Reklama

Reklama

Afera podsłuchowa

Zagrywkę z taśmami poprzedziła prowokacja. "To nie przypadek"

Na ostatniej prostej kampania wyborcza zaczyna nabierać morderczego tempa. Nie zdążyły jeszcze dobrze wybrzmieć echa prowokacji, do której zdaniem polityków PiS doszło przed budynkiem TVP, a już za sprawą przecieku odpalona została kolejna - tym razem "taśmowa" - bomba. Światło dzienne ujrzały nowe nagrania, na których utrwalono rozmowy biznesmena Jana Kulczyka z czołowymi politykami Platformy Obywatelskiej. W ocenie dr hab. Macieja Drzonka, politologa z Uniwersytetu Szczecińskiego, kolejność zdarzeń nie jest bynajmniej dziełem przypadku. - Wiązałbym ze sobą te dwa fakty. Sprawa bijatyki przed budynkiem TVP już została wykorzystana przez oponentów Prawa i Sprawiedliwości. Być może taśmy to próba zrównoważenia tego przekazu - przekonuje ekspert.

Po tym, jak telewizja Republika ujawniła w środę wieczorem nagrania nielegalnie podsłuchanych rozmów z udziałem zmarłego latem biznesmena Jana Kulczyka z byłym ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim, lobbystą Piotrem Wawrzynowiczem oraz szefem Najwyższej Izby Kontroli Krzysztofem Kwiatkowskim, opozycja nie zostawia na Platformie Obywatelskiej suchej nitki.

Liderka Zjednoczonej Lewicy Barbara Nowacka twierdzi, że jest "zgnieciona" tym, co usłyszała i przekonuje, że nowe taśmy są dowodem na to, "jak przez osiem lat gniło polskie państwo". "My się na to nie zgadzamy. Nie chcę już żyć w tej obrzydliwości korupcji, nie chcę żyć w kraju, w którym muszę patrzeć, jak władza nasze pieniądze bierze sobie do kieszeni" - zaznaczyła.

Reklama

"Ministrowie w rządzie PO niczym chłopcy na posyłki"

Lider Solidarnej Polski Zbigniew Ziobro idzie w swoich wnioskach dalej i sugeruje wprost, że dzięki podsłuchanym rozmowom staliśmy się świadkami "procesu ustawiania prywatyzacji, w której Jan Kulczyk wykorzystywał, niczym chłopców na posyłki, ministrów rządu Platformy Obywatelskiej. Podobnej retoryki używa Joachim Brudziński, który przekonuje, że zyskaliśmy dowód na "skundlenie elit politycznych, w rękach których spoczywa odpowiedzialność za państwo". "Postawa kelnerska czołowych polityków w kraju wobec oligarchy jest czymś ostentacyjnie odrażającym i nieprzyzwoitym" - grzmi polityk Prawa i Sprawiedliwości.

Pytany o komentarz w sprawie minister skarbu Andrzej Czerwiński z uporem maniaka odpiera zarzuty twierdząc, że "sprawa taśm została już zamknięta, a bohaterowie nagranych rozmów nie znaleźli się na listach Platformy Obywatelskiej".

Ktoś steruje taśmami? Kopacz o "politycznej grze"

Wywołana do tablicy premier Ewa Kopacz uderza w podobne tony i sugeruje, że nielegalnie podsłuchane rozmowy stały się elementem politycznej gry.  "Oczywiście zapoznam się z zawartością tych taśm, ale jeśli na tych nagraniach jest coś, czym powinien zająć się prokurator, to powinien zająć się prokurator, a nie polityk. Jeśli tam nie ma nic, co byłoby zajęciem dla prokuratora, to znaczy, że te taśmy wykorzystywane są do gry politycznej. A tego bym nie chciała" - podkreśliła.

Wymieniona przez panią premier prokuratura oceniła, że zapis rozmów jest dla nich dokumentem "cennym", aczkolwiek o nagraniach wiedziała  i już wystąpiła do dziennikarzy o przekazanie całości materiału źródłowego.

Tego, że taśmy prędzej czy później staną się kartą przetargową w kampanijnej grze, mogliśmy się spodziewać. - To było do przewidzenia. Od dawna słyszymy z ust rożnych polityków, że afera podsłuchowa nie została wyjaśniona - argumentuje w rozmowie z Interią dr hab. Maciej Drzonek. Jednocześnie wskazuje na pewną - nieprzypadkową - sekwencję zdarzeń, których staliśmy się świadkami w ostatnich dniach. - Zanim telewizja Republika opublikowała taśmy, pojawiła się sprawa przepychanek przed budynkiem TVP z udziałem młodzieżówki Prawa i Sprawiedliwości, która chciała wejść na debatę i to już zostało wykorzystane przez oponentów Prawa i Sprawiedliwości - przekonuje ekspert. - Wiązałbym ze sobą te dwa fakty. Być może taśmy to próba zrównoważenie tego przekazu - dodaje.

Autorzy prowokacji mogą dostać rykoszetem

Zdaniem polityków Prawa i Sprawiedliwości to, co zrobiła ochrona pod budynkiem telewizji "wyglądało na przygotowaną prowokację". Nasz rozmówca przekonuje, że taka argumentacja nie jest pozbawiona rzeczowości i istnieją przesłanki, które zdają się za nią przemawiać.  - Ja nie wiem, jak to było naprawdę pod tą telewizją, ale trudno mi sobie wyobrazić, że Prawo i Sprawiedliwość, które idzie szerokim frontem po zwycięstwo, dokonuje siłowej próby przejścia przez kordon ochroniarzy. Moim zdaniem można się w tym wypadku dopatrywać elementu prowokacji i to już idzie siłą rozpędu - wyjaśnia.

Nie jest wcale wykluczone, że to jeszcze nie koniec asów wyciąganych z rękawów politycznych przeciwników i jeszcze przed ciszą wyborczą staniemy się świadkami kolejnego wyreżyserowanego spektaklu. Autorzy prowokacji mogą jednak zapłacić wysoką cenę i dostać rykoszetem, dlatego nasz rozmówca zaleca ostrożność.  Na końcu kampanii może jeszcze coś się pojawić, ale każdy tego typu ruch pociąga za sobą duże ryzyko. Takie chwyty są nie tylko nieetyczne, ale i niebezpieczne, dlatego właśnie bym je odradzał - puentuje ekspert.

Gwóźdź do trumny Platformy Obywatelskiej?

Wyborca, będący naocznym świadkiem zadawanych na politycznym ringu mniej lub bardziej bolesnych ciosów, nie pozostanie na nie głuchy, a jego interpretacja zdarzeń przełoży się na dokonywane przy urnie ruchy. - W ostatnich dniach politycy zarzucali sobie różne rzeczy, a to przede wszystkim może wpłynąć na obniżenie frekwencji - wskazuje Drzonek. 

Na degustacji elektoratu najbardziej ucierpi Platforma Obywatelska, a najwięcej zyska Prawo i Sprawiedliwość, bo mocną stroną ich zwolenników jest dyscyplina. - W mikroskali potwierdza to wykonana przeze mnie analiza zachowań wyborczych dotycząca poprzednich wyborów parlamentarnych w 2011 roku. Wykorzystując dane z okręgowych komisji wyborczych w Szczecinie zauważyłem pewną zależność - im wyższa była frekwencja w danym obwodzie, tym wyższe było poparcie dla Platformy Obywatelskiej i tym niższe dla Prawa i Sprawiedliwości - wyjaśnia politolog. 

Pytany, czy ujawnienie nowych nagrań może stać się gwoździem do trumny Platformy Obywatelskiej, wskazuje, że na pewno można mówić o próbie zrobienia pod niego dziurki.

Na razie pewne jest tylko to, że emocji 25 października nie zabraknie, bo możliwych jest co najmniej kilka powyborczych scenariuszy, z tym wskazującym na pełne zwycięstwo ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego na czele. Ewa Kopacz będzie musiała z kolei zmierzyć się z kryzysem we własnym obozie politycznym, o którym wspominają już nie tylko jej naturalni oponenci, ale i sojusznicy. Wystarczy wspomnieć o ponoć gotowym już "wilczym bilecie" dla Grzegorz Schetyny  i szykowanej przez niego "piątej kolumnie".

Ostatecznie "taśmowa bombowa" może zwrócić się między innymi przeciwko pani premier i zostać wykorzystana jako główny argument do odsunięcia jej w cień. Chętnych do przejęcia fotela lidera z pewnością nie zabraknie. 





Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy