Reklama

Reklama

Kaszą i wodą. Tak Rosjanie płacą za odgruzowywanie Mariupola

W upale za talerz kaszy i butelkę wody pracują przy odgruzowywaniu okupowanego Mariupola jego mieszkańcy. Taką dniówkę oferują im Rosjanie, bo pieniędzy dla robotników nie ma, albo są rozkradane.

"Okupacyjne (rosyjskie red.) władze zabezpieczyły środki finansowe na wynagrodzenia w wysokości 12 tys. rubli miesięcznie (ponad 900 zł red.) dla 900 osób pracujących przy rozbiórce gruzów. W rzeczywistości robotników jest trzy-cztery razy więcej. Właśnie w ten sposób kolaboracyjna administracja miasta, kierowana przez Kostiantyna Iwaszczenkę, stara się przekonać swoich rosyjskich mocodawców, że potrafi zarządzać" - napisał o dramacie mieszkańców Mariupola na Telegramie Petro Andriuszczenko, doradca mera miasta.

Jak dodał samorządowiec, szef okupacyjnych władz i jego rodzina, a także funkcjonariusze rosyjskiego Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych rozkradają w Mariupolu nie tylko pomoc humanitarną i olej napędowy, ale też pieniądze przeznaczone m.in. dla robotników.

Reklama

Zagrożenie wybuchem epidemii

W Mariupolu, na południowym wschodzie Ukrainy, panuje katastrofalna sytuacja humanitarna. Pomoc zapewniana przez samozwańczą miejską administrację (dostawy żywności, wody, środków higienicznych - red.) wystarcza tylko dla niewielkiej liczby osób. Utrzymuje się również zagrożenie wybuchem epidemii, m.in. cholery.

Lojalny wobec Ukrainy mer Mariupola Wadym Bojczenko wyraził na początku czerwca przypuszczenie, że szacowana wcześniej na około 22 tys. liczba mieszkańców miasta zabitych przez rosyjskie wojska może być znacznie zaniżona. 

Fatalne warunki

"Tylko pięć proc. mieszkańców okupowanego przez siły rosyjskie Mariupola w obwodzie donieckim Ukrainy ma dostęp do bieżącej wody" - poinformował w sobotę Andriuszczenko. Jak zaznaczył, dostęp do wody pitnej jest problemem numer jeden w mieście. "Po prostu jest ona niedostępna, nawet niskiej jakości" - oznajmił.

Andriuszczenko zaznaczył, że według okupantów podłączono do wody bieżącej 502 budynki w mieście, także prywatne. Tymczasem - jak wyliczył - walki w Mariupolu w różnym stanie przetrwało 37 tys. budynków mieszkalnych, zatem dostęp do wody bieżącej ma tylko nieco ponad jeden proc. budynków i najwyżej pięć proc. mieszkańców, którzy pozostali na miejscu. 

W mieście nie ma też regularnych dostaw prądu i gazu. Szacuje się, że pozostaje tam ok. 100 tys. ludzi, przed Mariupol liczył ponad 400 tys. mieszkańców.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy