Reklama

Reklama

Ryszard Czarnecki: Taka sytuacja jest absolutnie dziwaczna

- Obowiązująca ordynacja do PE sprawia, że niektóre okręgi wyborcze mogą być pozbawione reprezentanta. Taka sytuacja jest absolutnie dziwaczna – przekonuje w rozmowie z Interią Ryszard Czarnecki. Europoseł PiS odniósł się także do rozpoczęcia postępowania KE przeciwko Polsce o naruszenie unijnego prawa.

Już dziś w Sejmie odbędzie się pierwsze czytanie projektu ustawy autorstwa posłów PiS o zmianie ustawy Kodeks wyborczy. Projekt, w dużym uproszczeniu, dotyczy zmiany zasad wyboru posłów do Parlamentu Europejskiego w okręgach wyborczych i wprowadzenia zasady, że w każdym okręgu wyborczym wybiera się co najmniej trzech posłów.

Nowe prawo ma być bardziej przejrzyste i sprawiedliwe. Każdy okręg wyborczy ma z góry wiedzieć, ilu europosłów wybierze. Zdaniem Ryszarda Czarneckiego skończy się "gra w ciemno".

- Obowiązująca ordynacja była powszechnie krytykowana od lewa do prawa. Ona w przeciwieństwie do ordynacji do krajowego parlamentu, nie określa z góry liczby mandatów dla danego okręgu. To oznacza, że jest to dla wyborców gra w ciemno. Mieszkaniec danego miasta nie wie, ilu będzie miał reprezentantów w Europarlamencie. Co więcej, przepływające między okręgami mandaty groziły, że niektóre województwa mogłyby nawet w sytuacji skrajnej być pozbawione reprezentacji. Bardzo niewiele zabrakło do tego w 2004 roku, kiedy poseł Tadeusz Zwiefka dostał się do PE z woj. kujawsko-pomorskiego. Niewiele brakowało, a to województwo nie miałoby swojego reprezentanta w PE. Taka sytuacja jest absolutnie dziwaczna - przekonuje Czarnecki w rozmowie z Interią.

Reklama

Europoseł zgadza się jednocześnie, że nowa ordynacja może faworyzować większe partie, takie jak PO lub PiS. Mniejsze, by dostać się do Europarlamentu, będą prawdopodobnie musiały szukać koalicjantów wyborczych.

- Oczywiście, w konsekwencji może być tak, że ta ordynacja będzie bardziej korzystna dla większych partii niż mniejszych - nie ukrywa Czarnecki.

Pierwsze czytanie projektu ustawy w Sejmie zostało zaplanowane na wtorek, na godz. 17.

Nie chcą krzyżować Polski

Tymczasem w poniedziałek Komisja Europejska ogłosiła, że rozpoczyna postępowanie przeciwko Polsce o naruszenie unijnego prawa. Polska dostała miesiąc na odpowiedź na zastrzeżenia KE w sprawie Sądu Najwyższego. Tym samym KE zastosowała skróconą procedurę, zwyczajowo są to bowiem dwa miesiące.

"Biorąc pod uwagę brak postępu i nadchodzące wdrożenie nowego reżimu emerytalnego dla sędziów Sądu Najwyższego, KE zdecydowała w trybie pilnym o uruchomieniu procedury o naruszenie prawa UE" - powiedział na konferencji prasowej w Brukseli Margaritis Schinas.

Czarnecki: - KE daje nam na odpowiedź tylko miesiąc. Dlaczego? To pytanie trzeba skierować do Komisji Europejskiej. Standardowo są to dwa miesiące. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Nie ma racjonalnych przesłanek, by taki termin wytłumaczyć.

Europoseł PiS uważa, że poniedziałkowa decyzja KE nie jest związana z kwestią zmian w Sądzie Najwyższym, a jest jedynie tematem zastępczym, bo na innym polu, w sprawie art. 7, to polski rząd uzyskał przewagę nad instytucjami unijnymi.

- Charakterystyczne, że nastąpiło to w momencie, kiedy sprawa art. 7 przeszła z KE na kraje członkowskie UE. Te państwa, co wyraźnie widać i słychać, są dużo bardziej pragmatyczne, a mniej ideologiczne niż KE. W interesie wielu z nich jest to, by z Polską układać dobre relacje gospodarcze i geopolityczne. I dlatego nie chcą krzyżować Polski, ani stawiać jej do kąta. Okazuje się, że na pewno nie będzie wystarczającej liczby państw, by przeforsować art. 7. Wzrośnie liczba krajów, które nie przyślą swoich przedstawicieli, a nieobecność to oczywiście głos za Polską. W związku z tym KE widząc, że sprawa wymyka im się z rąk, uruchomiła Trybunał Sprawiedliwości UE - tłumaczy Czarnecki.

Wiceszef MSZ Konrad Szymański zapowiedział z kolei, że Polska "ustosunkuje się na piśmie do rozumowania Komisji Europejskiej we wskazanym 30-dniowym terminie".

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy