Reklama

Reklama

Ojciec Antonios i jego Arka

Kryzys gospodarczy to nie tylko telewizor z wykresami, tabelkami i liczbami. To też ulica, gdzie znajduje się porzucone dzieci. Tragedie rodzin, które przestają być wydolne finansowo, a dzieci muszą im zostać odebrane. W Grecji rękę do nich wyciąga ojciec Antonios i jego Kivotos tou Kosmou.

Jedna z gorących greckich nocy, godz. 1. Patrol policji trafia na czwórkę małych dzieci - chłopca i trzy dziewczynki. Płaczą, są brudni, przestraszeni i głodni. Zostali porzuceni. Do dziś nie udało się ustalić, kim są ich rodzice.

To tylko jedna z wielu tragedii, które rozegrały się w Atenach w kulminacyjnym momencie kryzysu. Efekt uboczny, który jest pomijany w wielu przekazach z Grecji.

Czwórka rodzeństwa trafiła pod skrzydła "Kivotos tou Kosmou" (można to przetłumaczyć jako Arka Świata). Organizacji, która powstała 20 lat temu, a w dobie kryzysu okazało się, jak bardzo jest potrzebna. Jej pomysłodawcą jest ojciec Antonios, który niedawno otrzymał prestiżową Europejską Nagrodę Obywatelską.

Reklama

Getto w centrum miasta

Na placu Syntagma w centrum Aten wsiadam w trolejbus linii 12. Jadę kilkanaście przystanków, nawigacja pokazuje, że pora wysiadać. Okolica nie zachęca do spacerów. Blisko centrum, ale jakby na peryferiach. Brudno, brzydko, groźnie. Dowiaduję się, że to swoiste "getto w centrum miasta, z gangami, narkotykami i podejrzanymi ludźmi".

W samym jego sercu stoi okazały budynek - to Arka. Tuż obok jest szkoła, z której dobiegają odgłosy bawiących się dzieci.

"Będą tu o 14, kiedy kończą zajęcia. Dopiero będzie się działo" - zapowiada jedna z pracownic ośrodka, a ja cierpliwie czekam na ojca Antoniosa.

"Ojciec Antonios cały czas jest w rozjazdach. Odwiedza nasze domy, bo Kivotos to nie tylko ośrodek w Atenach. Prawdopodobnie dziś się nie spotkacie" - słyszę w korytarzu centrali. Moim przewodnikiem zostaje więc Vicky Douka, która odpowiada za organizację zajęć i kontakt ze szkołami.



Koszykarz, który słucha

Vicky opowiada. Ta historia zaczęła się 20 lat temu. Ojciec Antonios, który pracował jako wikariusz w pobliskiej parafii, zerkał z okna na krzątające się bez celu dzieci. Ta dwójka nie wiedziała co z sobą zrobić. Wyszedł na dwór, a widok wysokiego, postawnego mężczyzny wzbudził ich zainteresowanie. Zaproponował grę w koszykówkę. Myśleli, że to żart, ale zagrali. Zaczęli też rozmawiać.

- Tego dnia ojciec Antonios przekonał się, że takich dzieci musi być więcej, że trzeba im pomóc. Odnalazł swoją misję - mówi Vicky.

Krok po kroku młody ksiądz pracował na zaufanie młodzieży. Rozmawiał, nie oceniał, starał się zrozumieć, szukał rozwiązań. W pomoc zaangażowała się też jego żona, która gotowała młodym obiady, prała ich ubrania.

- Dziś widzimy, jak Arka się rozrosła. Mamy pięć domów, pod opieką 600 dzieci, na stałe pracuje tu ponad 100 osób, a ogromną pracę wykonują wolontariusze. W samych Atenach jest ich około 2 tys. Robią drobne rzeczy, ale bardzo ważne. Np. idą z chorym dzieckiem do lekarza lub odprowadzają je do szkoły - dodaje Vicky.

"Przecież muszą kraść"

Nie zawsze było kolorowo i nie wszyscy akceptowali pracę Arki. Organizacja non-profit, która nie pobiera ani grosza z budżetu państwa, bywa atakowana za to, że pomaga m.in. uchodźcom. Zdaniem części społeczeństwa sami Grecy mają tyle problemów, że to im w pierwszej kolejności należy się pomoc. Kivotos jest jednak otwarte dla każdego.

"Jak uchodźcy mają przetrwać, skoro nikt nie nauczył ich, jak powinni funkcjonować w nowej strukturze? Przecież muszą zacząć kraść. Nasi dziadkowie i pradziadkowie wiedzą, co znaczy życie na uchodźstwie. Wiemy, co to znaczy rasizm i śmierć. Mamy dwie możliwości - albo zamknąć nasze drzwi na klucz, albo im pomóc" - cytuje słowa ojca Antoniosa strona Arki.

W Kivotos, jak nigdzie indziej widać, jakie szkody kryzys wyrządził greckiemu społeczeństwu. Gospodarka to system naczyń połączonych, a nie tylko cyferki, banki i głośne hasła. To ludzka krzywda. Kryzys "wypluł" najsłabszych.

Porzuceni i inni

- Trafiają do nas porzucone dzieci, ale to nie one stanowią największą część naszej "rodziny", jak tu mówimy. Naszymi podopiecznymi są przede wszystkim dzieci tych, którzy zdaniem opieki społecznej nie powinni być rodzicami. Tych, którzy bywają uzależnieni, piją, biorą narkotyki. Trafiają do nas też ci, których rodzice mają gigantyczne problemy finansowe i nie potrafią zapewnić dzieciom normalnego życia - wylicza Vicky.

Kivotos jest podzielone na kilka części. Serce stanowi centrala, która nie jest jednak placówką pobytu dziennego. Spełnia raczej rolę świetlicy. Dzieci przychodzą tam każdego dnia, by odrobić lekcje, pobawić się, wziąć udział w specjalnie przygotowanych wydarzeniach lub po prostu zabić czas. W innych domach jest podobnie.

Na trzecim piętrze centrali znajduje się ogromna sala wielofunkcyjna, z konsolami, piłkarzykami, miejscami do odrabiania lekcji i kącikiem artystycznym. Drugie piętro przeznaczone jest dla pracowników centrum. Na pierwszym są sale, w których odbywają się zajęcia dla młodzieży ze szkoły średniej, a na parterze funkcjonuje przedszkole.

80 łóżek

- Nie jest tak, że wszystkie dzieci u nas śpią i mieszkają. Ta grupa to niewielka część. Większością opiekujemy się przez cały dzień, a w nocy wracają do rodziców. Zresztą taką formę proponują sami rodzice - wyjaśnia Vicky.

Arka współpracuje z tzw. prokuratorem dziecięcym, instytucjami zajmującymi się ochroną dzieci, a także obroną praw dziecka. Wszelkie decyzje są uzgadniane na wielu szczeblach. Organizacja nie chce, by panowało przeświadczenie, że Arka odbiera dzieci rodzicom. Wręcz przeciwnie. W dobie kryzysu jej potrzeby są większe, a możliwości wciąż nieco ograniczone.

- Zauważyliśmy, że odkąd zaczął się kryzys, ludzie mogą nam mniej zaoferować. Szukamy więc innych rozwiązań. Potrzebujemy wsparcia, głównie finansowego. Nie jest jednak tak, że Grecy przestali nam pomagać. Wiemy przecież, że w wyniku kryzysu wiele budżetów ucierpiało, a ci ludzie mimo to przynoszą nam to, co mają. Może nie tyle co wcześniej, ale więcej osób oferuje mniejszą pomoc. I to w tej całej sytuacji jest najbardziej budujące, daje nadzieję i wiarę w sens tego, co robimy - przekonuje Vicky.

Dzieci Arki

Dzieci Arki kończą szkoły, niektórzy idą na studia. Innym z trudem przychodzi opuszczenie "rodzinnych" progów i zostają tam jeszcze długo. Jeszcze inni zakładają rodziny. Arka pomaga. Jej członkowie nie prowadzą szczegółowych statystyk, ale widzą, że to co robią, działa.

Jak długo to potrwa? Na jak długo wystarczy sił i zapału ojcu Antoniosowi? Czy ważna nagroda sprawi, że działalność Arki nabierze rozpędu? Na te pytania nie ma dziś odpowiedzi.

Największym marzeniem zaangażowanych w Arkę jest to, by... przestali być potrzebni. Oznaczałoby to, że Grecja uporała się z obrzydliwymi skutkami kryzysu, że większość ludzi dba o swoje dzieci, nie ma już biedy i nierówności. Problem w tym, że brzmi to jak utopia. Arka zawsze będzie potrzebna i zawsze będzie dawać nadzieję tym, którym ją odebrano.

Łukasz Szpyrka, Ateny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama