Reklama

Reklama

Walka o "jedynki" do europarlamentu

Pełną parą ruszyły przygotowania do wyborów do Parlamentu Europejskiego. Trwają kuluarowe rozmowy w sprawie wielkiej kolacji, w której obok PO i Nowoczesnej znalazłyby się także inne partie, np. SLD i PSL. Powoli tworzą się już wstępne listy, a działacze walczą o to, aby dostać prestiżową "jedynkę", czyli miejsce, które gwarantuje dostanie się do europarlamentu.

Najbardziej zaawansowane prace nad listami są w PiS. W PO opóźniają je rozmowy w sprawie koalicji i tworzenia wspólnych list z ugrupowaniami takimi jak PSL czy SLD.

W Warszawie kandydaci na pierwsze miejsce PiS to wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki i Zdzisław Krasnodębski, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego. Dla Jakiego europarlament ma być nagrodą za dynamiczną kampanię na prezydenta Warszawy.

Ale pierwsze miejsce na liście chce mieć także Zdzisław Krasnodębski. Poseł potwierdził w rozmowie z Interią, że chce kandydować do PE w najbliższych wyborach. - Pierwsze miejsce w Warszawie to miejsce, które mnie interesuje - powiedział.

Reklama

Na razie wszystko wskazuje na to, że to on stanie się lokomotywą warszawskiej listy, a Patryk Jaki będzie miał drugie miejsce, które także gwarantuje mandat. Wśród kandydatów do europarlamentu z PiS wymienia się także m.in. Annę Zalewską, Beatę Kempę i Beatę Szydło, która miałaby startować z Małopolski.

Niepewność wśród działaczy PO

W PO, w okręgu, który obejmuje Małopolskę i woj. świętokrzyskie pierwsze miejsce chce mieć europosłanka Róża Thun. Do europarlamentu planuje także startować Bogusław Sonik, jeszcze kilka miesięcy temu poseł na Sejm, który do PE wszedł na miejsce Bogdana Wenty, po jego wygranej na prezydenta Kielc.

- Parlament Europejski jest bliższy mojemu temperamentowi politycznemu, tu nikt nie ma wyraźnej większości głosów, decyzje zapadają dzięki porozumieniu - powiedział europoseł Bogusław Sonik w rozmowie z Interią.

Ani Róża Thun ani Bogusław Sonik nie są jednak pewni tego, że dostaną jedynkę. Niewykluczone, że to miejsce będzie musiało zostać przeznaczone dla kogoś z partii koalicyjnej. Stąd niepewność wśród chętnych do PE z Platformy.

- Na razie nie wiadomo jeszcze z kim pójdziemy do wyborów. Trudno teraz dzielić miejsca na liście dla ludzi z PO, ponieważ być może będziemy musieli je odstąpić innej partii koalicyjnej - mówi Aleksander Miszalski z zarządu krajowego PO.

PO chce iść do wyborów w szerokiej koalicji ponieważ to zapewni jej więcej mandatów w PE. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje