Reklama

Reklama

Gangster w potrzasku. Imperialne marzenie Putina umiera na jego oczach [ANALIZA]

Władimir Putin wyobrażał sobie inwazję na Ukrainę zupełnie inaczej, niż to ma miejsce w rzeczywistości /Alexandr Demyanchuk / SPUTNIK / AFP /AFP

Długo wyczekiwane orędzie Władimira Putina do Rosjan pokazuje, że Kreml jest coraz mocniej przyparty do muru w kwestii inwazji na Ukrainę. Ukraińska kontrofensywa przysparza Rosji mnóstwa problemów i zmusza Putina do coraz większego ryzyka. Chociaż rosyjski dyktator miota się, strasząc na wszelkie możliwe sposoby Zachód i Ukrainę, jego nieprzewidywalność i desperacja sprawiają, że nie można go lekceważyć.


Ostatnie dni to zdecydowane przyspieszenie wydarzeń w kwestii wojny w Ukrainie. Ukraińska kontroofensywa w północnym Donbasie i w okolicach Chersonia, przełomowe wystąpienie przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, a teraz długo wyczekiwane orędzie prezydenta Putina do Rosjan, w którym nakreślił plany Kremla na kolejne tygodnie.

Von der Leyen zapewniła na forum Parlamentu Europejskiego, że "to wojna o naszą energię. To wojna o naszą gospodarkę. To wojna o nasze wartości. To wojna o naszą przyszłość". - Chodzi o starcie autokracji przeciwko demokracji i stoję tu z przekonaniem, że z niezbędną odwagą i niezbędną solidarnością Putin upadnie, a Ukraina i Europa zwyciężą. Putin przegra, a Europa zwycięży - podkreśliła, przyznając również, że w kontekście imperialnej polityki rosyjskiej Bruksela powinna była słuchać głosów Polski i krajów bałtyckich, które od dawna przestrzegały przed zagrożeniem ze wschodu.

Reklama

Z kolei w orędziu Putina wyraźnie widać efekty najnowszych sukcesów Ukraińców na froncie w Donbasie. Nie było to orędzie zwycięzcy ani zdobywcy, a raczej polityka, który stoi pod ścianą i jest do niej coraz mocniej dociskany przez splot bardzo niekorzystnych wydarzeń polityczno-militarnych.

Narracja przegrywającego

Putin nie mówił już o ukraińskich nazistach i konieczności wyzwalania kraju. Nawet zakres tzw. operacji specjalnej wojsk rosyjskich, czyli po prostu inwazji na mniejszego sąsiada, został ograniczony jedynie do "uwolnienia" ludności Donbasu. Środkiem do tego celu mają być referenda na okupowanych przez Rosjan terytoriach. Przeprowadzone zostaną w dniach 23-27 września. - Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby zapewnić bezpieczne warunki przeprowadzania referendów - zapewnił rodaków dyktator.

Rosyjski prezydent wiele miejsca w swoim orędziu poświęcił Zachodowi - temu, jak rzekomo wysługuje się Ukrainą, żeby uderzyć w Rosję i temu, jak poważne zagrożenie stanowi dla Rosji i Rosjan. Według Putina Zachód chce zniszczyć niezależność i powstrzymać jakikolwiek rozwój jego kraju. - Celem części zachodnich elit jest osłabienie naszego kraju. Mówią, że Rosja powinna podzielić się na kilka skonfliktowanych części. Uczynili z totalnej rusofobii swoją broń - tłumaczył rodakom Putin.

Polityk straszył rosyjskie społeczeństwo, mówiąc, że Zachód jest zdolny do wszystkiego i posunie się tak daleko, jak będzie trzeba, żeby osiągnąć swoje cele. - NATO prowadzi rekonesans w całej południowej Rosji. Otwarcie mówią, że Rosja musi zostać pokonana na polu bitwy. W grę wchodzi również szantaż nuklearny. Tym, którzy wypowiadają takie słowa, przypominam, że nasz kraj też ma takie możliwości. Używamy wszelkich środków, aby chronić naszych ludzi. To nie blef. Nasza suwerenność i wolność zostaną zabezpieczone wszelkimi dostępnymi środkami - zagroziła rosyjska głowa państwa.

Putin stąpa po cienkim lodzie. Jego niepisany kontrakt z ludem zaczyna trzeszczeć w szwach. Opowiadał o tym niedawno na łamach Interii były dziennikarz i były dyplomata Witold Jurasz. - Bolesna weryfikacja nastąpi wtedy, gdy Rosjanie zorientują się, że umowa, którą zawarli z Putinem - oni oddają mu wolność, on daje im dobrobyt i rosyjskie imperium - nie jest realizowana. Bo wolność owszem oddali, ale ani dobrobytu, ani imperium nie będzie - analizował nasz rozmówca.

Zdaniem Jurasza, Rosjanie jeszcze nie powiedzieli Putinowi: sprawdzam. Jednak ten moment niechybnie nadchodzi. Tym szybciej, im gorzej Rosji idzie na froncie w Donbasie. Przez siedem miesięcy wojny Putin na poziomie strategicznym osiągnął bowiem całkowite przeciwieństwo tego, co sobie założył - zjednoczył Unię Europejską, reaktywował NATO i doprowadził do jego poszerzenia o Szwecję i Finlandii (powinno stać się to faktem do końca tego roku), roztrzaskał mit potężnej rosyjskiej armii i umocnił tożsamość narodową młodego państwa ukraińskiego.

Jak stwierdził w rozmowie z Interią Jurasz, w obecnych okolicznościach Putina u władzy trzyma dzisiaj niemal wyłącznie wszechogarniający terror, jaki zaprowadził w Rosji. - Gdyby dzisiaj terror policyjny w Rosji był na tym samym poziomie co rok temu, to już mielibyśmy bunt. Rzecz w tym - i tu widzimy hiperrealizm Putina - że kremlowski system policyjny nie jest zaostrzany w miarę rodzącego się buntu, tylko wyprzedza ten bunt - analizował były dyplomata. Rzecz w tym, że nawet tego rodzaju polityka twardej ręki ma swoje ograniczenia i w pewnym momencie dochodzi do ściany. A Putin przed tą ścianą już stoi.

Znamienne w orędziu rosyjskiego dyktatora było również to, że o Rosji i inwazji na Ukrainę mówił z perspektywy kogoś znajdującego się w głębokiej defensywie. I to nie defensywie będącej retoryczną i propagandową sztuczką, mającą na celu omotanie społeczeństwa i kupienie odrobiny czasu, ale defensywie wynikającej z pogarszającej się sytuacji na froncie i uwarunkowań geopolitycznych.

Gambit Putina

Dlatego Putin zdecydował się na niezwykle niepopularny i ryzykowny krok, a mianowicie ogłoszenie częściowej mobilizacji wojskowej, która jego dekretem weszła w życie 21 września. Kreml chce w ten sposób postawić pod bronią nawet 300 tys. rezerwistów. - Aby chronić nasz kraj i ludzi, używamy wszystkich dostępnych nam środków - przekonywał do swojej decyzji Putin. - Poborowi w ramach częściowej mobilizacji w Federacji Rosyjskiej będą podlegać tylko obywatele rezerwy, przede wszystkim z doświadczeniem - podkreślił i zaznaczył, że mobilizacja ma na celu "ochronę Rosji, jej suwerenność, integralność terytorialną i zapewnienie bezpieczeństwa narodu".

Decyzja Putina pociąga za sobą cały szereg skutków - militarnych, gospodarczych, społecznych i politycznych. Przypomnijmy, że powszechna mobilizacja była czymś, czego rosyjski polityk obawiał się przy okazji przedłużającej się wojny w Ukrainie najbardziej. Dzisiaj tak naprawdę sięga po to narzędzie, choć dla celów wizerunkowych nazywa je inaczej. Efekt jest jednak ten sam - mimo siermiężnej i prowadzonej permanentnie propagandy Kreml nie zdoła już ani ukryć przed Rosjanami faktu, że inwazja okazała się porażką (zwłaszcza wobec pierwotnych celów Kremla i obietnic złożonych suwerenowi), ani utrzymywać wysokiego poparcia społecznego dla dalszego prowadzenia tego konfliktu.

Sporo miejsca prowadzonej przez Kreml grze pozorów poświęcił w rozmowie z Interią Garri Kasparow - były rosyjski arcymistrz szachowy, działacz rosyjskiej opozycji i jeden z największych wrogów Putina. Jak stwierdził, "dyktatura, która rządzi krajem przez 22 lata nie zniknie w dwa czy trzy miesiące. Ale widzimy pęknięcia systemu i te pęknięcia są coraz większe". - Dyktatorzy rzadko wychodzą cało z porażek militarnych. Putin na razie wojny co prawda nie przegrał, ale też nie potrafi jej wygrać. I już samo to jest znakiem, że sprawy idą dla niego w złym kierunku - analizował działacz na rzecz demokracji i praw człowieka.

Kasparow przekonuje, że "wojna w Ukrainie miała być kolejnym triumfem nieomylnego i niezwyciężonego wodza. Miała podbić wskaźniki zaufania do Putina i pomóc mu w krajowej polityce". - Tymczasem stało się coś dokładnie odwrotnego. Putin obnażył to, że Rosja jest słaba. To najgorsze, co mogło mu się przydarzyć - uważa nasz rozmówca.

Konsekwencje decyzji o mobilizacji rezerwistów było widać natychmiast. Na światowych rynkach od razu podrożały ropa naftowa (o około 3 dol. na baryłce) i gaz ziemny (około 10 euro za 1 MWh). Dla dalszych wahań cen kluczowych surowców energetycznych decydująca będzie zaplanowana na wieczór (godz. 20 czasu polskiego) 21 września decyzja amerykańskiej Rezerwy Federalnej o podniesieni stóp procentowych.

Ruch Putina z mobilizacją nawet 300 tys. żołnierzy może przyspieszyć również prace w amerykańskim Departamencie Stanu, Izbie Reprezentantów i Senacie nad dalszymi sankcjami wobec Rosji. Kongres domaga się wpisania Rosji na listę państw wspierających terroryzm i objęcia jej identycznymi sankcjami, co już znajdujące się w tym gronie Irak, Syrię, Koreę Północną i Kubę. Departament Stanu chciałbym wykorzystać "analogiczne środki" wobec Kremla, ale bez umieszczania Rosji na wspomnianej już liście. Niewykluczone, że decyzja Putina pomoże wypracować kompromis różnym obozom z amerykańskiej sceny politycznej.

Konsekwencje płynące z zagranicy - to jedno. Wcześniej Putin zobaczy (albo już zobaczył) efekty swojej polityki na krajowym podwórku. Rosjanie najwyraźniej nie mają ochoty ginąć za jego imperialne marzenia w wojnie, która miała być lekka, łatwa i szybka. Po wygłoszeniu orędzia rosyjskiego prezydenta, momentalnie wyprzedane zostały bilety lotnicze z Rosji do krajów, do których obywatele tego kraju mogą jeszcze podróżować bez wiz, a więc przede wszystkim do Turcji i Armenii. Masowo wyprzedawane są również bilety do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Ceny bezpośrednich lotów z Moskwy na najbliższy weekend sięgają zawrotnych pułapów - od kilkunastu (Stambuł) do nawet kilkudziesięciu (Dubaj) tysięcy złotych.

W kolejnych rosyjskich miastach obywatele wychodzą na ulice w proteście przeciwko mobilizacji wojska. Największa antyrządowa demonstracja ma się odbyć w Moskwie. Na razie protesty są masowo tłumione przez służby porządkowe, ale po raz pierwszy widać tak wyraźny sprzeciw społeczeństwa przeciwko polityce Putina wobec inwazji na Ukrainę. Świadomy groźny społecznego buntu Kreml momentalnie zaostrza prawo. Wyższe kary mają być egzekwowane za dezercję, ucieczkę przed poborem czy niewypełnienie rozkazu dowódcy. Za poddanie się na polu walki grozić będzie dziesięć lat więzienia.

Jeśli nawet Putin i jego otoczenie jakimś sposobem rozwiążą wszystkie powyższe problemy, które pojawiły się po jego orędziu, pozostaje jeszcze kwestia fundamentalna. A mianowicie zdolność bojowa świeżo zmobilizowanych dziesiątek, być może setek tysięcy rezerwistów. Od dłuższego czasu ukraiński i amerykański wywiad informują o tym, że wysyłani na front rosyjscy żołnierze są źle wyposażeni, słabo wyszkoleni i mają bardzo niskie morale. W powyższych okolicznościach wartość bojowa nowo powołanych żołnierzy również budzi poważne wątpliwości.

Gen. Bogusław Pacek, dyrektor Instytutu Bezpieczeństwa i Rozwoju Międzynarodowego i wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego, w rozmowie z Interią ocenia, że "to są osoby wyszkolone, które były już w wojsku. Wystarczy krótki okres, by przypomnieć im umiejętności, które nabyli, wówczas stają się pełnowartościowymi żołnierzami". - Ich zdolności bojowe mogą być znacznie wyższe od zdolności żołnierzy rekrutowanych teraz z cywila, których trzeba szkolić od podstaw - dodaje.

Bardziej sceptycznie do korzyści płynących z mobilizacji podchodzi gen. Mieczysław Bieniek, były zastępca dowódcy strategicznego NATO. - Celem mobilizacji jest uzupełnienie strat zadanych rosyjskiej armii przez sześć i pół miesiąca. Nie prowadzą jej siły zbrojne, zepchnięto to na gubernatorów. Mobilizacja dotyczy obywateli, którzy byli już w służbie wojskowej, więc są jakoś przeszkoleni, ale dawno. Ci ludzie nie znają nowej techniki, a i jej brakuje - analizował na antenie Polsat News.

Kwestia przygotowania i wyposażenia nowo powołanych pod broń żołnierzy ma tutaj kluczowe znaczenie. Sprzętu w Rosji (zwłaszcza części zamiennych do serwisowania samolotów, śmigłowców, czołgów i artylerii) z miesiąca na miesiąc brakuje coraz bardziej. Na szkolenie nie ma czasu, ponieważ Kreml oczekuje natychmiastowych efektów na froncie wobec coraz poważniejszych strat. Z kolei morale szoruje po dnie, bowiem mało kto w Rosji wierzy jeszcze w wielkie zwycięstwo nad mniejszym sąsiadem i jakiś większy cel przyświecający temu konfliktowi.

Zgoła inaczej sytuacja wygląda po stronie ukraińskiej, zwłaszcza jeśli chodzi o morale i zdolność do poświęceń na rzecz końcowego zwycięstwa. Mocno podkreślił to w wywiadzie dla Interii Witold Jurasz. - Rosja wypada tu gorzej od Ukrainy. Ukraina kompensuje militarną przewagę Rosji właśnie determinacją, wolą walki i gotowością do poświęceń swoich obywateli. Rosjanie byli gotowi poprzeć wojnę pod warunkiem, że okaże się zwycięska, nie będzie ofiar, a ceny wycieczek zagranicznych nie wzrosną. Skądinąd świadczy to o wyjątkowym cynizmie Rosjan - analizował były polski dyplomata.

Atomowy straszak

W rozmowie z Interią Garri Kasparow prognozował, że kluczowa dla losów wojny w Ukrainie będzie nadchodząca zima. To, kto jakie pozycje przed jej nadejściem zdobędzie i na ile skutecznie Kreml zdoła wykorzystać swoje argumenty w polityce energetycznej, żeby podzielić Zachód i osłabić jego wsparcie dla broniącej się Ukrainy.

- Przypuszczam, że do przyszłej wiosny Putin będzie totalnie skończony, a rosyjska gospodarka się załamie. Ale tu pojawia się kluczowa kwestia, czyli kto zdoła przetrwać nadchodzącą zimę. Kto wytrzyma i nie mrugnie, ten wygra - przekonywał na łamach Interii rosyjski opozycjonista. Jego zdaniem, Putin nie ma możliwości odwrotu, ustąpienia z czegoś, bo w wojennej i antyukraińskiej propagandzie zabrnął już za daleko. - Putin nie ma innej drogi. On nigdy nie wycofał się ze swojego pierwotnego planu - zniszczenia Ukrainy jako niepodległego państwa. Wielokrotnie to mówił, rosyjska propaganda również wielokrotnie to powtarzała. Dlatego Putin nie może poczynić żadnych ustępstw - uważa były arcymistrz szachowy.

Dlatego zapędzony w kozi róg Putin, niczym zaszczuty drapieżnik, próbuje dzisiaj przestraszyć Zachód. A może zrobić to tylko w jeden sposób - szantażem nuklearnym. Robi to w swoim stylu, a więc imputując Zachodowi, że ten zamierza wykorzystać arsenał jądrowy przeciwko Rosji. - Tym, którzy wypowiadają takie słowa, przypominam, że nasz kraj też ma takie możliwości. Używamy wszelkich środków, aby chronić naszych ludzi. To nie blef - odgraża się dyktator.

Oczywiście argument nuklearny nie pojawia się w retoryce Putina po raz pierwszy. Rosyjski prezydent sięga po niego w zasadzie od początku wojny. Zawsze, kiedy sprawy nie układają się po jego myśli. Analitycy, politycy i wojskowi wielokrotnie bagatelizowali zagrożenie nuklearne ze strony Putina.

Prof. Robert Service, brytyjski sowietolog i autor książki "Na Kremlu wiecznie zima. Rosja za drugich rządów Putina", mówił mi pod koniec marca, że "jeśli Putin chciałby użyć broni jądrowej, przekroczyłby czerwoną linię, za którą zagrożony byłby on sam i jego życie". Michał Kacewicz - dziennikarz Biełsatu i specjalista od terenów postsowieckich, który również napisał książkę o kulisach kremlowskiej polityki - twierdził natomiast, że Putin może zdecydować się na taktyczne uderzenie jądrowe w Ukrainie "dla przełamania impasu, a jednocześnie jedności i możliwości odpowiedzi Zachodu".

Najczarniejszy scenariusz nakreślił antykremlowski rosyjski socjolog prof. Grigorij Judin. Kiedy zapytałem go w połowie maja, na ile realne są nuklearne groźby Putina, odparł z pełną powagą, że Zachód absolutnie nie może tego lekceważyć. Nawet, jeśli taki scenariusz wydaje się ze wszech miar absurdalny. - Jeśli on nie może być królem, to dlaczego świat ma przetrwać? (...) Jeśli Putin zobaczyłby, że przegrywa, to żadną miarą nie pogodzi się z tą porażką - podkreślił prof. Judin.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy