Reklama

Reklama

Chaos w Rosji. Ale większość nadal wierzy propagandzie

Rosyjskie władze obawiały się, że jeśli obywatele poznają prawdę o wojnie, to przestaną ją popierać. Nic takiego się nie stało, choć 700 tys. osób uciekło z kraju z powodu mobilizacji. Większości Rosjan nie oburzają zbrodnie popełniane w Ukrainie. Nie oznacza to jednak, że na Kremlu panuje spokój. - Sam Putin jest obecnie atakowany z dwóch stron - stwierdza historyk prof. Mikołaj Iwanow, ale jak dodaje - w przewrót na razie nie wierzy.

21 września Władimir Putin wydał dekret o częściowej mobilizacji na wojnę z Ukrainą. Od tamtego czasu - według doniesień medialnych - Rosję miało opuścić 700 tys. osób. Niektóre źródła mówią nawet o milionie.

Częściowa mobilizacja spowodowała nie tylko masowe ucieczki, ale wywołała niepokoje w kraju. Tuż po jej ogłoszeniu doszło do protestów, które władza brutalnie tłumiła. Z Rosji regularnie napływają też doniesienia na temat incydentów podczas poboru do armii. Zwykli obywatele otwierają ogień do członków komisji poborowych.

Czy w rosyjskim społeczeństwie zaczyna narastać opór, który mógłby zagrozić Putinowi?

Reklama

Mobilizacja. "Rosję powoli opanowuje chaos"

- Choć wojna na pełną skalę trwa od lutego, w Rosji nie widać wyraźnego obniżenia poziomu życia. Sklepy są podobnie zaopatrzone, jak przed wojną. Ceny co prawda wzrosły, a niektóre produkty zniknęły z półek, ale zmiana nie jest drastyczna - mówi Interii prof. Mikołaj Iwanow, były radziecki dysydent i współpracownik Radia Wolna Europa, obecnie historyk Uniwersytetu Opolskiego. 

Zaznacza jednak, że kraj powoli opanowuje chaos spowodowany mobilizacją. I nie chodzi tylko o sam fakt jej ogłoszenia, ale sposób, w jaki jest prowadzona.

Media obiegają kolejne informacje o wcielaniu do wojska osób niepełnosprawnych, przewlekle chorych, czy ojców wielodzietnych rodzin. Mobilizacja przybiera też coraz brutalniejsze formy. Jak podawał niezależny kanał na Telegramie 'Możem Objasnit', w Moskwie zorganizowano nocną obławę na budowlańców. Funkcjonariusze policji zabierali mężczyzn wprost z hotelu robotniczego. Wezwania do armii wręcza się nawet na stacjach metra.

- Rosyjski obrońca praw człowieka Władimir Bukowski powiedział, że Rosja to państwo w którym rządzi KGB, dziś pod nazwą FSB. I ja się z tym zgadzam - mówi prof. Iwanow. 

- Sytuacja rzeczywiście się pogarsza. W Rosji nie dochodzi do masowych protestów, ale pogrążenie się kraju w chaosie powoduje, że ten opór wobec polityki Władimira Putina bardzo powoli zaczyna dojrzewać i może stać się masowy - uważa były radziecki dysydent. Ale zaznacza, że do tego wciąż daleka droga.

Analityczka PISM: Rosjanie wybrali inną formę protestu

Jeszcze bardziej sceptyczna jest Agnieszka Legucka, analityczka PISM ds. Rosji zajmująca się m.in. tematem dezinformacji. - Protesty są tak naprawdę nieliczne. Najwięcej zaobserwowano ich w pierwszych dniach po ogłoszeniu mobilizacji. Jednak władza brutalnie je stłumiła - przypomina. Zdaniem analityczki Rosjanie nie są zdolni do masowych protestów w kraju. - Oni wybierają inną formę - protest "by foot" (pieszy - red.). Władze zapowiedziały, że w ramach mobilizacji zrekrutują 300 tys. żołnierzy, tymczasem z szacunków wynika, że uciekając przed wcieleniem do wojska, z kraju wyjechało 700 tys. osób. To jest ich protest - mówi.

Ci, którzy zostają, w większości wierzą w to, co serwuje im propaganda.

- Nadal jest bardzo skuteczna. Działa demobilizująco na Rosjan, choć nie jesteśmy w stanie precyzyjnie zmierzyć ich poglądów. Możemy opierać się na dostępnych badaniach - jak te Centrum im. Jurija Lewady. Wynika z nich, że po ogłoszeniu częściowej mobilizacji poparcie dla Putina spadło z poziomu 83 proc. do 77 proc. - mówi Agnieszka Legucka.

- Większość Rosjan wierzy propagandzie, bo chce, by prawda była właśnie taka, jak przedstawiają to media - dodaje.

- Wiele osób wciąż czerpie wiedzę z telewizji, a tam przekaz jest taki, że Rosja odnosi zwycięstwa i nie ponosi wielkich strat, za to Ukraińcy umierają tysiącami, wielki przywódca Putin dba o żołnierzy i jeśli trafią oni do niewoli, natychmiast są wymieniani - opowiada prof. Iwanow.

"Propagandzie udało się odhumanizować Ukraińców"

Ponadto władza ograniczyła Rosjanom dostęp do mediów społecznościowych. Choć zablokowano dostęp do Twittera, Facebooka i cieszącego się największą popularnością w Rosji Instagrama, dostępne są takie platformy jak TikTok, YouTube, Telegram oraz rosyjski odpowiednik Facebooka - Vkontakte. Rosjanie nie są więc całkowicie odcięci od kanałów, w których można znaleźć fakty na temat tego, co dzieje się w Ukrainie.

Trzeba jednak uważać na to, co podaje się w mediach społecznościowych, bo Kreml po rozpoczęciu inwazji zaostrzył prawo. W myśl znowelizowanego w marcu kodeksu karnego za celowe rozpowszechnianie fałszywej informacji na temat działalności rosyjskiej armii Rosjanie można trafić do kolonii karnej na okres od trzech do 15 lat.

- Komitet śledczy FR wszczął już pierwsze sprawy karne przeciwko osobom, które umieściły w mediach społecznościowych filmy z Ukrainy przedstawiające fałszywy, zdaniem śledczych, wizerunek armii rosyjskiej - zauważa ekspertka PISM.

Jednak nawet dostęp do prawdy o wojnie wcale nie powoduje zmiany przekonań.

- Na początku obawiano się, że Rosjanie będą się buntować, jeśli zobaczą w mediach społecznościowych sceny związane z wojną. Po czasie okazało się, że te sceny wcale nie oburzają Rosjan. Zwłaszcza widać to na przykładzie osób mieszkających za granicą, np. w Niemczech, które choć mogą przebierać w źródłach informacji, wierzą rosyjskim mediom. Propagandzie udało się odhumanizować Ukraińców, tworząc wizerunek nazisty, który nie jest godzien żyć. Propaganda tak mocno zmienia postawy, że nawet pokazywanie faktów ludziom, którzy mają inne wyobrażenie o sytuacji, okazuje się nieskuteczne - mówi Agnieszka Legucka.

"Putin jest obecnie atakowany z dwóch stron"

Wraz z kolejnymi porażkami Rosjan na froncie w propagandowej narracji słychać jednak krytyczne głosy.

- Na początku sami propagandyści byli przekonani o potędze Rosji i twierdzili, że klęska Ukraińców to tylko kwestia czasu. Teraz, kiedy Rosja ponosi jedną porażkę za drugą, ta propaganda się zacina. Wśród propagandystów zaczyna się pojawiać skromna krytyka władzy, ale zmierza ona raczej w tym kierunku, że należy przemyśleć strategię, a generałów odpowiadających za porażki zastąpić nowymi - mówi prof. Mikołaj Iwanow.

- Sam Putin jest obecnie atakowany z dwóch stron. Po pierwsze ze strony przeciwników wojny, którzy uważają ją za zbrodnię i wobec nich Putin wzmacnia represje. Po drugie ze strony zwolenników wojny, którzy uważają Putina za mięczaka, który nie jest w stanie zjednoczyć narodu wokół siebie i ogłosić nowej Wojny Ojczyźnianej. Putin reaguje na tę krytykę, nasilając ataki w Ukrainie i grożąc użyciem broni jądrowej - przekonuje.

Prof. Iwanow nie wierzy w rychły koniec rosyjskiego dyktatora. - Znam ludzi, którzy przez 20 lat byli przy boku prezydenta Rosji. Putin to sprytny i doświadczony KGB-owiec. Na pewno swoich współpracowników sprawdził wielokrotnie, otoczył się szczelnym kordonem i dba o swoje bezpieczeństwo. Nie wierzę, że może dojść do przewrotu na Kremlu. Bardzo chciałbym się pomylić, ale uważam, że to bardzo mało prawdopodobne - konkluduje.  

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy