Reklama

Reklama

Sprawa polska a NATO. Co udało się zrealizować z ustaleń z Newport?

Ze szczytem NATO, jaki 8-9 lipca odbędzie się w Warszawie, wielu polskich polityków i komentatorów wiąże ogromne nadzieje. Spodziewają się konkretnych i strategicznych decyzji związanych z bezpieczeństwem naszego kraju. Sprawdźmy zatem, z jakiej pozycji startujemy, czyli co ustalono na poprzednim natowskim szczycie i co z tych założeń udało się zrealizować.

Przenieśmy się na moment do 2014 roku - docierają do nas doniesienia o wydarzeniach na ulicach Kijowa, na Placu Niepodległości, okrzykniętym euromajdanem, płoną opony i leje się krew. Prezydent Janukowycz ucieka. Niespokojnie na Krymie, do miast wkraczają rosyjscy żołnierze. W przyspieszonym tempie organizowane jest referendum akcesyjne, uznane za nielegalne przez wiele międzynarodowych organizacji, m.in. NATO. Niedługo potem na wschodniej Ukrainie wybucha wojna. Ludzie schodzą do piwnic i schronów. Wśród Ukraińców trwa mobilizacja, a wśród prorosyjskich separatystów pojawiają się "zielone ludziki".

Reklama

W cieniu tych właśnie wydarzeń, we wrześniu 2014 roku w Walii (Wielka Brytania) ma miejsce spotkanie Rady Północnoatlantyckiej na poziomie szefów państw i rządów, czyli szczyt NATO.

"Szczyt NATO w Walii odbywał się w momencie gruntownej zmiany uwarunkowań środowiska bezpieczeństwa, będącej efektem rosyjskiej agresji na Ukrainę. I to właśnie konflikt rosyjsko-ukraiński, rozgrywający się w bezpośrednim sąsiedztwie Sojuszu, uruchomił strategiczną refleksję skutkującą powrotem NATO do korzeni, czyli koncentrowaniem działań i przygotowań sojuszniczych na rdzennej misji, jaką jest kolektywna obrona" - tak we wstępie dokumentu "Szczyt NATO w Walii: uwarunkowania, rezultaty, wnioski dla Polski" pisali niespełna dwa lata temu dwaj członkowie polskiej delegacji: gen. Stanisław Koziej, wówczas szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, oraz członek rady programowej BBN Paweł Pietrzak. 

Quo vadis, NATO?

Walijski szczyt określono najważniejszym spotkaniem Rady Północnoatlantyckiej na szczeblu głów państw i szefów rządów od momentu przystąpienia Polski do NATO.

"Podjęte w tym duchu decyzje na szczycie w Walii, wskazujące kierunek adaptacji Sojuszu do zmienionej sytuacji, są zgodne z polskimi interesami. Zadaniem struktur sojuszniczych i państw członkowskich na najbliższe miesiące będzie ich szybka, ale przede wszystkim pełna implementacja" - stwierdzono w cytowanym dokumencie.

Niemal w przededniu szczytu NATO, który odbędzie się w Warszawie 8 i 9 lipca 2016 r., przypominamy, jakie ustalenia zapadły na poprzednim spotkaniu Rady Północnoatlantyckiej i sprawdzamy, w jakim stopniu zostały zrealizowane.

Kolektywnie, czyli jak muszkieterowie

Podstawowy kierunek działań NATO określono w "Planie działań na rzecz gotowości" (Readiness Action Plan). To dokument niejawny, ale jego generalne ustalenia zostały powtórzone w deklaracji końcowej ze szczytu. Dotyczą one ogólnych zadań Sojuszu.

Co zatem ustalono? 

Jednym z podstawowych i dla Polski bardzo ważnych punktów było zapewnienie ciągłej obecności wojsk sojuszniczych w regionie. Założono także, że na potrzeby przebywających i ćwiczących w regionie wojsk zostaną utworzone bazy logistyczne.

Ponadto zaplanowano utworzenie ośrodków dowodzenia na wschodniej flance, w tym w Polsce. Wśród punktów planu znalazło się także wzmocnienie Sił Odpowiedzi NATO (NATO Response Force), czyli m.in. utworzenie w ich ramach Sił Natychmiastowego Reagowania (inna nazwa: Połączone Siły Zadaniowe Bardzo Wysokiej Gotowości, z ang. Very High Readiness Joint Task Force, VJTF), nazywanych powszechnie "szpicą".

W Newport założono też, że na wschodnim skrzydle NATO - czyli m.in. w Polsce - częściej i intensywniej będą prowadzone ćwiczenia wojskowe (według zaktualizowanych i wzmocnionych planów dot. operacji kolektywnej obrony).

Szczególnie istotny dla naszego kraju był punkt dotyczący rozbudowy infrastruktury sojuszniczej oraz rozmieszczenie baz ze sprzętem na wschodnim krańcu Sojuszu.

W Walii założono, że ulokowane w Szczecinie Dowództwo Wielonarodowego Korpusu Północny-Wschód ma być przygotowane do dowodzenia operacjami szpicy NATO, jeśli takie miałyby miejsce na wschodniej flance. Zdecydowano też m.in., że liczebność korpusu zostanie podwojona. I tak od 1 czerwca 2015 r. szczecińska jednostka funkcjonuje w nowej strukturze.

Po podniesieniu stopnia gotowości bojowej jednym z zadań Dowództwa ma być synchronizacja działań tzw. NATO Force Integration Units, to jest jednostek łącznikowych, koordynujących ćwiczenia i zajmujących się wspólnym planowaniem. Jeszcze przed szczytem NATO w Warszawie Jednostka ma udowodnić swe zdolności operacyjne do dowodzenia Siłami Natychmiastowego Reagowania, czyli wspomnianą szpicą NATO.

Podniesienie gotowości Korpusu oznacza skrócenie czasu, jaki jednostka ma na osiągnięcie gotowości do wykonania zadań. Dotychczas było to do 180 dni - po przekształceniu w jednostkę wysokiej gotowości bojowej będzie to do 90 dni lub mniej.

Silna flanka na Wschodzie

W lutym bieżącego roku w Brukseli odbyło się spotkanie ministrów spraw zagranicznych państw NATO. Przyjęto na nim kierunkowe decyzje, dotyczące wzmocnienia wschodniej flanki Sojuszu.

Jak później tłumaczył w wywiadzie dla "Polski Zbrojnej" wiceminister obrony narodowej Tomasz Szatkowski, "chodzi o ciągłą rotacyjną obecność oddziałów wojskowych, czyli zmienia się ich skład personalny, ale korzystają one ze stałych elementów logistycznych, a ich aktywność jest wpisana w plany obronne i struktury dowodzenia. Dotychczas obowiązywało założenie, że obrona wschodniej flanki bazuje na siłach narodowych oraz wzmocnienia. Teraz ministrowie uznali, że sytuacja geopolityczna i wojskowy bilans sił zmieniły się na tyle, że jest potrzebna zmiana tej formuły".

Co konkretnie oznacza to powtarzane wielokrotnie wzmocnienie wschodniej flanki NATO? Zapytaliśmy Marcina Terlikowskiego, analityka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i kierownika Projektu Bezpieczeństwo.

- To pewien model. Zgodnie z postanowieniami szczytu walijskiego z 2014 r. forma obecności wojsk NATO na wschodniej flance to były właśnie ćwiczenia, czyli obecność okresowa, a nie stała. Wojsko przyjeżdżało i wyjeżdżało, nie było pewnej stałej liczby żołnierzy z krajów natowskich, która by stacjonowała cały czas Polsce. Ta liczba się zmieniała - od niewielkiej do bardzo dużej w czasie ćwiczeń - zwraca uwagę ekspert i podkreśla, że oczekuje się, że to właśnie w Warszawie ma być podjęta decyzja, zgodnie z którą żołnierze wyjeżdżający będą natychmiast uzupełniani przez żołnierzy przyjeżdżających do Polski.

Mechanizm ten będzie działał w ramach nowych wielonarodowych sił, które Sojusz rozmieści właśnie w Polsce oraz na Litwie, Łotwie i w Estonii.

Jaka to może być liczba? W kwietniu 2014 roku ówczesny minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski wskazał: "gdyby u nas znalazły się dwie ciężkie brygady NATO, bylibyśmy (...) w pełni usatysfakcjonowani" (cytat za PAP). Sikorski wyraził ambitny próg oczekiwań (brygada ciężka to około 4 tys. żołnierzy - red.). 

Dziś - jak wskazuje Marcin Terlikowski - mówimy o czterech batalionach, czyli po maksymalnie 1000 żołnierzy dla Polski i każdego z krajów bałtyckich. Ekspert zaznacza jednocześnie, że to decyzja niepotwierdzona i ostatecznie ma zapaść na szczycie w Warszawie.

- Polska uważa, że docelowo wyższy poziom obecności wojskowej byłby wskazany i możemy go osiągać w ramach reakcji na politykę rosyjską. Jeśli polityka Kremla będzie coraz bardziej konfrontacyjna wobec NATO, to obecność wojsk na wschodniej flance powinna być zwiększana, być może nawet do poziomu brygady - wyjaśnia.

Każdy sam na siebie

"Gwarancje sojusznicze nie zwalniają jednak poszczególnych państw członkowskich z konieczności wzmacniania własnego narodowego potencjału obronnego. Polska musi więc podjąć szereg wewnętrznych działań i przygotowań nakierowanych na podnoszenie poziomu bezpieczeństwa państwa i wzmacnianie jego odporności na agresję" - napisano w cytowanym raporcie po szczycie w Walii.

Dwa lata temu państwa Sojuszu wyraziły wolę zwiększenia wydatków na obronność do 2 proc. PKB. W lipcu 2015 roku ówczesny prezydent Bronisław Komorowski podpisał ustawę, zgodnie z którą od 2016 roku na finansowanie potrzeb obronnych budżet państwa ma wydawać co najmniej 2 proc. PKB z roku poprzedniego, czyli o 0,05 pkt proc. więcej niż wcześniej.

Jakie - poza zwiększeniem wydatków na obronność - działania "na rzecz podnoszenie poziomu bezpieczeństwa państwa i wzmacnianie jego odporności na agresję" podjęto od 2014 roku? Zapytaliśmy o to dr. Michała Piekarskiego z Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego Uniwersytetu Wrocławskiego.

- Najkrótszą odpowiedzią byłoby: prawie żadne - twierdzi nasz rozmówca. Jak jednocześnie podkreśla, szczyt w Walii spowodował ważne przesunięcia doktrynalne, ale nie tylko one są potrzebne. - Mamy nową strategię bezpieczeństwa narodowego, ale trzeba pamiętać, że od decyzji strategicznych do podjęcia decyzji, które bezpośrednio wpływają na to, co dzieje się z wojskiem, czy też całym systemem bezpieczeństwa państwa, jest jeszcze długa droga - mówi Interii dr Piekarski i zaznacza, że to wszystko "trzeba przekuć w konkretne decyzje, dotyczące struktur, zakupów, czy polityki kadrowej".

Co trzeba poprawić?

Dr Piekarski wylicza szereg spraw, które - jego zdaniem - wymagają natychmiastowej poprawy czy dopracowania.

- Należałoby dokonać dogłębnej reformy, jeśli chodzi o politykę kadrową - uważa nasz rozmówca.

Zauważa, że na razie podejmowane są najprostsze decyzje, ale niekoniecznie dobre. - Na przykład zamiast racjonalnej refleksji na temat tego, jak długo żołnierz w stopniu szeregowego ma służyć i jak postępować z żołnierzami wyspecjalizowanymi, zniesiono limit dla wszystkich. To może doprowadzić do tego, że w przyszłości etaty zostaną zablokowane przez 40, 50-letnich żołnierzy stopnia szeregowego - prognozuje dr Piekarski. 

Mówi także o niepowodzeniu projektu Narodowych Sił Rezerwowych, które miały stworzyć możliwość połączenia służby wojskowej z jednoczesną pracą w cywilu. 

- Biurokracja wojskowa wykorzystała mechanizm Narodowych Sił Rezerwowych i zapełniono luki kadrowe. Tam, gdzie nie było obsadzonego etatu żołnierza zawodowego, zmieniono ten etat na żołnierza NSR. W efekcie ten projekt uważany jest za nieefektywny. Doczekał się nawet różnych złośliwych rozwinięć, np. Najtańsza Siła Robocza - zaznacza.

"Chcesz pokoju? Przygotuj się do wojny"

Zdaniem dr. Piekarskiego ważnym pytaniem, jakie powinniśmy sobie zadać w związku z obronnością naszego kraju, jest to, skąd będziemy brać żołnierzy w czasie ewentualnej wojny. 

- Realnie możemy liczyć na te osoby, które odsłużyły służbę zasadniczą od 2000 do 2009, to osoby, które są odpowiednio przeszkolone (Ostatni pobór do wojska przed nowelizacją ustawy odbył się w roku 2008 roku. Zwolnienie z zasadniczej służby wojskowej ostatnich poborowych odbyło się w sierpniu 2009 - red.). Jeśli ktoś ukończył służbę zasadniczą w 2009 roku, to będzie miał teraz 27 lat. Zapasy tych osób będą się wyczerpywać - mówi specjalista ds. bezpieczeństwa narodowego.

Wciąż otwarta jest też sprawa modernizacji armii czy przetargów na sprzęt wojskowy.

Przypomniane przed niespełna dwoma laty zadanie zwiększania własnego potencjału bezpieczeństwa narodowego ani trochę nie straciło na aktualności. 

Justyna Tomaszewska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje