Reklama

Reklama

Frontex: Nowe trendy w migracji do UE

Liczba migrantów napływających do Unii Europejskiej ogólnie spada, jednak niektóre szlaki przerzutu ludzi do Europy notują zwiększony ruch. Tak jest między innymi na trasie z Maroka do Hiszpanii. O tym, jak wygląda obecnie sytuacja na zewnętrznych granicach UE, i dlaczego niektórych migrantów nie można deportować, rozmawiamy z rzeczniczką Frontexu Ewą Moncure.

Agnieszka Waś-Turecka, Interia: Mamy jeszcze kryzys migracyjny?

Ewa Moncure, rzeczniczka Frontexu (Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej): - Biorąc pod uwagę najnowsze dane Frontexu na temat liczby migrantów napływających do Unii Europejskiej, to nie. W tym roku od stycznia do września do krajów Wspólnoty przybyło około 100 tysięcy osób. To jest poziom, do którego byliśmy przyzwyczajeni przed 2015 rokiem. Dziś skala problemu jest zupełnie inna.

Napływ zmniejszył się głównie na centralnym szlaku migracyjnym przez Morze Śródziemne.

Reklama

- Tak, ale ta liczba spada od ponad roku, więc to nic nowego. Natomiast to, co jest nowe, to wzrost liczby migrantów przybywających do Hiszpanii. W tym roku to już ponad 36 tysięcy osób, czyli dwa razy więcej niż w zeszłym. Musimy jednak pamiętać, że mimo iż jest to zjawisko niepokojące, to jednak tyle osób przypływało w 2015 roku na Lesbos w... tydzień.

Dlaczego rośnie liczba migrantów przeprawiających się do Hiszpanii?

- Jednym z kluczy są narodowości tych osób. Największą grupę stanowią Marokańczycy. W ich przypadku sytuacja jest specyficzna, ponieważ 60 do 70 proc. to nieletni, a ich nie można deportować. Hiszpania ma podpisaną umowę z Marokiem, dzięki której w zasadzie w ciągu kilku dni osoby, które nie mają prawa pozostać na Półwyspie Iberyjskim, są odsyłane. Natomiast umowa nie obejmuje nieletnich.

Podobną sytuację mieliśmy wcześniej z obywatelami Egiptu, którzy przedostawali się do Włoch.

Jakie jeszcze narodowości kierują się z Maroka do Hiszpanii?

- Z Afryki Zachodniej, głównie Malijczycy, Gambijczycy, Gwinejczycy. W większości przylatują samolotem do Casablanki i później przemieszczają się na wybrzeże.

W Maroku mamy już do czynienia ze zorganizowanymi siatkami przestępczymi, które zajmują się przerzutem ludzi do Hiszpanii. Organizują podróż. Głównie pontony i wyposażają je w silniki. Taka przeprawa kosztuje około tysiąca euro od osoby. Chyba że płaci się dopiero po przybyciu do Hiszpanii. Wtedy dwa, trzy razy tyle.

Jeszcze rok temu migranci sami organizowali sobie podróż.

- Tak, ci, którzy chcieli płynąć do Europy sami kupowali sobie łódź i przeprawiali się na własną rękę. Dziś robią to za nich przemytnicy. Dlatego m.in. tych przepraw jest więcej.

To są te same organizacje przestępcze, które operowały w Libii?

- Nie, to Marokańczycy. Ale jeśli szukać jakichś powiązań z Libią, to można powiedzieć, że Malijczycy, którzy wcześniej przeprawiali się przez Libię, teraz próbują przez Maroko. Choć nie możemy stwierdzić, że wszyscy, którzy wcześniej przemieszczali się przez Libię, teraz idą przez Maroko. Pewne narodowości się powtarzają, ale nie wszystkie.

Jak wygląda sytuacja na granicy? Przecież Maroko to zasadniczo normalnie funkcjonujące państwo, nie to co Libia.

- Granica jest kontrolowana, bo przecież Maroko ma normalnie działającą straż przybrzeżną i marynarkę. Mimo to dużo osób się przeprawia. To trochę gra w kotka i myszkę. Przemytnicy zmieniają miejsca w zależności od tego, gdzie akurat patrolują służby marokańskie.

Wykorzystują luki?

- Tak, nawet w ostatnim czasie było kilka przypadków użycia broni wobec migrantów. Ruch jest duży. Także - i to jest nowe - z zachodniej strony Maroka.

Czy w związku z tym UE bardziej współpracuje z Marokiem?

- Intensywnie z Marokiem, i to od zawsze, współpracuje Hiszpania. Samo Maroko też prowadzi specjalną akcję. Migrantów, którzy gromadzą się na północy kraju, by wypłynąć, przewozi się na południe, by zmniejszyć presję na granicę.

Natomiast nas - Frontexu - w Maroku nie ma.

Ale w tym rejonie Morza Śródziemnego prowadzicie operację Indalo.

- Tak. To jest operacja, która trwa już prawie rok. Gdy presja na Hiszpanię wzrosła wzmocniliśmy tam naszą obecność. Mamy statki, samoloty. Skala działań się zwiększyła.

Rośnie też liczba migrantów przeprawiających się przez granicę lądową z Turcją. Co tutaj się dzieje?

- Około połowę tych osób to Turcy, którzy proszą o azyl w Grecji. Dużo jest też Afgańczyków. Presja na tej granicy jest, natomiast nie jest ona jakaś wyjątkowa. Widzieliśmy bardziej niepokojące sytuacje. Choć oczywiście jeśli mówimy o około 15 tysiącach osób, to jest to już liczba, która może niepokoić.  

A na granicy morskiej na szlaku wschodnim?

- Siatki, które przerzucały ludzi  z Turcji do Grecji nadal tam działają, choć wiemy, że spadły ceny. Być może więc popyt nie jest już tak duży jak kiedyś. Wydaje się, że może to być jakimś sygnałem, ale na razie poziom liczby migrantów, jeśli chodzi o granicę morską, jest mniej więcej taki sam jak rok temu.

Spada natomiast, i to bardzo wyraźnie, liczba osób przeprawiających się do Europy tzw. szlakiem centralnym - o 80 proc. w pierwszych dziewięciu miesiącach 2018 roku. Współpraca z Libią się układa?

- Nie powiedziałabym, że się układa, ale że Libia kontroluje swoje granice. Jest coraz więcej straży przybrzeżnej. Z Libii wypływa coraz mniej migrantów, ale tym szlakiem regularnie przypływają też osoby z Tunezji i - w mniejszym stopniu - z Algierii.

W 2015 roku najwięcej migrantów przybywało do UE z Syrii, Kosowa i Afganistanu. A jak jest dziś?

- Inaczej. Syryjczycy nie stanowią już większości. Dużo jest Marokańczyków, Tunezyjczyków, Afgańczyków. Osoby z Syrii i Iraku nadal przypływają, ale nie w takich liczbach jak w 2015 roku. Wtedy do Grecji przybyło pół miliona Syryjczyków. Sytuacja, kto szukał azylu, a kto nie, była bardziej klarowna. Marokańczycy czy Tunezyjczycy mają dziś niewielkie szansa na jego otrzymanie. Podobnie osoby z Afryki Zachodniej.

Czy jakiś szlak migracyjny wiedzie przez Polskę?

- Nie. Ogólnie na całej granicy wschodniej notujemy niewielką liczbę nielegalnych przekroczeń. W tym roku to w sumie około 500 osób. Szlaki południowe nadal są najbardziej popularne.

Frontex bierze udział w procesie deportowania do krajów pochodzenia osób, które nie otrzymały azylu. Kiedy rozmawiałyśmy rok temu na Sycylii mówiła pani, że na 100 osób odsyłanych jest 45-48. Coś się zmieniło w tych statystykach?

- Nie mamy jeszcze danych za cały rok, ale jest duży nacisk na to, by efektywność powrotów się zwiększyła.

A są jakieś dowody, że tak się dzieje?

- My jesteśmy gotowi, ale żeby kogoś deportować musi być decyzja o powrocie, a ona nie jest wydawana przez nas, lecz przez kraje członkowskie. Jeśli jest prawomocna i wiadomo, gdzie ci ludzie są, to mogą być deportowani. My w tych powrotach pomagamy, ale pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć.

W ciągu ostatnich dwóch lat deportowaliśmy około 30 tysięcy osób. Jednak ten proces wymaga jeszcze wielu usprawnień. Stąd między innymi pomysł kontrolowanych centrów na terenie UE, w których cała procedura azylowa mogłaby przebiegać.

Mówiła pani, że niektóre kraje afrykańskie nie chcą z powrotem przyjmować swoich obywateli. Dalej tak jest?

- Komisja Europejska prowadzi w tym zakresie negocjacje i wiele udało się zrobić. Zarządzanie migracją to nie tylko kontrola granic, ale także różne programy ekonomiczne wspomagające kraje, z których pochodzą migranci. Ale nie można jednocześnie im pomagać i akceptować, że one nie będą przyjmowały swoich obywateli.  

Od lutego w porozumieniu z Włochami prowadzicie na centralnym odcinku Morza Śródziemnego operację Themis. Wcześniej była operacja Tryton. Tym razem statki Frontexu nie muszą przewozić uratowanych migrantów tylko do portów włoskich. Z czego wynika ta zmiana?

- W ramach akcji ratunkowych nasze statki przewożą migrantów do portów wyznaczonych przez Rzym. Do tej pory wszyscy uratowani w ramach tej operacji zostali przewiezieni do włoskich portów. Nasz plan operacyjny jest ten sam.

Zatem jest jakakolwiek różnica między Trytonem a Themis?

- Jest, jeśli chodzi o strefę operacyjną. Teraz jest dużo bardziej rozległa, od Sardynii po Morze Adriatyckie. Misja obejmuje nie tylko kwestie kontroli granic i migrantów, ale także związane z przerzutem narkotyków, np. z Albanii do Włoch.

Natomiast jeśli chodzi o akcje ratunkowe, to nic się nie zmieniło. Jeśli zostajemy wysłani przez Rzym, to płyniemy.

Częstotliwość misji jest taka sama?

- Trudno powiedzieć. Jest mniejsza liczba ludzi przypływających z Libii, dużo więcej libijskiej straży przybrzeżnej.

Czyli mniej się dzieje i dlatego może być mniej akcji, a nie dlatego, że Włosi są bardziej oporni w wysyłaniu statków?

- Jeśli jakiś statek jest w niebezpieczeństwie, to zawsze jest prowadzi się akcję ratunkową. W którym porcie migranci zostaną wysadzeni i co się z nimi potem stanie, to jest inna kwestia. Natomiast wszyscy ludzie są zawsze ratowani.

Dowództwo nadal należy do Włochów?

- Tak.

Czyli w ramach Themis nie było takich przypadków, że Włosi nie chcieli przyjąć statku, ponieważ sami je wysyłają?

- Nie mieliśmy takiej sytuacji.

Przypadki problemów z przyjęciem uratowanych migrantów dotyczyły statków organizacji pozarządowych.

Ale łodzie Frontexu nie mają już obowiązku przywozić migrantów tylko do włoskich portów?

- Do tej pory przewoziliśmy tylko do Włoch.

Czy w planie operacyjnym jest furtka, że Włosi mogliby wskazać jakiś inny port?

- Zapis jest taki, że migranci mają być wysadzeni w porcie, który wskaże dowództwo w Rzymie.

A mogłoby wskazać jakiś inny niż włoski? Np. gdyby porozumieli się z Maltą?

- Nie będę spekulować. Do tej pory wszystkie nasze statki przywoziły migrantów do portów włoskich.

Jak wygląda obecnie współpraca z nowym włoskim rządem?

- Współpracujemy - tak jak wcześniej - z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych według planu operacyjnego.

Wcześniej była operacja Tryton. Teraz Themis. Przygotowujecie już kolejną?

- Nasze misje są obliczone na rok, co ma związek z planowaniem budżetowym. Za każdym razem oceniamy wyniki i podejmujemy decyzję, co robimy dalej. Natomiast nie komunikujemy tego publicznie.

Czyli nie powie mi pani, jakie mogłyby być założenia kolejnej misji?

- Nie. Ale mogę powiedzieć, że tam, gdzie presja jest większa, nasze działania zapewne zostaną wzmocnione, a tam, gdzie mniejsza, na odwrót. Ale trzeba też patrzeć perspektywicznie, tzn. dlaczego presja jest teraz mała i jak szybko znów może być duża.

Jean-Claude Juncker i jego Komisja Europejska chcieliby wzmocnienia Frontexu do około 10 tysięcy pracowników. Co pani na to?

- Negocjacje w Unii Europejskiej trwają. My jesteśmy gotowi do realizacji nowych zadań.

Wiemy, że w 2015 roku, w momencie kryzysu, obecny model operacji na granicach zewnętrznych, czyli pożyczanie sprzętu i pograniczników z krajów członkowskich na taką skalę, jak to było konieczne, nie zdał egzaminu. Nowe propozycje mogłyby to usprawnić.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL