Reklama

Reklama

​Kulisy negocjacji na COP24. Kto gdzie ustawił "czerwone linie"

Fiasko katowickiego szczytu to najmniej realny scenariusz - dowiedzieliśmy się od negocjatorów i osób znających przebieg rozmów. - Wczoraj siedzieliśmy prawie do trzeciej w nocy, jesteśmy wykończeni, ale wszystko idzie ku dobremu - zaznacza jeden z delegatów. Liczba spornych fragmentów w porozumieniu katowickim przez noc zmalała z 631 do 181. Szczyt klimatyczny COP24 zbliża się do finału.

Reklama

Choć dopuszcza się przeciągnięcie rozmów nawet do niedzieli, to jednak sobota jest najbardziej realnym terminem zakończenia negocjacji.

Reklama

Nasi rozmówcy nakreślili trzy możliwe rozstrzygnięcia:

- brak porozumienia, czyli fiasko szczytu; uważa się, że to najmniej prawdopodobna opcja,

- porozumienie rozwodnione, w którym najbardziej drażliwe kwestie odłożone zostaną na kolejny COP; to z kolei rozstrzygnięcie, które wydaje się najbardziej realne,

- ambitne porozumienie, które wymagałoby kompromisu "last minute", rozstrzygającego wszystkie sporne kwestie. A jest ich niemało.

Członkowie polskiej delegacji relacjonują, że wczorajsze nocne obrady były konstruktywne i napawają nadzieją - wszystkie strony wydają się być zdeterminowane, by koniec końców, brzydko mówiąc, coś razem podpisać. Ale oczywiście diabeł tkwi w szczegółach.

O co walczy Polska

Jak nam powiedziano, jeśli chodzi o zobowiązania na rzecz ochrony klimatu, to akurat polskie władze, broniące energetyki węglowej, mogą być spokojne.

Na COP24 nie zapadną żadne decyzje co do skali redukcji emisji CO2 - negocjatorzy wojują tutaj jedynie o krańcową datę ustalenia tych szczegółów. Ponadto zobowiązania klimatyczne weźmie na siebie cała Unia Europejska, a dopiero później będą one "rozdzielane" między kraje członkowskie, co otwiera nam dużą przestrzeń do negocjacji.

O co więc walczy Polska? O porozumienie. O to, by można było odtrąbić sukces szczytu. Nawet przy "rozwodnionym" porozumieniu będzie można chwalić się doprowadzeniem do kompromisu. Jedynie fiasko rozmów byłoby klęską wizerunkową polskiej prezydencji i tego za wszelką cenę stara się ona uniknąć.

Udało nam się ustalić, co może pójść nie tak, czyli czego dotyczą najważniejsze kwestie sporne.

USA kontra Chiny

Stany Zjednoczone po pierwsze chcą jak największej transparentności pomiarów emisji - ustalenia międzynarodowych standardów w tej kwestii. Po drugie USA dążą do tego, by, jak nam powiedziano, "przycisnąć Chiny". Chodzi o to, by zobowiązania Chin nie były mniejsze niż krajów najbogatszych.

- USA zaznaczyły wczoraj, że przekroczono wiele ich "czerwonych linii". I to, niestety, tonem, który się nie spodobał - usłyszeliśmy.

Chiny z kolei zawiązały koalicję m.in. z Indiami czy RPA, by jednak zróżnicować reguły, które, ich zdaniem, faworyzowałyby kraje, które "natruły, wzbogaciły się, a teraz chcą radykalnych ograniczeń dla wszystkich".

- Chiny grają ostro, ale nie chcą zerwać szczytu. To jest twarda gra na porozumienie - uważa nasz rozmówca, znający przebieg rozmów.

Czym to się skończy? Prawdopodobnie Chiny zobowiążą się do tego, co kraje najbogatsze z kilkoma mniejszymi wyłączeniami.

Kraje zagrożone: ambitniej!

Kraje najsłabiej rozwinięte i najbardziej zagrożone zmianami klimatycznymi np. Etiopia czy wyspy pacyficzne naciskają na jak najbardziej ambitne porozumienie.

Bój toczy się o ustęp "loss and damage", a więc mechanizm "odszkodowań" (finansowania krajów zagrożonych przez kraje najbardziej uprzemysłowione). Logikę tego mechanizmu można opisać w taki oto uproszczony sposób: przez wasz przemysł nasze wyspy mogą znaleźć się pod wodą, więc teraz płaćcie, to wasz moralny obowiązek.

Gdy w nocy "loss and damage" zredukowano do roli przypisu, koalicje państw zagrożonych głośno wyraziły swoje oburzenie.

Kraje te blokują porozumienie w niektórych kwestiach, dopóki nie padną konkretne daty i konkretne kwoty m.in. w odniesieniu do Zielonego Funduszu Klimatycznego, za pomocą którego państwa rozwinięte mają finansować "zielone" projekty w krajach rozwijających się.

- Te państwa też nie są nastawione na zablokowanie porozumienia, ale mówią jasno: najpierw pieniądze, potem inne rozbieżności - przekazano nam.

"Przyjąć" czy "odnotować"?

Czasem rzecz rozbija się o jedno słowo.

W tym roku ukazał się raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), który wskazuje, że celem państw powinno być ograniczenie wzrostu temperatur do 1,5 stopnia Celsjusza w stosunku do czasów przedindustrialnych. W przeciwnym wypadku skutki będą katastrofalne. Nad raportem pracowało 90 autorów, a jego podstawą było ponad sześć tysięcy prac naukowych. Raport wskazuje, że zarówno cele jak środki zawarte w porozumieniu paryskim są niewystarczające.

Delegaci zdecydowanej większości krajów chcą, by uwzględnić raport w porozumieniu katowickim. Pytanie tylko - w jaki sposób? W roboczych wersjach dokumentu była mowa o "przyjęciu", bądź "powitaniu" raportu IPCC. Jednak USA, Rosja, Kuwejt i Arabia Saudyjska blokują uznanie opracowania i nadania mu tak znaczącej rangi. Negocjatorzy tych krajów proponują, by wspomnieć o "odnotowaniu" raportu, co dla innych państw, jak i kierownictwa ONZ, któremu podlega IPCC, jest zdecydowanie za słabym określeniem.

Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres wrócił w tym tygodniu do Katowic, by apelować o delegatów o ambitne porozumienie. Sam określił swój apel mianem "dramatycznego" i poruszony mówił o swoich wnuczkach.

Delegaci jednak odpowiadają przede wszystkim przed swoimi zwierzchnikami, a dopiero w drugiej kolejności przed wnukami.

Z Katowic Michał Michalak


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy