Reklama

Reklama

Afera podsłuchowa

​Afera taśmowa: Radosław Sikorski broni się i oskarża

Pozbawiony stanowisk Radosław Sikorski już bez zahamowań atakuje w sprawie afery taśmowej. Były minister spraw zagranicznych i były marszałek Sejmu po raz pierwszy tak ostro komentuje nagrania.

Radosław Sikorski w rozmowie z "Newsweekiem" potwierdził, że to przez aferę taśmową stracił zajmowane stanowiska.

Przypomnijmy, że w 2014 roku za sprawą tygodnika "Wprost" światło dzienne ujrzały nagrania z nielegalnych podsłuchów w restauracji Sowa i Przyjaciele. Jedną z podsłuchanych rozmów była konwersacja Sikorskiego z Jackiem Rostowskim.

Teraz Sikorski oskarża opozycję, że maczała palce w ujawnianiu tych nagrań.

"Kolejne nagrania wychodzą na światło dzienne w momentach, które są dogodne dla opozycji. Na przykład rozmowa Wojtunik-Bieńkowska w kluczowym momencie kampanii wyborczej. Dodam jeszcze, że zastanawiającym zbiegniem okoliczności dostęp do tych nagrań mają tylko dziennikarze tak zwani niepokorni, czyli związani z prawicową opozycją" - zarzuca eksmarszałek w "Newsweeku".

"Ja nie chcę stawiać kropki nad i, ale gdy dowiadujemy się, że Marek Falenta spotykał się z byłymi szefami CBA z czasów Mariusza Kamińskiego i zarazem działaczami PiS, i że oni wiedzieli o tych taśmach wiele tygodni przed ich publikacją... To zaczyna sklejać się w obraz próby wpłynięcia na wybory parlamentarne za pomocą podsłuchów" - uważa Sikorski.

Upadły polityk w rozmowie z Tomaszem Lisem narzeka, że tak wiele uwagi poświęcono nagraniom.

"Afera na trzy miliardy, czyli SKOK-i, nikogo nie podnieca, a kolacja za kilkaset złotych jest uważana za wielki skandal" - odgryzł się Sikorski.

Wiceprzewodniczący PO zbagatelizował treść taśm.

"Nagrano setki godzin, wyjęto tylko najsmaczniejsze kawałki i co się okazało? Że przy kielichu zdarzają się brzydkie słowa czy ploteczki. Wow! Z powodu nieeleganckich wyrażeń oczywiście jest mi głupio, ale niech pierwszy rzuci kamień ten, kto przy kolacji nie powiedział dowcipu czy nie dał się ponieść fantazji. Nie porównuję się, ale gdyby nagrano marszałka Piłsudskiego, jak biesiaduje ze swoimi oficerami, to też parę grubych słów by padło. Błogosławiony kraj, który ma takie afery" - stwierdził.

Sikorski co prawda pokajał się za zamówienie drogiego wina na koszt podatnika (po ujawnieniu afery pieniądze oddał), ale za moment przywołał zmarłego Lecha Kaczyńskiego.

"Gdy pytano Jarosława Kaczyńskiego, dlaczego prezydent Lech Kaczyński płaci 2500 dolarów za dobę hotelową w Nowym Jorku, słusznie odpowiedział, że państwo polskie nie powinno uprawiać dziadostwa. I zapewniam pana, że wielu ambasadorów pija lepsze wino niż to, które my piliśmy" - skontrował Radosław Sikorski w "Newsweeku".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy