Reklama

Reklama

​Amerykanie chcieliby wybić Putinowi zęby. Europa nie jest na to gotowa

Pomału dochodzi do nas w jak trudnym położeniu się znaleźliśmy. Z jednej strony Putin, który pozbawił nas złudzeń. W swoim przemówieniu do narodu powiedział wprost, że nie chodzi mu wyłącznie o Ukrainę, ale o odbudowę wpływów rosyjskiego imperium w granicach sprzed 1997 roku. Czyli sprzed wejścia Polski, Czech i Węgier do NATO. Z drugiej strony Amerykanie, którzy bardzo chcieliby wybić Putinowi zęby. Dałoby im to możliwość skupienia całej swojej uwagi na Pacyfiku. Z trzeciej strony Niemcy, które swoją błędną polityką wobec Putina doprowadziły do obecnej sytuacji: Europa nie ma dziś wystarczającego potencjału militarnego, by realnie pomóc Ukrainie, a jednocześnie jest uzależniona energetycznie od Rosji.

Od wielu lat Waszyngton głowi się nad jednym problemem. Jak wyjść z "pułapki jednoczesności"? Groźba wojny na dwa fronty, z Rosją w Europie i Chinami na Pacyfiku, spędza im sen z powiek. Takie konfrontacje w przeszłości rozwalały każde imperium. W tym kontekście wojna w Ukrainie została odebrana przez Amerykanów jako szansa na wyjście z tej pułapki.

Dzień przed rosyjską agresją prestiżowy magazyn "Foreign Affairs" opublikował analizę pod wszystko mówiącym tytułem: "Inwazja Putina może być strategiczną szansą". Bazowe założenie tej analizy mówi o tym, że konfrontacja z Chinami jest nieunikniona. To na Pacyfiku należy skupić uwagę. Jednak nim do niej dojdzie Amerykanie mają jeszcze kilka lat. Według informacji Sekretariatu Obrony USA kolejny istotny "kamień milowy" w rozwoju chińskiej armii przypadnie na 2027 rok. Wówczas będą oni mogli zwiększyć swoją presję na Tajwan. Waszyngton ma zatem kilka lat nim dojdzie do przewidywanej eskalacji. Zegar jednak tyka.

Reklama

Dlatego analitycy "Foreign Affairs" w ataku Putina widzą otwierające się okno możliwości. "Stany Zjednoczone mają szczęście, że Chiny najprawdopodobniej nie osiągnęły jeszcze pozycji, by wykorzystać kłopotliwe położenie Zachodu i skonfrontować go z kryzysem na dwóch frontach, z którym nie byłby sobie w stanie poradzić. Następnym razem USA mogą nie mieć tyle szczęścia". Konkluzja jest oczywista. Odpuszczenie dziś Ukrainy oznacza, że Putin się nie zatrzyma i za chwilę będzie eskalował konflikty w krajach NATO. A to oznacza jeszcze większą koncentrację wojsk amerykańskich w Europie.

Jedynym wyjściem dla USA jest pomoc Ukrainie. Nie doraźna, ale strategiczna. Nie pozorowana, ale realna, choć bez przekraczania granicy bezpośredniego zaangażowania w konflikt. Broń, wsparcie wywiadu, pomoc humanitarna, presja na inne państwa, sankcje i izolacja Rosji. Putin powinien nie tyle przegrać, co przegrać na tyle dotkliwie ("a defeat so significant"), żeby przemyślał całą swoją dotychczasową politykę zagraniczną. Podobnie jak w 1980 roku wspierano mudżahedinów w walce z Sowietami, co doprowadziło do upadku ZSRR, tak teraz należy wspierać Ukraińców, by Putin zrozumiał, że dalsza ekspansja na Zachód nie ma sensu. I strategicznie zwrócił się w kierunku Wschodu. Wówczas USA będą mogły odpuścić mentalnie Europę i skupić się na Pacyfiku. Tak wygląda najlepszy możliwy scenariusz rozwoju wojny na Ukrainie pisany z perspektywy waszyngtońskich analityków.

I rzeczywiście widać, że ostatnie tygodnie to wzmożona aktywność Amerykanów na wszystkich wymienionych w tekście polach. Łącznie z dzieleniem się informacjami wywiadowczymi “w czasie rzeczywistym", co ostatnio potwierdził Biały Dom. Dzięki temu Ukraińcy na bieżąco otrzymują zdjęcia satelitarne obrazujące ruchy rosyjskich wojsk. Takie bojowe nastawienie wprost wyrażał również prezydent Joe Biden w orędziu do narodu, które wygłosił w Kongresie kilka dni temu. Jego zdaniem Putin bardzo się przeliczył atakując Ukrainę. Odgrażał się, że Ameryka "zada mu ból". Przemówienie zaś zakończył groźnym: "Idźcie po niego!" ("Go get him!"). Adresując te słowa do amerykańskich żołnierzy.

Sceptycyzm każe jednak zapytać: czy takie zaangażowanie Amerykanów wystarczy?

Brak lidera bezpieczeństwa w Europie

Strategiczne skupienie uwagi na Pacyfiku będzie możliwe, gdy w Europie znajdzie się lider bezpieczeństwa. Dla Amerykanów od wielu lat oczywistym kandydatem na takiego lidera są Niemcy. Jednak Berlin jak mógł unikał wzięcia na siebie tej odpowiedzialności. Po części wynikało to z historycznej traumy II wojny światowej. Powojenne Niemcy dalej chcą być potęgą, ale wyłącznie gospodarczą i polityczną, bez silnej Bundeswehry. Po części, wynikało to również z kalkulacji Berlina. Po co wydawać dużo na armię, skoro i tak chronią nas Amerykanie? A my możemy pragmatycznie handlować gazem z Rosją, stając się hubem ich gazu w UE oraz przenosić nasze fabryki do Chin, bo to redukuje koszty naszych firm. Od wielu lat Berlin był za Oceanem atakowany za tak kunktatorską politykę. Oficjalnie nazywano to "polityką wielowektorową". A w kuluarach strategią "pasażera na gapę".

Atak Putina na Ukrainę wiele zmienił. Najpierw niemiecka prasa w sposób bezprecedensowy zaatakowała swój rząd. Było to o tyle niespotykane, że w kulturze politycznej naszych zachodnich sąsiadów lojalność dziennikarzy wobec aktualnie rządzących jest przyjętą praktyką. Potem dało się zaobserwować coś na kształt szoku społecznego związanego z oczywistą hipokryzją całej klasy politycznej. Dla powojennych Niemiec odcięcie się od dziedzictwa faszyzmu buduje ich współczesny kapitał moralny. A tu nagle okazało się, że przez całą epokę rządów kanclerzy Gerharda Schrodera i Angeli Merkel ich państwo tworzyło strategiczny sojusz z Putinem, którego prasa światowa nazywa dziś Hitlerem XXI wieku. Proeuropejskie "Politico" zaczęło publikować analizy, że to miliardy euro płynące z Niemiec w zamian za rosyjski gaz pozwoliły zbudować armię, która dziś niszczy ukraińskie miasta. Ten szok widać na liczbach. W ciągu tygodnia liczba Niemców opowiadających się za dostarczaniem broni Ukrainie wzrosła o 41 punktów procentowych.

Wreszcie, poza presją społeczną, medialną i tą wywieraną przez Amerykanów, Berlin musiał zmierzyć się także z ryzykiem utraty autorytetu w Europie Środkowej i Skandynawii. W pierwszych 72 godzinach konfliktu dla wszystkich stała się oczywista różnica między wrażliwością tego najważniejszego kraju Unii, a percepcją państw takich jak Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, ale również Finlandia i Szwecja czy Rumunia i Bułgaria. Internetowym memem stało się 5 tysięcy hełmów wysłanych przez Berlin walczącym w Kijowie, gdy w tym samym czasie neutralna zazwyczaj Szwecja zadeklarowała przekazanie 5 tysięcy śmiercionośnych granatników. Sobotnie przemówienie premiera Mateusza Morawieckiego, który przyjechał "wstrząsnąć sumieniem Niemiec", było mocnym akordem kończącym ten proces uświadamiania sobie przez Berlin nowej sytuacji.

Następnego dnia kanclerz Olaf Scholz w trakcie przemówienia w Bundestagu wyrzucił do kosza dziedzictwo swoich dwóch poprzedników. Zadeklarował chęć uniezależnienia się od rosyjskiego gazu. W obszarze bezpieczeństwa Niemcy zgodziły się przyjąć na siebie rolę lidera Europy. Od zaraz ma być uruchomiony fundusz 100 miliardów euro na odnowę niemieckich sił zbrojnych. Co roku ma być przekazywane na ten cel dalsze 2 proc. PKB. Scholz zadeklarował również zakup nowych samolotów umożliwiających przenoszenie amerykańskiej broni jądrowej. Zgodził się także na przekazanie Ukrainie broni. A skoro Berlin przeszedł nagłą metamorfozę, to w analogiczny sposób zmieniła się również Bruksela. Pierwszy raz w swojej historii sfinansuje ona zakup i dostawę broni do zaatakowanego kraju. Parlament Europejski przyjął również wniosek Ukrainy, by ten kraj wstąpił do Unii.

Powinniśmy się cieszyć ze zmiany myślenia w Berlinie. Możemy mieć satysfakcję, że Polska w tym procesie odegrała pozytywną rolę. W ciągu kilku dni "stara Unia" z obojętności przeszła do jednoznacznego opowiedzenia się po stronie Kijowa. Jednocześnie nie możemy ulec złudzeniu, że jakikolwiek polityk, nawet kanclerz potężnych Niemiec, może jednym przemówieniem zmienić rzeczywistość. To wymaga czasu, a Kijów tego czasu nie ma. Patrząc realnie: Europa nie jest dziś gotowa, by z dnia na dzień odciąć się od rosyjskiego gazu. Ani militarnie zaangażować się na Ukrainie. I to jest cały tragizm obecnej sytuacji. Boleśnie odczuwamy skutki złej dla Europy Środkowo-Wschodniej polityki Niemiec wobec Rosji prowadzonej w ostatnich dwóch dekadach.

Gospodarcze przyduszanie

Wróćmy jednak do Amerykanów. Wydaje się, że dostarczanie broni Ukrainie oraz zmuszenie UE do jednoznacznego opowiedzenia się po jej stronie, to tylko połowa ich planu. Druga połowa dotyczy zduszenia gospodarki Rosji.

Pierwszym celem jest "zatopienie rubla". Wprowadzone sankcje gospodarcze stworzyły taką presję na inwestorach zagranicznych, że ci z dnia na dzień pozbywają się wszystkich rosyjskich aktywów. Na parkiecie w Londynie akcje największych rosyjskich spółek idą w dół o ok. 50-70 proc. Przed atakiem za dolara płacono 82 ruble. Kilka dni po ataku wycena wynosiła nawet 150-170 rubli za dolara. A jeszcze kilka lat temu, przed aneksją Krymu, było to raptem 30 rubli za dolara. W gospodarce uzależnionej od kupowania towarów z zagranicy oznacza to gigantyczną inflację. Za moment zwykły mieszkaniec Moskwy kupując pralkę, buty czy odzież będzie musiał płacić dwa razy więcej, niż kilka tygodni temu.

Rosja oczywiście się broni. Od ośmiu lat budżet rosyjski kumulował nadwyżkę, co pozwoliło Putinowi zgromadzić 635 mld dolarów rezerw walutowych. Te rezerwy były gromadzone właśnie po to, by w momencie wojny, wyprzedając waluty obce i skupując rubla, walczyć o jego utrzymanie “na powierzchni". Poduszka finansowa robi wrażenie. Gdyby uruchomić te środki, można sfinansować import przez 20 miesięcy! I na to jednak Amerykanie znaleźli sposób. Większość tej poduszki finansowej Rosjanie zgromadzili w obligacjach innych krajów, na kontach Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy zachodnich banków komercyjnych. Sankcje zamroziły te pieniądze. Dzięki temu szacuje się, że Putin ma dziś do dyspozycji "tylko" 133 mld ze zgromadzonych 635 mld dolarów.

Drugim wyraźnym celem jest uderzenie w oszczędności obywateli rosyjskich. Poza inflacją, najbardziej odczuliby konsekwencje tej wojny tracąc zgromadzone w bankach oszczędności. Nie jest zatem przypadkiem, że Europejski Bank Centralny wypuścił mało dyplomatyczny komunikat. "Sberbank Europe i jego spółki zależne doświadczyły znacznych odpływów depozytów. Doprowadziło to do pogorszenia jego sytuacji płynnościowej. I nie ma dostępnych środków, które dawałyby realną szansę na przywrócenie ich pozycji". Mówiąc wprost: Sberbank Europe musi upaść. Nie ma się co dziwić, że wywołało to panikę w całej Rosji, co skutkowało masowym podejmowaniem oszczędności, a to jeszcze bardziej nakręcało problem. Sberbank dla Rosjan jest tym, czym dla nas PKO Bank Polski. Jego upadek mógłby doprowadzić do upadku całego sektora bankowego w Rosji. Podobnie agresywne działania wymierzone są nie tylko w zwykłych obywateli, ale także oligarchów. Pojawiają się już pierwsze przypadki zajmowania ich majątków zgromadzonych na Zachodzie.

Trzecim bolesnym uderzeniem ma być odcięcie Rosji od technologii i inwestycji, żeby cofnąć ten kraj o dwie dekady. Kolejne międzynarodowe korporacje wycofują się z Rosji (m.in. Volkswagen i Mercedes-Benz ogłosiły, że nie chcą produkować, ani sprzedawać pojazdów). BP wyprzedaje 20 proc. akcji Rosnieftu, co dla Rosjan oznacza brak dostępu do brytyjskiej technologii wydobycia i przetwórstwa ropy naftowej. Microsoft przestaje sprzedawać usługi i towary do tego kraju, co może być dużym problemem dla większości obywateli, bo używają oni systemu Windows. Centralny Bank Rosji ogłosił z kolei, że podnosi stopy procentowe do 20 proc. To oznacza ekstremalnie drogie kredyty, czyli wychładzanie nowych inwestycji wewnętrznych. Nie ma się co dziwić, że JPMorgan ogłosił po kilku dniach od wprowadzenia sankcji, że rosyjska gospodarka skurczy się w II kwartale o 35 proc.

Kalkulacja Amerykanów wydaje się tu być oczywista. Zakłada, że przewlekła recesja może doprowadzić do wewnętrznej delegitymizacji władzy Putina, zarówno wśród oligarchów, jak i zwykłych obywateli. Wszak miał on być antytezą biedy i chaosu lat 90. charakterystycznych dla epoki Jelcyna. Tymczasem sam może doprowadzić Rosję do głębokiego kryzysu. I tu jednak można mieć pewne wątpliwości. Po pierwsze, żeby gospodarcze sankcje przyniosły efekt muszą być szczelne i długotrwałe. Tymczasem od początku widzimy, że wiele zachodnich korporacji i państw próbuje je obchodzić. Po drugie, trudno dziś oszacować jak szybko Rosjanie będą przejadali zgromadzone zasoby. Po trzecie, może tu pojawić się zasadnicza różnica między perspektywą amerykańską i rosyjską. Z perspektywy Waszyngtonu tak głęboki kryzys gospodarczy w każdym kraju musi doprowadzić do upadku rządu. Ale czy w Rosji? Trzeba dobrej znajomości tamtego społeczeństwa, by ocenić dziś na ile odbudowa imperium jest dla nich wystarczającą nagrodą, by z pokorą przyjęli negatywne skutki gospodarcze prowadzonej przez siebie wojny. Po czwarte wreszcie, dla Putina liczy się wyłącznie język siły. Mógłby się cofnąć widząc militarną determinację i siłę Zachodu. Sankcje gospodarcze robią na nim z pewnością dużo mniejsze wrażenie.

Umierająca Ukraina

W tak trudnym położeniu się dziś znaleźliśmy. Całym sercem wspieramy bohaterstwo Ukraińców. Polskie społeczeństwo wykazuje niezwykłą solidarność, czego najlepszym dowodem jest brak, póki co, masowych obozów dla uchodźców. Polacy w tej trudnej chwili zaprosili swoich wschodnich sąsiadów do własnych domów! Nie zmienia to jednak faktu, że jako Europa nie byliśmy militarnie przygotowani na tę wojnę. Nie przygotowaliśmy wystarczająco silnej pięści, którą moglibyśmy wybić Putinowi zęby. Dlatego najbliższe tygodnie zapowiadają się koszmarnie. Na naszych oczach będzie umierała Ukraina. Putin stosując terror będzie zamieniał kolejne miasta w gruzy. Na ekranach naszych smartfonów będą pojawiały się demony z przeszłości. Obrazki z II wojny światowej, które miały na zawsze zniknąć w podręcznikach historii. Jak sobie z tym poradzimy? Jak przeżyjemy własną bezsilność? Trzeba brać się do roboty, bo zegar tyka.    

Krzysztof Mazur - wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego, były podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy