizują je fundacje, gabinety psychologiczne czy ośrodki interwencji kryzysowej. Od początku wojny w Ukrainy, tj. od 24 lutego tego roku, bezpłatne wsparcie psychologiczne dla uchodźców oferuje także Fundacja Polskie Forum Migracyjne.

Reklama

- Na początku wojny nasza interwencyjna linia telefoniczna pracująca w języku ukraińskim i rosyjskim była bardzo oblegana. Na przestrzeni czasu widzę, że potrzeby bardzo się zmieniają. Teraz ludzie poszukują bardziej długoterminowej formy wsparcia. My też staramy się rozpoznawać potrzeby i wspierać w usamodzielnianiu się - opowiada Aleksandra Kochanowska, psycholożka kierująca w Fundacji działem wsparcia psychologicznego.

Setki osób, tysiące godzin miesięcznie

Zespół Fundacji Polskie Forum Migracyjne pracuje z uchodźcami z Ukrainy już od wielu lat. Część z nich przyjechała do Polski w 2014 roku. Od 24 lutego tego roku natomiast powiększono zespół.

- Po 24 lutego uruchomiliśmy wsparcie kryzysowe. Zatrudniliśmy kilkanaście nowych psychologów i psycholożek, także z Ukrainy. Nasz zespół psychologiczny to w tej chwili 24 osoby, pracujemy po ukraińsku, rosyjsku, angielsku, francusku hiszpańsku oraz w innych językach, które są potrzebne do swobodnej komunikacji - opowiada Marta Piegat-Kaczmarczyk, psycholożka, terapeutka TSR, interwentka kryzysowa z Polskiego Forum Migracyjnego. Wśród osób zatrudnionych w tym roku są osoby, które przyjechały z Ukrainy, same uciekając przed wojną.

Czytaj także: "Gdy przyszli Rosjanie, byłam w domu". Psycholodzy na froncie 

Jak dodaje Aleksandra Kochanowska, najwięcej pomocy uchodźcom udziela się podczas pracy gabinetowej. Fundacja prowadzi też wsparcie grupowe, warsztaty dla nastolatków czy warsztaty dla rodziców, inspirowane warsztatami opiekuńczo-wychowawczymi.

- Przychodzą do nas setki osób, to są tysiące godzin miesięcznie - mówi Piegat-Kaczmarczyk.

Psycholodzy w punktach recepcyjnych

Psycholodzy i psycholożki Polskiego Forum Migracyjnego od początku wojny w Ukrainie pracowali także w dużych punktach recepcyjnych na Mazowszu - na Modlińskiej, w Nadarzynie i na Torwarze. W pewnym momencie podjęto decyzję o stopniowym wycofaniu się stamtąd i przeniesieniu konsultacji do gabinetów.

- Chcemy wspierać ludzi w wychodzeniu z tych hal. Mieliśmy kilka historii sukcesów, kiedy nasza pracowniczka socjalna pojechała z kimś wyrobić bilet, numer PESEL lub załatwić inną sprawę na zewnątrz hali. Wsparcie w rozeznaniu, gdzie kupić bilet, gdzie jest przystanek tramwajowy sprawia, że bariera jest mniejsza i łatwiej jest korzystać z zasobów dostępnych dla wszystkich w mieście - mówi Aleksandra Kochanowska. - Tam są cały czas osoby, szczególnie w Nadarzynie, które nie wychodzą stamtąd od miesięcy. Odległość i brak komunikacji sprawia, że tworzy się tam alternatywna rzeczywistość, ktora uniemożliwia integrację - dodaje.

Psycholożka wyjaśnia, że osoby, które miały więcej zasobów i które były w stanie się usamodzielnić, już to zrobiły. Inne osoby mają mniej możliwości do tego, żeby samodzielnie mieszkać czy pracować.

Rozmowy nie tylko o traumie

- Dopiero teraz wchodzimy w etap, że można zacząć rozpracowywać traumatyczne zdarzenia. W pierwszych miesiącach nasza praca była interwencją kryzysową, ludzie musieli zaopiekować różne podstawowe potrzeby: znaleźć mieszkanie, zadbać o bezpieczeństwo dzieci. Teraz można zacząć odpakowywać inne tematy. Ten proces na pewno będzie trwał jeszcze długo - mówi Aleksandra Kochanowska.

Za drzwiami gabinetów, w których specjaliści i specjalistki rozmawiają z osobami z Ukrainy, wbrew pozorom pojawia się tam dużo tematów powszednich, nie tylko tych dotyczących traumy wojennej. 

A dzięki rozmowom z rodzicami, specjaliści często docierają do dzieci. - Dużo dzieci przyjechało do Polski bez diagnozy albo z ukraińską diagnozą, którą trzeba powtórzyć, by otrzymały w Polsce adekwatne wsparcie - zauważa Kochanowska.

- Często, gdy pracujemy z dziećmi, okazuje się, że cała rodzina potrzebuje wsparcia. Np. mama przyjechała do Polski z czwórką dzieci i nagle stała się nie tylko matką, ale i ojcem, babcią, opiekunką. Sama musi wszystko załatwić i brakuje jej sieci wsparcia. To są osoby wyrwane ze swojego środowiska. Na miejscu, w domu miały sąsiadkę, która mogła pomóc, babcię, która zajmowała się wnukami. A tutaj są zupełnie same, jednocześnie muszą zapewnić rodzinie utrzymanie - dodaje psycholożka.

"Gdy pracujemy z rodzicem, tak naprawdę pracujemy z dwójką"

Głównie z dziećmi i młodzieżą, a także z kobietami w okresie okołoporodowym pracuje Marta Piegat-Kaczmarczyk. Najmłodsze dzieci, które trafiają do gabinetów, są w wieku przedszkolnym.

- Zawsze pracujemy z nimi i ich rodzicami, ponieważ kontakt ze wspierającym rodzicem jest kluczowy w odzyskiwaniu poczucia bezpieczeństwa. Czasem rodzice poszukują wsparcia dla młodszych dzieci, w wieku niemowlęcym. Wtedy nie pracujemy terapeutycznie z samymi dziećmi, bo kontakt z obcą osobą byłby dla maluchów tylko niepotrzebnym, dodatkowym stresem. Pracujemy więc przez rodziców, sprawdzamy z nimi, na czym polega trudność, jakie rodzice stosowali metody, co pomagało dziecku, kiedy zgłaszane objawy się zmniejszały - opowiada psycholożka.

Podczas konsultacji rodzic dostaje wiedzę o procesach regulacji i regeneracji po traumie. - Ma wzmocnione kompetencje i często sam wystarczająco dobrze wspiera swoje dziecko. Przez wspólne działania, zabawy czy proponowane przez nas aktywności następuje odbudowywanie bezpiecznej, przyjemnej relacji. W wielu wypadkach rodzice także doświadczyli trudnych wydarzeń, ucieczki, ewakuacji, bombardowania, byli w ogromnym napięciu i stresie. A dzieci odczuwają to napięcie. Gdy pracujemy z rodzicem, to tak naprawdę pracujemy z dwójką - mówi Piegat-Kaczmarczyk.

Nocne moczenie się, koszmary senne, obgryzanie paznokci, czasem niemalże do kości, wyrywanie włosów, rzęs, brwi - to tylko niektóre reakcje fizjologiczne pojawiające się u dzieci po przebytych traumach. - To odruchy, które układ nerwowy dziecka generuje po to, żeby albo dodać sobie stymulacji, albo się uspokoić - wyjaśnia psycholożka.

Wspomina też o innej często występującej reakcji - regresie umiejętności, które dziecko już miało. - Dziecko potrafiło samo zjeść, sznurować buty, założyć skarpetki - teraz nie umie, a rodzic się denerwuje - mówi. - U starszych dzieciaków dochodzą trudności w obszarze emocjonalnym. Mają problemy z powrotem do stanu spokoju, szybko się denerwują o jakiś drobiazg, trudno jest im się wyciszyć, mają dużą nadwrażliwość na bodźce, które są neutralne, ale w ich odczuciu traktowane są jako zagrażające - dodaje.

Wymienia też trudności w obszarze poznawczym. - Dzieci i młodzież w polskiej szkole mają do czynienia z obcym językiem, którego słuchanie i przetwarzanie powoduje większy wysiłek poznawczy. Dlatego czasem trudno im się skoncentrować, mają problemy z pamięcią. Szkoła to niestety w moment wychwytuje i pojawiają się trudności w opanowaniu materiału czy złe oceny, co dodatkowo stresuje dzieci i rodziców - podkreśla Piegat-Kaczmarczyk.

Samookaleczanie, myśli i zamiary samobójcze

U dzieci doświadczających traumy dochodzi też do rozregulowania funkcjonowania społecznego i kontaktu z samym lub samą sobą. - Na ile dziecko czuje się jeszcze wartościowe i uważa, że świat i ludzie też są wartościowi, a na ile ma poczucie, że straciło tak dużo, że już nic nie jest warte. Zdarza się, że u dzieci, które doświadczają w tym obszarze dużych trudności dochodzi do samookaleczania, myśli i zamiarów samobójczych. Jak dołożymy do tego typowo nastoletnie dylematy, związane ze zmieniającym się ciałem i odkrywaniem tożsamości seksualnej, czyli to, co nastolatki po prostu mają prawo przeżywać, bo są nastolatkami - to wszystko razem staje się dla nich piekielnie trudne - mówi Marta Piegat-Kaczmarczyk.

Oczywiście nie zawsze musi tak być. Niektóre dzieci przyjeżdżają z Ukrainy ze stabilnym i radzącym sobie rodzicem. Jak mówi Piegat-Kaczmarczyk, taki rodzic może być czynnikiem regulującym. Sytuacja komplikuje się, gdy rodzic sam jest w ciężkim stanie.

- Jeżeli młodzi ludzie w takiej sytuacji mimo wszystko dają radę wychodzić z domu, chodzić do szkoły, czy przychodzić co tydzień do mnie,  mimo że mają myśli czy zamiary samobójcze, mimo że okaleczają się, ale nadal stoją na dwóch nogach, to mam poczucie, że to ich ogromny sukces - przyznaje psycholożka. - Mimo że nie jest spektakularny, nic wielkiego się nie dzieje. Wysiłek, który wkładają, w to, żeby przeżyć z dnia na dzień jest gigantyczny. Jestem pełna podziwu i darzę ich ogromnym szacunkiem. Za ich nastawienie do życia w świecie, który jako dorośli marnie im urządziliśmy - dodaje.

Presja związana z językiem

Nad uchodźcami z Ukrainy ciąży duża presja. Do tego od jakiegoś czasu dochodzi presja związana z językiem - wiele osób posługuje się tylko językiem rosyjskim. - Nie można oczekiwać od osoby starszej, która nigdy nie miała kontaktu z językiem ukraińskim, że zacznie nagle mówić w tym języku. A język rosyjski postrzegany jest jako narzędzie wojenne. Dla wielu osób jest to zagrażające i triggerujące. Perspektywa każdej osoby jest ważna, a jako Fundacja staramy się wspierać wszystkie osoby, które zwracają się do nas o pomoc. Ludzie doświadczają dyskryminacji, jeżeli używają języka rosyjskiego, nawet wewnątrz rodzin - zauważa Aleksandra Kochanowska.

Psychologowie rozmawiający z uchodźcami z Ukrainy opowiadają, że ludzie często zaczynają rozmowę po ukraińsku, ale po jakimś czasie pojawia się konieczność przejścia na rosyjski. - Dla części osób ukraiński nie jest językiem, w którym myślą i wyrażają emocje - mówi psycholożka.

- Ludzie ze wschodu Ukrainy po prostu mówią tylko po rosyjsku, ale proszą, żeby uczyć ich mówić po ukraińsku. Dla nich to teraz bardzo ważne, żeby język rosyjski zniknął z ich kraju - opowiada Anna Gera, uchodźczyni ze Lwowa.

Codzienne wsparcie

Tylko część uchodźców z Ukrainy potrzebuje lub potrzebować będzie specjalnego wsparcia psychologa, terapeuty czy psychiatry. Większości osób można pomóc o wiele łatwiej. - Dużo więcej osób potrzebuje po prostu życzliwego drugiego człowieka. To też swego rodzaju działanie prewencyjne - jeżeli te osoby otrzymają wsparcie na takim zwykłym, ludzkim poziomie, mniejsze prawdopodobieństwo, że rozwiną się u nich różnego rodzaju zaburzenia psychiczne wynikające z tych traumatycznych doświadczeń - twierdzi Aleksandra Kochanowska.

- Dla mnie to jest też związane z siecią wsparcia, której osoby wyrwane ze swoich domów są pozbawione. Ważna jest pomoc sąsiedzka, pomoc prawdziwego człowieka dla drugiego prawdziwego człowieka. To jest absolutnie nieocenione - akceptacja, uważność na osoby, które mamy wokół siebie. Taka praca u podstaw na bazie tego, co my możemy dać i czego te osoby rzeczywiście potrzebują - dodaje.

Zwykłe, codzienne wsparcie oferują rozmaite inicjatywy tworzone, także oddolnie, w całym kraju. Niektóre polegają na wspólnych zajęciach dla dzieci i młodzieży, inne to grupy zainteresowań dla dorosłych. Spotkania, spacery. Wśród nich jest inicjatywa, a w zasadzie społeczność, która wytworzyła się wokół Sebastiana i Anny.

Oderwanie od codzienności

Sebastian jest z Polski, mieszka w województwie łódzkim. Anna Gera przyjechała z Lwowa pod koniec lutego tego roku, obecnie mieszka w województwie małopolskim. Razem od kilku miesięcy organizują wycieczki po całym kraju dla uchodźców z Ukrainy i Polaków. Grupa, którą Anna utworzyła na Facebooku, zrzesza ponad dziewięć tysięcy osób.

- Od ponad 20 lat zajmuję się turystyką, ale kiedy zaczęła się wojna i przyjechałam do Polski, zrobiłam eksperyment. Pomyślałam, że znajdę ludzi, 100 może 200 osób, które chciałyby jeździć ze mną w weekendy na wycieczki. W ciągu trzech miesięcy zebrała się grupa ponad dziewięć tysięcy osób. Nie oczekiwałam tego - przyznaje Anna Gera.

Jeżdżą w różne miejsca - byli w Malborku, Gdańsku, Oświęcimiu, na Śnieżce czy nad Morskim Okiem. Dokładają własne pieniądze do wyjazdów, korzystają też z pomocy znajomych i przyjaciół. Mają zaprzyjaźnionych przewoźników, oferujących im dobre ceny.

- Zazwyczaj jedziemy przez całą Polskę i zabieramy po drodze osoby z różnych miejscowości. Nie zawsze się ze sobą znają, poznają się dopiero w autobusie. Stworzyła nam się taka społeczność. Niektórzy biorą udział w wyjazdach kilkukrotnie - opowiada Sebastian.

- Po dwóch dniach wycieczki te osoby są jak rodzina, rozmawiają, razem płaczą, dzieci się do nas przytulają, nie chcą nas wypuścić - dodaje Anna Gera.

Niektóre grupy miały po kilkanaście osób. Inne nawet 50.

- Ludzie zbierają przez parę tygodni pieniądze, żeby coś zobaczyć - dodaje Gera. Mówi, że to misja łącząca ludzi. Jest bardzo wdzięczna Polakom, którzy coraz chętniej biorą udział w wycieczkach.

- Dla tych ludzi to możliwość oderwania od rzeczywistości. Chcą z nami rozmawiać przez całą noc, kobiety opowiadają mi swoje historie. Na jednej z wycieczek dzieci nazwały wszystkie maskotki imieniem "Sebastian" - mówi Gera.

Zabili jej męża, gdy była w ciąży

Sebastian opowiada o jednej z uczestniczek, której w 2014 roku Rosjanie zabili męża. Była wtedy w ciąży.

- Teraz nie wierzyła, że to się dzieje. Przez dwa tygodnie leżała w piwnicy. Potem Rosjanie zgodzili się na ich ewakuację. Było 15 autobusów, ona jechała w siódmym, do ósmego zaczęli strzelać - mówi mężczyzna.

Anna Gera opowiada o innej uczestniczce - kobiecie, która uciekła z Doniecka, gdzie pracowała na wysokim stanowisku. Teraz mieszka w Gdańsku, w kawalerce, pracuje w Żabce.

Czytaj także: Nieważne, że on się urodził w Rosji, a ja w Ukrainie

- Ja sama uciekałam przed wojną, jechałam z Lwowa przez całą dobę, 23 godziny, 35 minut. Nie było tak strasznie, jak w przypadku tych kobiet. Opowiadają, jak straciły mężów, mieszkania. To okropne. Mogą o tym opowiadać do rana. One tego potrzebują. Przynajmniej na jeden dzień oderwać się od rzeczywistości - podkreśla Gera.

To właśnie ta praca u podstaw, o której wspomina Aleksandra Kochanowska. Zapewnianie uchodźcom codziennego wsparcia, pomaganie im w odnalezieniu się w nowej rzeczywistości. Oczywiście, o ile pozwalają nam na to nasze zasoby. Kochanowska wspomina o jeszcze jednej ważnej rzeczy w tym całym procesie: 

- Moim zdaniem ważne jest, by myśleć o uchodźcach i uchodźczyniach jak o normalnych osobach, nie tylko jako o ofiarach wojny. Trudno jest budować życie z taką łatką.

Anna Nicz, anna.nicz@firma.interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama